wtorek, 26 lipca 2022

Misja

 



Piąta w pozycji żaby leży przed szafką łazienkową i z zaangażowaniem godnym najambitniejszych projektów obserwacyjnych zagląda pod nią, przechylając głowę to w lewo, to w prawo, i - zdaje się - usiłując dostrzec coś w mroku. Stoję chwilę w progu, próbując z subiektywnej obserwacji wyciągnąć wnioski oraz dywagując z własnym sumieniem w kwestii ostatniego sprzątania pod rzekomym meblem. Dochodzę do wniosku, że z całkiem sporym prawdopodobieństwem szarość pod szafką to nie efekt braku światła, raczej efekt znajdujących się pod nią kłębów kurzu i najróżniejszych odpadów toaletowego życia rodzinnego. Co robisz? - pytam dziewczę, ciągle skupione na ciemnej jamie mojego wstydu. Szukam pajączka - pada lakoniczna odpowiedź, po czym młode ciało nagle podnosi się i wybiega z łazienki, by po sekundzie wrócić z plastikową miseczką i kartką papieru. No tak, misja ratowania życia, odsłona milion któraś tam. 

Wszelkie istoty żywe o wątłych gabarytach znalezione w domu poddane są procesowi: 1. wyczekiwanie do momentu gdy robaczek/pajączek/mucha wlezie do miski (czasem trzeba pomóc, np. nagarnąć łyżeczką), 2. Przykrycie miski kartką, by się ratowana ofiara nie wydostała, 3. Pełna celebracji, uroczysta, powolna (by nie upuścić miski i kartki) procesja wyniesienia chwilowo uwięzionej ofiary na balkon/taras/trawę/do dziecięcego domku drewnianego w okresie zimowym, 4. Ostrożne oddanie naturze co jej, z pobożnym życzeniem, by istota szybko odnalazła mamę, tatę, przyjaciela, tudzież innych "swoich". Celem misji jest również zapobieganie niecnym planom zamachu na życie istoty, które to plany mogą wprowadzić w czyn inni domownicy, z powodu nieuwagi lub strachu, lub, co tu dużo mówić, z czystą premedytacją . 

Nie inaczej jest i teraz. Mija kilka minut i mały pająk wędruje przez dom w ikeowskiej kapsule życia, niesiony uważną dłonią siedmioletniego zwierzo- i robakoluba.

Z powodu deszczowej pogody jego podróż jest dłuższa niż bywa zazwyczaj, i obejmuje wspinaczkę wysokogórską po wąskich drewnianych schodach, ku świątyni wyzwolenia. Tam, nad jego głową odsłania się wielka płyta tektoniczna papieru i pająk może opuścić pomarańczowy krater. Sprawnie przebierając odnóżami znika pod kuchenką dla dzieci, przez chwilę lekko balansując na nierównych deskach podłogi. No! - kwituje zadowolona z siebie Piąta, która na wiosnę długo zwlekała z po-zimowym posprzątaniem domku, bo przecież jeszcze nie wszystkie robaczki się wyniosły, ba! niektóre nie zdążyły się całkiem zbudzić; niektórym do tego stopnia się nie spieszyło, że postanowiły wziąć i umrzeć sobie w tym jakże bezpiecznym środowisku. Wskutek tegoż zasiedzenia w kątach dostrzec można od czasu do czasu smutne rodzinne groby.  

Niestety nie jest rozumiana przez społeczeństwo, i ona sama nie rozumie - dlaczego ludzie boją się pająków? Dlaczego babcia zabija mrówki, które chcą mieszkać jej w domu? Dlaczego ludzie tworzą takie okrutne pułapki na muchy?

Nie będzie jej w życiu lekko z tak prostym i oczywistym rozumieniem natury. 

A w Bieszczadach narodziło się wielkie kijankowe love. 


niedziela, 8 maja 2022

Autobiografia

 



Napisać miałam krótką notkę o sobie. W klimacie przedstawienia siebie, w pozytywnym świetle przedstawienia, chwaląc się trochę.

„Nasze życie jest takim, jakim uczyniły je nasze myśli (Seneka). W myśl tej zasady nieustannie poszukuję dobrej energii, oraz staram się czerpać pozytywne inspiracje z otaczającej mnie rzeczywistości. Żyję intensywnie, a mój świat jest niemały, dużo w nim dzieci, psów i innych braci mniejszych, książek, kubków, długopisów i świec. Uwielbiam książki tematyką będące blisko życia; czytuję wiele, ale najchętniej sięgam po biografie i reportaże, interesują mnie również zagadnienia dotyczące alternatywnych metod nauczania i wychowania dzieci, głównie takich, które są tożsame z naturą. Zgodny z moim światopoglądem jest również nurt rodzicielstwa bliskości.  Artystycznych wrażeń często poszukuję w teatrze, zaś potrzebnych ukojeń dostarczają mi góry i ukochany las.  Kiedy zaś nadmiar wrażeń nie znajduje ujścia w codziennych aktywnościach, kiedy nie wystarczają szybkie spacery, kijki i domowy fitness, kiedy myśli zaczynają zrywać się do lotu i czuję, że na wolności zginą zaplątane w korony drzew, łapię je i wiążę tasiemkami zdań, bowiem pisać lubię nieomal tak bardzo, jak czytać. Dlatego tutaj jestem. Dzień dobry.

Zabrzmiało jakoś sztucznie. Powierzchownie. Zbiór nie wiadomo czy istotnych faktów.

Pisanie o sobie zawsze jest dość krępujące, nigdy nie wiadomo, gdzie jest granica prawdy, a gdzie życzeniowego wyobrażenia. Mimo wszystko, mimo przedstawiania faktów zgodnych z rzeczywistością, nigdy nie będzie to obiektywizm. Lepiej, gdyby napisali o mnie inni, znający mnie dość dobrze, ale to znów strach, czy nie napiszą nadmiernie dobrze, czy napiszą na pewno to, co naprawdę myślą, czy nie będą się chcieli przypodobać lub uniknąć kłopotliwych pytań o dopowiedzenia, gdyby w opisie pojawiło się coś w stylu, na przykład „bywa nieszczera”. Obcych nie warto prosić, bo jedyne, co mogą napisać, to że ma brązowe oczy albo zniszczone rozjaśnianiem włosy, albo krzywe nogi, albo fajny polar z ostatniej promocji 4F. Choć może to jest ta najbardziej obiektywna prawda właśnie - to, co widać na pierwszy rzut oka, bez niepotrzebnego analizowania i roztrząsania.

„Mamuś, ale dobrze, że pojechałaś w nocy z Wenus do weterynarza, kiedy tak się źle czuła, bo każdy powinien mieć kogoś, kto się o niego troszczy i chce, żeby zawsze mu było dobrze, ciepło, i miękko, i żeby nic nie bolało, nawet jeśli się jest starym, czarnym kotem, którego nikt nie chciał”.

To jest w zasadzie opis, na który nieśmiało i nieustannie pragnę zasługiwać w swoim życiowym portfolio.



wtorek, 26 kwietnia 2022

Nad morzem bez zmian

 














Kilka skradzionych dni nad Bałtykiem przynosi po powrocie dziwne poczucie nierealności. Było to, czy nie było? Czy rzeczywiście ten wiatr na plaży, wieczorami raniący ostrymi ziarenkami piasku zaróżowione policzki nieletnich czułam, chłonęłam? Czy dwa samotne skradzione szybkie spacery brzegiem działy się, trwały, czy tylko je sobie wyśniłam? Czy szum fal rzeczywiście budził nas rano, wciskał się pod powieki, gdy jeszcze w pokojach wczesnoranny półmrok wisiał na pastelowych zasłonach? Czy widok za oszkloną ścianą pokoju był prawdziwy, czy to tylko zdjęcie na pocztówce, fotografia w babskim magazynie? 

Wszystko takie już odległe, nierzeczywiste, trochę jakby z innego świata i innego życia, a jednocześnie przyjemnie i kojąco oklepane. I widok bezkresu niespokojnej wody, i pusta plaża, zamknięte stragany, grzaniec winny i grzane piwo do obiadu na rozgrzewkę, i niewyraźne ślady butów na piasku, i zachwycające w swojej brzydocie zniszczone falochrony, i krzyki przybrzeżnych ptaków, za nic mających sobie niesielankową, w dodatku zmienną pogodę. 

Znalezione na plaży kije i patyki wszelkich rozmiarów i formatów znów stanowiły najlepszą zabawkę, taki przyrząd do wszystkiego, uniwersalny. Czekały karnie przed restauracjami, gdzie udawaliśmy się na posiłki, oparte o ściany i fasady, cierpliwe jak psy. Razem z kamieniami, idealnie gładkimi i okrągłymi dzięki czasochłonnemu tuleniu przez prądy morskie, wracają z nami do domu. Taki kij z plaży... nooo, to jest coś, pamiątka i przedmiot użytkowy na kolejne miesiące zabawy. 

Trzeci z przyklejoną do dłoni kostką Rubika, śmigającą kolorowo między jego zręcznymi palcami, nasz dorastający Trzeci nie rozstający się z zabawką nawet na chwilę, bicie rekordów, konfiguracje, algorytmy, pasja?, odkryta podczas edukacji domowej, tej formy edukacji, którą niezmiennie się zachwycamy. Został nam tylko język polski, ostatni egzamin w połowie maja, i 4 klasa za nami.

Czwarty z "fazą" na wojsko, flagi państw, dzieje historyczne, gromkie stooo laaaat, niech żyje żyje nam, rozbrzmiewające w nadmorskim apartamencie, bo w czasie naszych skradzionych wakacji obchodził 9 urodziny, świeczka z brokatową cyfrą wbita w kawałek ciasta z Biedry,  a później słodkie obżarstwo, emocjonujące studiowanie atlasu flag i godziny zabawy zdobycznymi urodzinowo figurkami z Robloxa, na drewnianej podłodze z widokiem na morze.

Piąta studiująca zwyczaje i egzystencję wszelkich napotkanych żyć, ptaków, robaków, z aparatem w dłoni, z naręczem zbieranych po drodze piór, i ubolewająca nad martwą mewą - ale dlaczego?!  ktoś ją tak zostawił, zagrzebaną w piasku, a przecież trzeba  pochować (najpierw najlepiej wykonać sekcję i dociec przyczyny tej zapewne bezsensownej i niepotrzebnej śmierci). 

No i Szósty, z przemoczonymi od "przypadkowych" spotkań ze złośliwą falą kaloszami i wiecznie powtarzającą się mantrą na ustach: Mogę się kąpać w morzu? To kiedy będę mógł? Wcale nie jest zimno, 4 stopnie i wiatr? Luuuz, dam radę. To mogę się kąpać? Jego nienasycona potrzeba takiegoż kontaktu z wodą została w końcu częściowo spełniona w przyjemnym aquaparku, z jednoczesną obietnicą, że pomyślimy nad krótkim wyjazdem nad morze lub chociażby jezioro w sezonie (okropnie mnie boli ta myśl!), kiedy można pięcioletnie ciało moczyć w wodzie i suszyć w pełnym słońcu. 

Naszą nieobecność przeżyły koty, ślimaki afrykańskie, i oczywiście psy, zaopiekowane należycie. Nie mówiąc o Pierwszym i Drugim, których dopadła szczęśliwość pustki i spokoju w domu na równi ze wzmożonymi obowiązkami.

Życie wróciło do normy. Teraz planowane od kilku miesięcy Bieszczady. Czerwiec. Wielka niewiadoma. 

środa, 23 marca 2022

Inaczej

 


Świeżo przybyła, nowonarodzona i nierozgoszczona jeszcze wiosna chlusnęła w twarz słońcem i ciepłem. Bezczelnie i niespodziewanie. Puchowe kurtki przejściówki zdziwiły się własną nieprzydatnością oraz frustracją dotychczasowych użytkowników; złośliwie zaśmiały się lekkie bluzy pokazując kurtkom triumfalne jęzory bawełnianych kapturów. Nagrzana słońcem ściółka w lesie, piaszczysta droga, sucha trawa obłędnie pachną latem, niebo błękitne jak w kreskówkach, trzepoczące motyle cytrynki - zupełnie niepasujące plamki radosnego koloru słońca na tle szarych jeszcze, nieodzianych w zieloność drzew i krzewów. Maszerując chłonę i dziwię się, tak bardzo się dziwię. Gdzieś w głębi rośnie radość i wdzięczność ale czuję, że tegoż czuć nie wypada, bo cały świat zastygł w przerażeniu, zawisł nad przepaścią o nieokreślonej głębi, kręci się dalej ale ostrożnie, jak gdyby stąpał między odłamkami szkła, jak gdyby zastanawiał się, czy toczyć się dalej, czy może zatrzymać się i czekać na znak. Rano zmieniam pościel w pokoju najmłodszych i podobnież jak świat - zastygam - z poszewką na wpół nasuniętą, zaskoczona swoją własną niemocą. Gwałtownym ruchem ręki rozganiam łzy, spod powiek wypływają myśli, że oni zostali tego pozbawieni, nie mogą zmieniać swoich pościeli w pokojach swoich dzieci, a świat skurczył im się do jednej torby podróżnej i lęku upchniętego w reklamówkę. I tak okrutnie żal pozostawionych, błąkających się, nierozumiejących psów, kotów zamkniętych w mieszkaniach, rybek w akwariach, chomików w klatkach i porzuconych pluszowych maskotek, które kiedyś żyły ciepłem miłości emanującej z małych dłoni. Odpalam laptopa, wiosna przyszła, odzież nieletnim potrzebna, buty..., zadziwiające, jak w ciągu kilkunastu dni zmienia się marketing firm i zasady wyborów konsumenckich; już nie jest ważne, co jest modne, gdzie najlepiej, najtaniej, najprościej - ważne jest teraz, jakie poglądy branża reprezentuje, czy jest nadal w obozie wroga czy też chlubnie podziękowała za współpracę, solidaryzując się z uciśnionymi oraz wyznawcami wolności na całym świecie. Zmiana uderza we mnie bezpośrednio, muszę opuścić swoją konsumencką sferę komfortu i spędzić więcej czasu na poszukiwaniu innej platformy zakupowej, bo moja ulubiona marka sportowa nadal szasta sportową odzieżą i obuwiem w kraju wyklętym. I kijki! Moje ukochane kijki! Kupione milion lat temu, więc do wybaczenia ale niesmak jakiś, lekki wyrzut, choć niczemu winne. 

I jakby w innym, poprzednim życiu zostało zwyczajne chłonięcie codzienności, zachwyty ulotne i wydarzenia, Koncert Wiedeński, perełki z antykwariatów, kolejny stos kupionych czytadeł pachnących nowością, Złodziejka Książek, edukacja domowa i egzaminy Trzeciego, lekkie rozmowy przy kawie, plotki, opinie, dylematy, rozwiązania, decyzje. 

A za kilka dni morze. Morze! Zaplanowane dla poratowania zdrowia i potrzeby zmiany środowiska na trochę, ale przyklepane decyzją w tamtej, innej rzeczywistości, więc z zupełnie odmienną perspektywą. Miało być sielsko i łagodnie, mieliśmy na plaży grać w piłkę, przemierzać kilometry, ścigać się z wiatrem i z dzieciakami, naciągając czapki bardziej na uszy, bo Bałtyk, wiadomo, stopnie Celsjusza dozuje oszczędnie. Teraz wyprawa nabiera alegorycznego sensu nieprzebycia, nieskończoności, zagadkowości i mrocznej tajemniczości. Jeszcze żeby tak trafić na pełen znaczeń sztorm!

 Z całym bagażem zwyczajnych trosk szedł sobie człowiek przez życie nieprzyzwoicie beztrosko. 

Żyję nadzieją, że zły sen minie, najczarniejsza noc odejdzie, a my, zbudzeni, nieco jeszcze zdezorientowani, wsuniemy się w poranek jak w znoszone kapcie. 

Jutro chce być dobre 💓 


niedziela, 6 lutego 2022

W gęstej mgle wirusa spotkanie z intuicją


Na skrzydłach poCovidowych powikłań usiłuję przemierzyć całkiem nową rzeczywistość. Niby ja, ale jakaś zupełnie nieJa, rozbita na tysiąc puzzli, które prędzej czy później trzeba będzie ułożyć. Mknę tym zadziwiającym, rozczłonkowanym korowodem, zagarniając pod siebie cząstki świadomości trzymających się razem tylko siłą woli. Przedzieram się przez chmury niemocy i podmuchy zbyt krótkiego oddechu, słysząc odległe grzmoty piorunów, przetaczających się od tygodni w obolałej głowie. Kołuję nad polami obowiązków i powinności, nad łąkami wyzwań codzienności i boję się wylądować, powstrzymuję przed sfrunięciem w dół w obawie, że ta nowa ja-nieJa nie będzie mnie się podobać. Będę nią niebotycznie zdziwiona i rozczarowana. Będę przeklinać jej niemoc i ograniczenia. A jednak, z drugiej strony, paradoksalnie, będę jej wdzięczna, bo znów przyniosła ze sobą nową jakość i przemieszała składniki ustalonego porządku rzeczy. Najpierw delikatnie i niezauważalnie, a teraz już stanowczo pcha do wirującego koła zmian. Kiedy zdecyduję się opaść na ziemię i złożyć skrzydła, nie będzie już odwrotu. Dlatego zwlekam. Dlatego się zastanawiam. Dlatego próbuję nową jakość opakować jeszcze w górze, nadać jej jakąś sensowną formę, by nie pozwolić cząstkom świadomości opaść fragmentarycznie; by nie rozsypać się piaskiem w trawie, tak już totalnie nieskładalnie. 

I tylko zarozumiałe bolesławieckie koty patrzą z wyższością  na moje nieporadne usiłowania, na moje szarpanie się w górze i poddawanie się wiatrom wątpliwości. Z przekąsem pytają, czy na pewno, i unoszą jarmarczno kolorowe pyszczki w stronę wirujących w powietrzu drobinek konformizmu. 

Nie wiem. Nie wiem, czy na pewno. 

 Czuję tylko słońce na twarzy i zachłannie chłonę ciepło przeczuć. Wyłaniająca się zza obłoków intuicja łagodnym gestem wskazuje kierunek, prowadzi ku ziemi. Boję się, ale mobilizuję wszelakie pokłady odwagi, by jej uwierzyć. By zaufać. 

niedziela, 19 grudnia 2021

Nie dla wszystkich mój kawałek świata



"Zawsze należy nieść pomoc potrzebującym, nawet jeśli są ludźmi".

Doprawdy, w bajkach i filmach dla dzieci zawarte są najgłębsze filozoficzne myśli! Dziś rodzinnie obejrzeliśmy "Chłopca, zwanego Gwiazdką" i zrosiwszy dzieło obficie łzami (no cooo, zawsze płaczę na bajkach, najbardziej na "Jak wytresować smoka" - wszystkie części, w końcówce, oglądam przez łzy) postanowiłam zapamiętać ten fragment, bo jak nic pasuje do współczesności. Choć prawda jest taka, że niektórzy ludzie zwyczajnie nie zasługują na pomoc, choć chwila, może inaczej - udzielanie pomocy jest, w przypadku niektórych, wyczynem bardzo heroicznym, tak więc z tym "zawsze" bym nie przesadzała.

Tym samym - okołoświąteczne hasło, aby się w magicznym bożonarodzeniowym czasie pojednać z wrogami, wybaczyć krzywdy i podać rękę z kimś, kto wcześniej napluł ci w twarz, nijak się ma do hasła, że należy dbać o siebie, żyć po swojemu i pielęgnować własny dobrostan psychiczny (o ile się oczywiście przy tym nie krzywdzi drugiej istoty). Jeżeli się da, jeżeli wzniesione wzajemnie mury i wydrążone łopatą nienawiści okopy nie są zbyt trwałe - to dlaczego nie. Natomiast bywa, że inaczej się po prostu nie da, pewnych spraw nie można załagodzić i przyklepać i wcale nie chodzi o wzajemne pretensje czy żale, które na upartego można sobie wybaczyć (ale absolutnie nie zapomnieć) ale o przyczyny owych, lub o zwyczajne, proste i oczywiste różnice między poszczególnymi osobnikami.  Różnice zdań, głębokie różnice w pojmowaniu stylu życia i prawa do decydowania o sobie, różnice w światopoglądzie i w wyznawanych wartościach - na przykład. Bywa bowiem, że jedno wybaczenie wiosny nie czyni, bo za chwilę pojawia się milion innych powodów do kolejnych wybaczeń, a zapętlenie się w skomplikowanych procesach trudnych relacji międzyludzkich stanowi zdecydowanie trudniejszy stan, niż ten wyjściowy. Dlatego - nic na siłę, żyjmy sobie w swoich światach spełnieni i szczęśliwi. Nawet jeśli coś nas ze sobą teoretycznie łączy, więzy krwi na przykład.  Niektóre istoty należy raz na zawsze wymieść ze swojego życia jak kłęby kurzu spod kanapy, zalegające od miesięcy i czekające na przedświąteczne porządki. 

Dajmy sobie prawo do odrębności, z ostrożnym szacunkiem i bez wyrzutów sumienia, że musimy się lubić.  

Ale żeby nie było tak pesymistycznie - fajnie jednak móc - mieć możliwość żyć tak, aby nie zbierać tego kurzu pod kanapą, sprzątać w miarę regularnie i nie z takim dramatyzmem, nie mieć nieporządku w relacjach i nie żywić wobec kłębów kurzu uczuć gwałtownie - gniewnie - emocjonalnych. Kiedyś wydawało mi się, że tak się da, później był kilkuletni moment życiowy, który bardzo dotkliwie zweryfikował moje naiwno-pokojowe nastawienie do wszystkich, a teraz, będąc już prawdopodobnie, w najlepszym wypadku, po pierwszej połowie swojego życia, mam do tego wygarniętego kurzu mnóstwo dystansu, przeplatanego okazyjnie emocjonalnością, którą staram się jak najszybciej gasić. Po co mi negatywna emocjonalność, skoro mogę na bieżąco produkować pozytywną, czerpiąc ze źródła własnych, po swojemu wypracowanych zasobów.

Tego się staram trzymać.

Moje grafomańskie rozmyślania zakończę kilkoma ulubionymi cytatami z ulubionej książki. Jakoś tak zawsze w książkach odnajduję potwierdzenie swojego czucia, szczególnie w trudniejszych momentach życiowych. To moja większa magia, niż ta szumnie nazywana Świąteczną ;-)

Nie ma lepszej przestrogi przed ogniem, jak poparzona ręka.

Nie powiem: nie płaczcie, bo nie wszystkie łzy są złe.

Nigdy nie ufaj swojej głowie, bo to najmniej udana część twojego ciała.

Nie, czas nigdy nie zwalnia biegu (...) ale zmiany i wzrost nie są dla każdej rzeczy i w każdym miejscu jednakie (...). Ale wszystko pod słońcem musi kiedyś przeminąć i skończyć się wreszcie.

Może to człowiek uczciwy, a może nie. Piękne słowa kryją czasem niepiękne serce.

J. R. R. Tolkien Władca pierścieni oczywiście!


czwartek, 9 grudnia 2021

Niedeficytowy brak

Zaczęło się od tego, że trafił do schroniska ze starym urazem łapy. Zdjęty z łańcucha, jak spora część jemu podobnych. Przewlekły stan zapalny spowodował decyzję tamtejszych weterynarzy o amputacji. Niestety, nie do końca rzetelna wiedza branżowa, a może brak empatii, brak dokładniejszego zgłębienia się w temat, rutynowość, specyfika pracy i pozostawiające wiele do życzenia nastawienie niektórych wetów schroniskowych do psów bezdomnych sprawiły, że łapka została odcięta w niewłaściwym miejscu. Diagnoza, po zbadaniu przez rzetelnych zwierzakowych lekarzy, nie pozostawiała wątpliwości. 

Trójłapek trafił do nas krótko po tym nieszczęsnym zabiegu, wyciągnięty ze schroniska przez widzących więcej, zaangażowanych wolontariuszy. Serce pękało na widok jego mozolnych wysiłków aby się poruszać, utrzymać na chwilę przy misce czy wchodzić na taras - bo być blisko człowieka - to był jego uparty i niezmienny cel. Z każdym dniem radził sobie coraz lepiej, próbował panować nad ciałem, opracował swoje metody, nie ustawał w wysiłkach, nie poddawał się. Naszym zadaniem było pilnowanie, aby się nie forsował, nie przemęczał, więc zajmował mnóstwo naszej uwagi, i szybko stał się oczkiem w głowie. Mieliśmy łzy w oczach, gdy widząc powrót któregokolwiek z domowników cieszył się bezgranicznie i próbował błyskawicznie podbiec do bramy, upadając przy tym na pyszczek milion razy, ale wstawał i kuśtykał dalej, czyniąc jedną przednią łapą nadludzkie wysiłki, by nie pokonała go słabość ciała.  A potem, szczęśliwy, asekurowany już przez człowieka kładł się na tarasie, ooo tak:


i wpatrywał się w ludzia jak w najsmaczniejszy kąsek. Kaleki, niemłody, schorowany, najkochańszy i najpiękniejszy na świecie. Nie był u nas długo, trafił do miejsca, gdzie dobre istoty ludzkie zapewniły mu profesjonalną rehabilitację, opiekę najlepszych fachowców i sporo alternatyw na zaradzenie kalectwu. Dziś dowiedzieliśmy się, że ma dom, kanapę, swoją własną rodzinkę, sensownie ogarniętą funkcję ruchową i jest najszczęśliwszy na świecie. Pożegnanie z nim, gdy odjeżdżał do "sanatorium" było ciężkie i okupione wieloma łzami, ale dziś tych łez dużo więcej - bo i wzruszenie, i wdzięczność, i wiara w dobro kołysze się w sercu i nieco łagodzi trudne aktualne doświadczenia i ludzkie, i psie. Pomyślałam sobie również, że to właśnie ta partacko ciachnięta łapa otworzyła mu drzwi schroniska; gdyby nie ona, siedziałby pewnie tam do dziś, wtopiony w tłum, podobny do innych samotnych ogoniastych, które czekają na swoich ludzi uporczywie i cierpliwie, w większości przypadków jednak nie doczekując. 

Warto karmić się dobrymi wiadomościami i optymistycznym zrządzeniem losu, bo z takiegoż pożywienia płynie dużo dobrej energii, potrzebnej nam dziś bardzo.

Można mieć szczęście w życiu i otrzymać od losu lepszą jakość istnienia nawet wtedy, gdy czegoś brakuje, gdy zabrano nam sporo, gdy brak jest dotkliwie odczuwalny i zerkając z boku, mogłoby się wydawać, że brak przekreśla szansę na wszystko, co ważne. 

Co jest potrzebne? 
Siły płynące z własnych zasobów, armia dobrych ludzi wokół i odrobina szczęścia. 
Wtedy nawet brak łapy może być całkiem sensowną nadwyżką dobrej jakości.


środa, 1 grudnia 2021

Pieprze w zupie

Przypadek Szóstego, który dość stanowczo zachęcony został, pomimo zaokrąglania oczu rodem kota ze Shreka, pomimo sygnalizowania wszelkich dolegliwości bólowych od bólu głowy, poprzez ból pępka, aż do bólu strupka przy onegdaj zdartym lekko kolanie, do porannego udania się do placówki zwanej przedszkolem, i który zrekompensował sobie ten przymus prośbą o trzy dokładki zupy przy przedszkolnym obiedzie, po czym w jednej z nich trafił na "tsy piepse", a wiadomo, pieprz w zupie to jest wyjątkowo paskudny losowy przypadek, a już trzy pieprze to w ogóle jakieś niesamowicie złośliwe zrządzenie losu, długo odbijające się na małym życiowym człowieczeństwie... a później dokopała mu jeszcze wychowawczyni, która mając za zadanie wykonać diagnozę, czyli określić umiejętności każdego dziecięcia z grupy, powiedziała mu, że pięknie liczy do 8 - bo do tylu w tym wieku powinien. I załamka, bo: mama, ja przecież umiem do więcej, i chciałem pani powiedzieć, że wiem, ile to jest 120 dodać 120, bo to przecież - easy! - 240! a ona mnie nawet nie zapytała! W każdym razie dramat Szóstego uświadomił mi, że kiedy dzień zaczyna się kiepsko, to nawet jeśli w którejś godzinie tegoż napotyka się na coś krzepiącego, to i tak ostatecznie lądujemy twarzą do dołu w kupie pełnej rozpieprzonych i dalekich od optymizmu myśli. 

Takie dni muszą być, trudno, nie podpisywaliśmy aneksu do umowy o życiu, w którym zagwarantowano by nam dobrostan wieczny oraz natychmiastowe usuwanie wszelkich usterek- rozterek. Gwarancja nie obejmuje.

Można sobie w takich momentach leciutko zakłamać rzeczywistość, czyniąc z niej bardziej znośną. Piąta i Szósty podkradają czasem Pierwszemu śpiewającego kaktusa, którego dostał na urodziny, "dla jaj". Jeśli go znacie, wiecie, że hit muzyczny tej uroczej rośliny niekoniecznie nadaje się do odsłuchiwania przez niezepsute dziecięce uszy, ale złodziejaszki na szczęście nie do końca rozszyfrowali pojedyncze słowa i zamiast "koksu pięć gram", wyśpiewują na całe cztero- i sześcioletnie gardła: Tylko jedno w głowie mam, klooopsów pięć gram, klooopsów pięć gram!

No i na tym rzecz polega! Na przeróbkach! Złego w dobre, szarego dnia w znośny, ciężkich myśli w inne, odwrócone. Wiem, że to nie jest łatwe.

Ja dziś mam wyjątkowo fajny dzień. Nie zaczął się źle, ale dalsza część przebiega mi wręcz koncertowo! 

Czego i Wam serdecznie życzę!



piątek, 26 listopada 2021

Requiem dla przyszłości

 Paweł Lęcki. Koleś z fejsbuka, nauczyciel, który w pięknym i nawet lekko zabawnym stylu pisze o tym, co się niepięknego w naszym kraju dzieje. FB unikam, jak mogę, ale przyczajam się codziennie za płotem jego profilu i przy porannej kawie czekam na teksty. Jestem poruszona i jednocześnie zdołowana autentycznością jego racji, słusznych przewidywań, trafnych komentarzy, zachwycona sprawnością pióra i generalnie mogłabym go jeść łyżkami, razem z jego: "niczego nie upiększam, raczej ubrzydszam". Lubię gościa, jest bardzo!

Fizycznie czuję się niezbyt dobrze, powiedziałabym nawet, że fatalnie, ale okazuje się, że wielu z nas tak ma. Ludzie chorują, czują się źle, nie mają już siły. Nie ulega wątpliwości, że sporo tych dolegliwości ma swoje źródło w reakcji na sytuację krajowo-światową, gromadzone troski i stresy znajdują swoje ujście w reakcjach somatycznych. Nie ma chyba nikogo, kto nie stawałby "po czyjejś stronie" i "jakoś" Część przeczekuje w ukryciu, część głośno krzyczy, że dorwały nas globalne teorie spiskowe, część ignoruje i bagatelizuje,  a część tylko czeka, aż coś j*bnie. Skupiam się na prostych codziennych czynnościach, ale nie mogę wyzbyć się wrażenia, że to "coś" czai się za rogiem. Zwyczajnie się boję, jak spory procent naszego podzielonego i zdezorientowanego społeczeństwa. Nie mam pomysłu na rozwiązanie wielu problemów w skali makro i mikro, co nie znaczy, że nie mam zdania. Jest źle, co tu kryć.

Pierwszy rozkręca firmę, jest mu w tym klimatyzowanym pokoju samorozwoju bardzo dobrze i sporo odniesionych sukcesów kręci pokrętłem temperatury tak, aby było optymalnie. Drugi na progu maturalnego wyzwania, jedną nogą w świecie muzyki, drugą w świecie sportu i hippiki. Trzeci, pisałam już, w samym centrum rodzicielskiego eksperymentu, jakim jest edukacja domowa. Czwarty wkręcony w trybiki nauczania początkowego, nieuleczalnie zadowolony ze szkoły, czego winowajczynią jest głównie miła i zaangażowana nauczycielka, jego wychowawczyni. Piąta - pełna pasji zerówkowiczka, niezmiennie przekonana, że słowo "kicia" pisze się "kića" i po wielokroć zaskoczona, że świat tak komplikuje sobie funkcjonowanie, skoro wszystko można w znacznym stopniu uprościć. Szósty - totalnie idealny materiał na kolejny eksperyment ED, permanentnie niezakochany w placówce zwanej przedszkolem (choć obiektywnie rzecz oceniając - jest świetna) i wychodzący z założenia, że skoro w swoim czteroletnim jestestwie potrafi się podpisać oraz podpowiada Czwartemu wyniki mnożenia do 30 to żadna baza edukacyjna nie jest mu absolutnie do szczęścia potrzebna.

Jaka przyszłość - najbliższa i dalsza - ich czeka? 

Jaki świat dla nich szykujemy? Jaką wyprawkę pakujemy w plecak? 

Jaka rzeczywistość produkuje się dzisiaj w wielobranżowych fabrykach przyszłości? Dla przyszłych dojrzewających dorosłych?

Nie wygląda to dobrze, niestety. 

Dobrze, że góry stałe, niczym niewzruszone i niezmiennie piękne.




niedziela, 21 listopada 2021

Stół

 "Dżizys, dlaczego oni wszyscy ciągle się bili? Dlaczego tyle tych wojen? Dlaczego na króla wybierali facetów z obcych krajów, a nie Polaków? Dlaczego tak zaraz na siebie napadali? Dlaczego nie mogli się po prostu dogadać? Dlaczego, dlaczego, dlaczego...?"

Edukacja domowa Trzeciego generuje sporo zaskakujących pytań, szkolimy się i my, bo wiedza nasza szkolna zapomniana często nie obejmuje zakresu odpowiedzi, Trzeci otwiera szeroko oczy w reakcji na niektóre informacje, kręci głową, analizuje i komentuje. Egzamin za dwa tygodnie, ogarnęliśmy już cały materiał od podstaw, definicji, Piastów, poprzez zabory aż do współczesności, więc teraz tylko powtórki i ciekawostki. Mnie samej, jako "wspieracza", zajęło to zaskakująco niewiele czasu, ok 15-20 minut dziennie na wytłumaczenie, resztę doczytywał sam, rysował sobie notatki, mazał na tablicy hasła. Łącznie godzina dziennie, plus powtórka wieczorem, i następnego dnia jazda z kolejnym tematem. Jutro ruszamy z przyrodą, zapisaliśmy się na późniejszy termin egzaminacyjny ale w podstawie programowej dużo "życiowych" tematów, może zdążymy do 4.12 i  byłyby oba z głowy. Potem w marcu matematyka i informatyka, raczej na lajcie bo to totalnie klimaty naszego domowo-edukacyjnego ucznia. Po pierwszych obawach przygoda jest nie-sa-mo-wi-ta!, dużo dobra się dzieje, dużo spokoju w nas i w nim. Realizacja jego zainteresowań w zakresie większym niż do tej pory i lepsze kontakty z rówieśnikami również podkręcają klimat ogólnej pozytywności. Każdego dnia utwierdzam się w przekonaniu, że zrobiliśmy dobrze i jednocześnie każdego niemal dnia czuję na twarzy delikatny powiew krytyki z okna świata, tego najbliższego, za płotem. Przyjmuję, ale raczej ignoruję, czasem zamykam okno, wciskam słuchawki w uszy i odpływam myślami w świat słuchanej akurat książki, albo muzyki. Tenorów, rzecz jasna. 

Nasz duży stół w salonie sporo znosi. W każdym domu bywa pewnie taki stół. Wielofunkcyjny. Służy do posiłków, czytania, rysowania, rozkładania kart i gier planszowych, ogarniania spraw firmy, odrabiania lekcji choć młodzi mają biurka w swoich pokojach ale wiadomo - w chaosie pisze się i liczy lepiej. Na stole jest również koszyczek Czarnej, bo jako kot specjalnej troski jest uprzywilejowana pod każdym względem, a w związku  z tym, że lubi spać na stole, no to śpi na stole - proste. Stół bywa również lecznicą i apteką, Mój rozkłada lekarstwa, strzykawki, kroplówki, karty z zaleceniami i książeczki zdrowia ogoniastych. Nader często bywają na nim zabawki, figurki zwierzaków Piątej, Robloxy Czwartego, Hotwheelsy Szóstego.  Ostatnio stół przyjmuje zatem również na klatę edukację domową i związane z tym różne dobrodziejstwa, książki, notatki, rysunki, elementy doświadczeń.

Funkcjonowanie naszej rodziny to taki stół. Dostosowujący się. Jeśli nadchodzi pora obiadu, ze stołu znikają laptopy, kredki, konie Schleich i średniowieczny miecz z kartonu. Jeżeli nadchodzi pora na celebrację Carcassonne, żegnamy się z miseczkami po muesli i kubkami, w których nudzi się niedopite kakao. Jeśli Trzeci musi stanąć twarzą w twarz z obliczem komunizmu i zmian w Polsce po 89 -  na komodę wędrują czyniące niepotrzebny tłok foremki do ciastoliny i kolorowe dzieła z tejże. 

Dostosowujemy się. Na ile się da i jeżeli się da. I choć często panuje chaos, total burdel, nad stołem przetaczają się grzmoty kłótni, ciskane są błyskawice pretensji i wzajemnych żali, piętrzą się nieuporządkowane wątpliwości, dylematy, różnice zdań, gorsze dni jednego, drugiego lub wszystkich naraz (bywa! serio!), zalegają niewyjaśnienia i niedopowiedzenia, i trudno w nieporządku odnaleźć drogę do tego, co ma być funkcjonalnością, jedno jest zawsze pewne - ten stół jest elementem stałym. Jak rodzina. Jak bliskość i miłość. Jak mobilizacja sił pomocowych w sytuacjach tak prostych, jak i krytycznych. I w końcu nadchodzi taki moment, że jest z niego zdejmowane to, co na jeden ulotny moment jest niepotrzebne, a wskakują ochoczo elementy użytku rzeczywistego. Coś do przegadania. Decyzje do podjęcia. Plany do zrealizowania. Śmieszna sytuacja do opowiedzenia. Jakaś tam analiza i jakaś ponura krytyka. Wyraz wzburzonych emocji. Rysunek, któremu trzeba nadać kolor i dokument, który trzeba podpisać. Dylemat, jakie buty na górskie wycieczki kupić najmłodszym, ale i rewolucje i zmiany życiowe o sile rażenia atomu. Wszystko z założenia najlepsze, dopracowane, dostosowane do potrzeb jednostki i całej społeczności domowej. 

Lubię ten nasz stół. Trochę już podniszczony, na brzegach wytarty, przebarwiony i ze śladami solidnego użycia, ale ciągle w formie, niezbędny, ważny. Na co dzień tak oczywisty, że właściwie niezauważalny. 

Stół piszący najprawdziwszą i najbardziej obiektywną historię świata.

Naszą historię.





czwartek, 18 listopada 2021

Głupki

Nieczęsto się to zdarza, bom z gatunku tych raczej wiecznie zadowolonych, ale czasem i owszem, bywa. Może dlatego, że latorośle nie w formie i z gorączką, może przytłoczenie już nie smutnymi, ale nade wszystko przerażającymi informacjami z kraju i ze świata, może gorszy dzień, może, może, może.
Uciska mnie istnienie. Żachnęłam się czyjąś hipokryzją, taką z najbliższego otoczenia - bo jak można mówić jedno, zarzekać się, a potem nagle robić drugie, nie zmieniając w zasadzie zdania. Chyba, że tamto pierwsze powiedziane to nie była prawda... Albo była częściowa... Albo była tylko dla niektórych, a dla innych była insza ta prawda... I ciągle nieszczerość, i brak jaj, by powiedzieć... nawet nie powiedzieć, ale choćby dać do zrozumienia, że nie do końca się zgadza, ale w zasadzie może się zgadza, tylko wersja zgadzania się jest różna i przedstawiana tak, jak akurat wygodnie... I mówi, że to dla świętego spokoju, a tak naprawdę to raczej ołtarz wznoszony zwyczajnemu tchórzostwu, które próbuje kanałem informacyjnym przemycić prawdę szeroko rozmytą. 
Heloł! Król jest nagi! Serio!
Można się pogubić. Ja wiem. Ludzie tak po prostu funkcjonują. Tylko my, jak te głupki, pełni ideałów, ciągle pod prąd, szczerze i otwarcie, i rewolucji dokonujemy wbrew wszystkim, i jakieś granice sobie wytyczamy, i jak już - to próbujemy wyjaśniać, konfrontować... co to w ogóle ma być? Po co to komu? Kto w dzisiejszych czasach jest szczery! Żenada. Łatwiej przecież wszystko za plecami. No łatwiej. I więcej "przyjaciół" się wtedy ma, i znajomości na pęczki. A jak się ustawi granice, albo działa konsekwentnie - to zonk. Wokół tylko najlepsi, najwytrwalsi, a z resztą smętne kontakty, relacje na wyciągnięcie ręki i ani kawałka dalej. 
Może ta odrobina hipokryzji jest dobra, bo jej efektem może być podarowanie ludziom szansy, nadzieja jakaś... Nie chcę mi się tego rozgrzebywać. Dziś powiadam szczerze: zawiodłam się. Każdemu się może taki zawód zdarzyć, mnie zdarzył się dziś, choć nie powiem: próbuję zrozumieć, bo nie siedzę w człowieku, i może czegoś nie wiem, i nie rozumiem.
Pewnie ja też kiedyś kogoś zawiodłam.
Zostawiam to za sobą. Idę zaparzyć dzban herbaty, poćwiczyć z Czwartym tabliczkę mnożenia do trzydziestu, podotykać ciepłe czoła, potroszczyć się trochę i wyprzytulać. 

Podmiot liryczny bierze miotełkę i usiłuje zmieść w jedną zwartą nocną ciszę rozsypane okruchy wieczoru.




środa, 17 listopada 2021

O dwóch i o Dziesięciu

Budząc się rano ze snu, opuszczając krainę nieświadomości błogiej, bądź strasznej, bądź totalnie niezrozumiałej, albo męczącej, albo niewygodnej... nigdy nie wiesz, co cię czeka po drugiej stronie. Wskakujesz w dzień mniej lub bardziej ochoczo. Siła energii rośnie, lub utrzymuje się na poziomie zadowalającym w miarę upływu godzin. Czasem spada, fakt, i niespiesznie człapiesz w kierunku wieczora, by móc zbawienną ciemnością okryć rozczarowanie zestawem minut wylosowanych tuż po wschodzie słońca.

Nie wiesz. Nigdy nie wiesz, jak będzie.

Dwa dni temu również nie wiedziałam.

Dopóki nie otuliły mnie dźwięki. Niepozornie piękne w swej delikatności a jednocześnie kompletnie oszałamiające skalą głośności, wysokością tonów, nie wibrujące lecz tłukące się w głowie niczym szalony tercet młotów, w rytm muzyki hipnotyzującej podobnież jak barwa głosów, których nie można zapomnieć, które wdzierają się w każdy zakamarek ciała tak, że w końcu nie wiesz, czy one są składnikiem komórek, czy płyną razem z krwią, czy są w tobie, czy ty w nich, bo słyszysz je cały czas i żyjesz nimi, i wydaje ci się, że tak było zawsze, a nie raptem od wczoraj, od godziny 20 z minutami, kiedy siedziałaś w ciemnym teatrze, a łzy płynęły ci ciurkiem po twarzy.

"Il mondo" w aranżacji Dziesięciu Tenorów to jest, proszę państwa, piosenka, przy której płaczę, a moje jestestwo tańcuje z zachwytu i radości.

Klik.   

"Świat nie zatrzymał się nigdy, nawet przez chwilę
Noc przychodzi zawsze po dniu..."

ps. A Mirosława Niewiadomskiego, tego pana pośrodku, który śpiewa tu i TO -  wielbię równie mocno, jak Aragorna z "Władcy pierścieni" (zarówno postać literacką, jak i odtwórcę roli filmowej), zatem by analogii dokonać i nawinąć na szpulkę nić pamięci o nich dwóch, wklejam fotkę Drugiego, który podszywał się pod Legolasa na wiosennym plenerze fotograficznym. 

Ech. Życie jest piękne. 








czwartek, 11 listopada 2021

Zuo

Ten moment, kiedy spontaniczna decyzja, podjęta za podszeptem intuicji, choć poprzedzona godzinami rozmów i rozważań wywala tobie, i nie tylko tobie życie do góry nogami, i chociaż wiedziałaś, przypuszczałaś, spodziewałaś się, to i tak chłoszczą cię w twarz deszcze wątpliwości, oraz oceny ludzi zamykające się w pełnych pogardy pytaniach "co im odwaliło?"... 

I moment, gdy jedziesz wczesnym rankiem po odstawieniu małoletnich do przedszkola, zatrzymujesz się  w lesie, wysiadasz, wtapiasz się w wilgotną, chłodną mgłę jesiennego krajobrazu, oddychasz i powtarzasz: Znak! Mocy i siło życiowa - daj mi jakiś znak, że robimy dobrze! Że tak ma być!

I  w końcu moment, gdy wieczorem wchodzisz do pokoju średnich, ogarniasz rozrzucone zabawki, układasz czyste ubrania w szafach i nagle zamierasz na widok rysunku na tablicy, spontanicznego bazgrołu, tak różnego od rysunków sprzed miesiąca, dramatycznych, przepełnionych żalem dziesięciolatka, który sam nie wie, dlaczego mu źle.




No i łzy. Dużo, dużo łez. 

Dobrze zrobiliśmy.

Choć ludzie mówio, że edukacja domowa to wielkie, wielkie zuo!

piątek, 9 kwietnia 2021

O wiośnie, bibliofobii i Czerwonym Kapturku

Jeszcze na kominku ogrzewane świeczkami topią się woski zapachowe o nutach zimowych - świerk, cynamon, a już, jakby z wyrzutem, przygląda im się bukiet margerytek zatknięty za zegar w kształcie roweru. Tulipany na stole, milcząco i nienachalnie świadczą o zmianie. Za oknem zmiany nie ma, ale to tak już zawsze, pogoda człapie w ogonie, zimnem, wiatrem i popadującym deszczem, trochę złośliwie, pragnie zatrzymać ludzkość w domach, przeciągnąć jak się da długie, przytulne, zimowe wieczory. Lubię i te wieczory, i czającą się za progiem wiosnę, gotową wskoczyć przez drzwi z radosnym tadaaam!, niespodziewanie i właściwie zaskakująco, bo pora przedwiośnia nie zawsze raczy zaszczycić.

I tak to w oczekiwaniu na autentyczną wiosnę i na przeprowadzenie się z życiem codziennym na taras upływa mi czas... a nie, sorki, upływa na jeszcze wielu innych sprawach. O pandemii nie chce mi się pisać, co nie oznacza wcale, że mam ją gdzieś - naprawdę nie mam i nie należę do grona krzykaczy, wyznawców teorii spiskowych oraz tych, którzy uważają, że nasz kraj to samotna wyspa na oceanie świata i tylko u nas tak się dzieje, tylko u nas takie zakazy, ograniczenie wolności osobistej i tak dalej. Nie mam absolutnie pretensji, jak niektóre moje znajome, do osób w służbach i medyków za to, że ich dzieci mogą uczęszczać do przedszkoli - nieodmiennie chylę przed nimi czoła i współczuję sytuacji, w jakiej się znaleźli. Mają przerąbane, oględnie rzecz ujmując i nazywając po imieniu. Egoistycznie cieszę się, że mogę z moimi być w domu, nie martwić się tego typu covidowopochodnymi sprawami.  Generalnie czas mi upływa na doglądaniu młodych przy lekcjach zdalnych  - Czwarty jest w pierwszej klasie i  to jest serio wyzwanie. Piąta i Szósty również w domu, dochodzi więc organizacja czasu i pilnowanie, by nie przeszkadzali Drugiemu, Trzeciemu i Czwartemu właśnie. Piąta przeważnie siedzi na lekcjach koło Czwartego, starając się usilnie nie wchodzić w oko kamerki i z błagalnym wyrazem brązowych patrzałek czeka cierpliwie na to, co dla niej "spadnie" ze szkolnego stołu... "Mooogę ci to pokolorować...? Wyciąć...? Mooogę ja zrobić ten wiatraczek...? Pożyczysz mi pisaki...? Mogę ci poukładać w piórniku?" Czwarty ma dobrze pod tym względem, przed wychowawczynią już nawet nie ukrywam tego, że młodsza siostra mu pomaga bo czyha tylko jak ta harpia, żeby się edukacyjnie spełnić. Sama ma swoje zadania z przedszkola, ale co tam takie, za mało, za łatwo i zbyt przewidywalnie. Chyba powinnam się cieszyć, że nie próbuje pomagać mi w mojej pracy zdalnej choć mogłoby to być ciekawe doświadczenie. Wieczorami nadrabiam jeszcze materiały ze studiów, podyplomówka z bibliotekoznawstwa to był zdecydowanie dobry pomysł, ogarniam wszystkie materiały uczciwie bo naprawdę mnie interesują. Pomyślałam sobie wczoraj, że jeśli miałabym szansę dalej rozwijać się w tej dziedzinie to poszłabym baaardzo w kierunku biblioterapii, cudowne to dla mnie odkrycie. Nie jest to żadna rewelacja, że praca typowo z książką jest moim najukochańszym zajęciem, lubię opracowywać nowości czy dary od czytelników, uwielbiam buszować na rynku wydawniczym śledząc blogi, wydawnictwa i strony autorów, lubię rozmawiać na temat książek, autorów, zapowiedzi, lubię odkrywać pisarzy, których do tej pory znałam tylko z nazwiska. Mój czas na czytanie, mam wrażenie, kurczy się  i nabrzmiewa jednocześnie, zagarnia jeszcze więcej moich godzin, opanowuje moje życie bezgranicznie; jestem na tyle zachłanna, że podczas prac domowych słucham audiobooków i teraz to już standard, że czytam (różnymi sposobami) trzy lub cztery pozycje jednocześnie. Jest coraz gorzej, przyznaję. Ale to ta niepozorna książka jest w mojej pracy najważniejsza i choć od dłuższego czasu funkcjonuje zasada, że biblioteki powinny aktywizować społeczeństwo i wychodzić z różnymi kulturowymi inicjatywami do ludzi, to jest to nie do końca moja bajka. Nie ten charakter, śmiałość i przebojowość - a raczej jej brak. Na razie chowam się w bezpiecznym kokonie spowodowanym ograniczeniami z racji pandemii ale wiem już teraz, że wszelakie imprezy, organizacja, nieunikniona konieczność przewijania się na filmikach czy zdjęciach, będzie mnie krępować i powodować poważny dyskomfort. Jam rasowy bibliofil, ot co. Jedyne, co mnie ostatnio trzasnęło pozytywnie to plener fotograficzny, organizowany przez naszą biblio - plener foto z literaturą w tle. Ostatni miał motyw baśniowy, był piękny Czerwony Kapturek, wilk (grany przez Sarabi, naszą bezdomniaczkę hotelową),  teraz zaś zbliża się kolejny, w klimacie Władcy Pierścieni. Mój osobisty Drugi będzie pozował, przebrany na styl Legolasa, mają być konie, bractwo historyczne ze sprzętami, klimat Śródziemia... ach! Za punkt honoru obrałam sobie dokładne poznanie Tolkienowskiego pióra, wysłuchałam Hobbita, natomiast z audiobooka Władcy zrezygnowałam - 57 godzin nagrania troszkę mnie odstręczyło, i uznałam, że wypadałoby, żebym chociażby w niektóre noce praktykowała standardowy sen. Obejrzałam jednak film, nocą owszem, wszystkie trzy części, i dawno tak się nie zryczałam; ostatnie pół godziny trzeciej części to zalewanie telefonu rzewnymi łzami.

Do normalności sporo mi brakuje, wiem, ale nie od dziś wiadomo, że nienormalni żyją bardziej. Tego się trzymam, choć uświadomienie sobie tego i życie z takimż brzemieniem nie jest proste.

Dzieci jednakowoż głodne nie chodzą, brudne tylko czasami, a w Uno i Pełny Kurnik gramy prawie codziennie, tak więc rozgrzeszcie. 

Zostawiam Wam troszkę Czerwonego Kapturka (autorem zdjęć jest Mój) oraz życzę wiosny w sercu, w domu i pod zawsze jasnym niebem! 







niedziela, 28 lutego 2021

Wenus przemawia

Słucham tego Lema, i słucham, odkryłam dobrodziejstwo audiobooków i kiedy tylko mogę się w miarę skupić, kiedy myśli nie galopują w oszalałym pędzie z powodu jakiegoś niezmiernie ważnego powodu do roztrząsania, włączam sobie głos pana lektora lub panów lektorów aktorów (głos Roberta Więckiewicza w "Solaris" -  mmm... bajka!). Przy gotowaniu, składaniu prania, sprzątaniu. Przy spacerach to nie, za dużo we mnie potrzeby kontemplacji przyrody i chęci wietrzenia łepetyny na zasadzie szalonych przeciągów. Im więcej Lema owego słucham, tym bardziej wkurzona jestem na ludzkość, że przy swojej zaborczej naturze zagarnięcia wszystkiego i panowania nad wszystkim, nie chce dać spokoju nawet przestrzeniom kosmosu. Ja wiem, Lem to fikcja, fantastyka, ale nie taka znów odległa i niemożliwa, tym bardziej, że Lemowskie wytwory wyobraźni są niejako prorocze. Takie smutne to i przerażające. A chodzi tylko o to, "żeby nie wtrącać się do nie swoich, nieludzkich spraw", bowiem "Nie wszystko i nie wszędzie jest dla nas"  ("Niezwyciężony"). Proste. Zatem, w związku z taką jakby niewielką, kompletnie niepotrzebną i bez sensu irytacją, moja osobista Wenus pokazuje panom najeźdźcom i agresywnym eksploratorom przestrzeni kosmicznych uroczy języczek w geście pobłażliwego i spokojnego przekonania, że na szczęście zagrabić Wszechświata póki co się nie da.

Inną zaś sprawą jest dość niepojący fakt, że jak już tak totalnie do końca zniszczymy naszą planetę, a jest to zupełnie możliwe w sytuacji dalszego nieogarnięcia się w rabunkowych działaniach wobec natury, przyjdzie ludzkości wyprowadzić się z ziemi i szukać kąta w kosmosie. Może więc działania poznawcze i tylko poznawcze! nie są tak całkiem nieuzasadnione. Ech.

Przyszłe pokolenia będą miały po prostu przerąbane.

Póki co moje osobiste przyszłe pokolenie regeneruje się przy niedzieli, Pierwszy wrócił z sędziowania, Drugi, Trzeci i Czwarty odpoczywają po biegach na orientację, w które to bawimy się rodzinnie od jakiegoś czasu, oraz leciutko i po cichutku podśmiechują się z Mego, który będąc w drużynie z Czwartym zgubił się nieznacznie ("No jak może baza trzecia być tak blisko czwartej, no jak? Szukałem dalej, bo bym w życiu nie pomyślał!"), i podczas gdy Drugi i Trzeci trasę professional ogarnęli w niespełna godzinę, Mój z biednym Czwartym trasę rodzinną przemęczyli w minut dziewięćdziesiąt i trochę. Czwarty żal miał na wierzchu, choć krył się starannie i tylko cicha prośba: "Tata, następnym razem ja będę czytał mapę" świadczyła o jego prawie-ośmioletniej desperacji do szefowania tej zadziwiającej, dwuosobowej drużynie. Tak czy tak, zadowolenie oraz poziom dotlenienia okazał się jednakowoż dość zadowalający u całej czwórki trenujących. Piąta z zapałem rysuje króliki i koloruje je całkiem "niewyjeżdżalnie", Szósty zaś ogląda Psi Patrol, dzierżąc talię Uno, bo przecież w końcu ktoś się nad nim zlituje i zagra partyjkę, oczywiście bez kart "dobieraczek" i "zatrzymywaczek" bo w wieku lat czterech dość trudno jest przejść do porządku dziennego nad tragedią wynikającą z wyłożenia tych kart przez przeciwnika. No. I generalnie wszystko gra. Idę zaparzyć czerwoną herbatę i popatrzeć sobie z okna sypialni na księżyc. Piękny dziś. I tak rozkosznie daleki.


sobota, 20 lutego 2021

Blogu mój!

 O, jednak jest. Nie zmył go zimowy deszcz, nie wykurzył pandemiczny dym zmian. Nie obraził się za opuszczenie, tudzież jawne ignorowanie, tłumaczone brakiem czasu. Napiszę zatem jemu, Blogu temu, że nie zamierzam, mimo wszystko, i mimo tego, że fakty świadczą przeciwko mnie,  klikać przycisku "usuń" bo chowam to miejsce ciągle w sercu i pamięci. I będę wracać, częściej lub rzadziej, jednakowoż zawsze chętnie i z sentymentem. Co tam u mnie, Blogu? Jak u wszystkich, zadziwiająco, zaskakująco i nieprzewidywalnie. Pracuję sobie od pół roku w bibliotece, taaaka robota, klimat jak z mojej własnej bajki, i ach! dopiero po czterdziestce odnalazła mnie ta fucha, tak moja, że bardziej już chyba się nie da. Część etatu, idealnie, żeby innych obowiązków dzieciowo-domowo-hotelikowych nie zaniedbać zanadto. Piszę sobie ponadto te swoje książkowe recenzje-nierecenzje, felietony i różne inne pisałki, niektóre są TU. Nie mogę się rozkręcić bo ciągle czas rozdrabniany bywa na codzienność zwyczajną, i dopada mnie dotkliwie odczuwalne szarpanie z rodzaju pomiędzy (napisać reckę czy poćwiczyć z Mel B, pograć z Piątą w Monopoly czy machnąć tekst, ogarnąć w chacie, iść na kije, czy napisać cokolwiek?). I choć szarpanie dotyka równie często obszarów ideologicznych, i uporczywie boli myśl, że nie wiadomo, w co wierzyć, komu ufać, jak myśleć, co mówić i gdzie bywać, a może po prostu zostawić wszystko takie, jakie jest, po prostu pozwolić istnieć wszelakim bytom - staram się żyć prosto i spokojnie. Bo gdy nie mamy na coś wpływu, najlepszym sposobem na natłok wątpliwości jest odcięcie panoszących się pędów. Niemyślenie. Umiejętność odwrócenia uwagi. Da się tego nauczyć, serio, choć fakt, łatwizna to to nie jest. Trenuję codziennie. "Jeżeli budzisz się rano, to znaczy, że jest dobry dzień" (Tatuażysta). I tego się trzymajmy. Idę na orbitrek, w czasie treningu będę czytać ebooczka "Siedmiu mężów Evelyn Hugo".  A potem, w nocy, napiszę tekst o Lemie. Cieszę się, że jesteś, Blogu!

sobota, 16 maja 2020

Remont

Epoka wirusa w koronie generuje nowe sporty narodowe. Ludność tłumnie podąża za nowymi trendami, chwaląc się na portalach społecznościowych znacznymi w tym temacie  osiągnięciami. Postanowiliśmy i my nie odstawać od reszty i konformistycznie popłynąć z prądem nowoczesności. Były zatem epizody pieczenia bułeczek, intensywne dość, przyznać muszę, wskutek czego całej naszej ósemce przyda się aktualnie lekka dietka i kuracja odchudzająca, gdyż, jak powszechnie wiadomo, domowe bułki, bułeczki i inne wyroby piekarnicze mocno idą. W biodra i insze części cielesne. Po epizodach kulinarnych nastał czas oczekiwany od dawna, dookreślany wyrażeniami "niedługo", "na wiosnę", "wielki już czas" i tak dalej.  Czas remontu. Koniecznym stało się wybranie do rzadko odwiedzanego miasta i poczynienie niezbędnych zakupów. W rodzimym Obi zamaskowany tłum desperatów pomyka oto chyłkiem między półkami z farbami, klejami, silikonami i innymi chemicznymi wytworami  techniczno-estetycznej myśli ludzkiej, która każe ludzkości zmieniać oblicza swych domostw, co jakiś czas, w cieszące oczy a nie cieszące portfela przybytki próżności, wygody i komfortu psychicznego, a może i niekomfortu przyzwyczajania się do własnych czterech ścian od nowa. Pomiędzy tymi desperatami i my. Ja w masce w koty, Mój w czarnej jak noc, stoimy i gapimy się na kolorowe płytki ekspozycji farb, zastanawiając się, czy do salonu lepsze będą Stepy Bengalu czy może Burza Piaskowa, a do kuchni Zielone Tarasy czy może Bambusowy kierwa Gaj, i nijak nie możemy dojść do konsensusu. A to dopiero dwa pomieszczenia z ośmiu. Cztery dni, pięćdziesiąt epizodów konfliktowych i setki kilometrów przemierzonych alejką z wiaderkami farb później decydujemy się w końcu na zestaw odpowiednich, powiedzmy, kolorów. I pakujemy się błyskawicznie w to bagno, gdzie chaos, totalna rozpierducha i burdel na kółkach to naprawdę wyjątkowo subtelne określenia tegoż stanu. Remont, nawet tak delikatny, ograniczony tylko do niezbędnej konieczności odświeżenia brudnych ścian i zamontowania nowych mebli w pokojach najmłodszych, przetoczył się przez nasz dom niczym huragan Katrina, przemieszczając wszystko i wszędzie. Układanie tego na powrót na swoje miejsce, wnoszenie i segregacja przypominało momentami rozwikłanie zagadki enigmy i gratuluję sobie bardzo, że mnie się udało. Problem pojawił się jednak znienacka i choć przewidywany, nie do końca został oswojony i zaakceptowany. Otóż w związku z rezygnacją z sypialni na rzecz pokoju dla Piątej i Szóstego, staliśmy się z Moim niejako bezdomni, nie mając kąta do spania, pozbawieni okrutnie, na własne życzenie, spokojnej nocnej egzystencji. Wcześniej już zapadło karkołomne postanowienie, że przecież po co nam sypialnia, dzieci potrzebują pokoju, luzik, będziemy spać w salonie, co za problem, kanapa jest nierozkładalna ale i tak przyda się już nowa więc ta wyyyjazd a nowiutką zamówimy sobie jak ta lala, rozkładaną, z eleganckim szpanerskim pufem do kompletu, ach, będzie miodzio. Powyższe realizując, pojechalim i zamówilim. Na raty, bo mebel pierońsko drogi a remont i inne wydatki oraz mniejsze wpływy finansowe w ostatnich miesiącach nie pozwoliły na szastanie gotówką. No i wszystko byłoby super oraz ułożyłoby się w idealnie dopasowaną układankę realizacji życiowych planów gdyby nie drobny szczegół taki, że kanapa zamówiona została już po remoncie a czas oczekiwania na nową to 8 tygodni. I tu, proszę Państwa, mamy drobny problemik bytowy i totalnie niemałżeński, albowiem aktualnie Mój śpi na starej nierozkładalnej, przypomnę, kanapie w salonie a ja z najmłodszymi w ich nowiutkim pokoiku na wielkim materacu służącym im do spania i zabawy. Nie powiem, żeby mi to nie pasowało, pasuje bardzo, gorzej z Moim, który czuje się wygnańcem na ziemi niczyjej, niewygodnej na dłuższą metę i zapadającej się trochę pod jego słusznym ciężarem, wysiedzonej i wyskakanej przez potomstwo liczne nasze. Pocieszam go, że trudności fizyczne hartują duszę i jaki to nie będzie potem, hehe, uduchowiony, oraz korzyść taka, że jak masz teraz blisko do pracy, patrz, wstajesz, trzy kroki i już jesteś w psiarniach ale niespecjalnie go to chyba pociesza, a perspektywa naszego rodzinnego, krótkiego wyjazdu w Góry Izerskie za tydzień raduje go nie tylko z powodu spodziewanych korzyści rekreacyjnych, ale również czysto prozaicznych: Tam się wreszcie wyśpię w łóżku. Jak człowiek.

wtorek, 5 maja 2020

Mycha

- Wzruszyłaś się.
- Nie, co ty. Cieszę się, że pojechała! Dobrze jej tam będzie.
- Ale ci smutno.
- Trochę.

Są psy, z którymi ciężko się rozstać. Mała, drobna Mycha trafiła do nas jako skrajny strachulec, kuliła się pod spojrzeniem, nie było mowy o dotyku bez przeraźliwego piszczenia. Przez kilka tygodni zaufała nam na tyle, że prosiła o pieszczoty ostrożnie podchodząc, merdając podkulonym ogonkiem i zastygając w bezruchu. Głaskana, przymykała ślepka z lubością, ciągle jednak zachowując maksymalną ostrożność. O wzięciu na ręce nadal nie ma mowy ale daje już sobie zapiąć obróżkę i podpiąć smycz bez krzyków na całą wiochę. Przed nową rodzinką jeszcze długa praca w kwestii zaufania i chodzenia na smyczy.
Kto i co ci zrobił dziewczynko, że tak się boisz człowieka?

Psiowy spacer do lasu, celem między innymi poczynienia zdjęć do ogłoszeń. Mój siłuje się z energicznym astem, który potrzebuje utemperowania, ja drepcę z ośmiomiesięczną kupką czarnego nieszczęścia, które niby idzie na smyczy ale ogon pod brzuchem a oczy spoglądające ze strachem na nas i w przestrzeń. W lesie, poczęstowana smakołykiem oddala się nieznacznie na długość smyczy i powolutku, ewidentnie chcąc być niezauważona, zakopuje go w liściach pod drzewem. Kilka dni wcześniej odłowiona gdzieś w Polsce na polach, samotna. Pewnie wydaje jej się, że znów pójdzie w długą, więc woli zrobić zapas i zjeść w samotności w sytuacji głodu i kryzysu. W drodze powrotnej nagle kładzie się na ścieżce i koniec, ani wstać ani tym bardziej pójść. Przyjmuje pozycję uległości na plecach, patrzy wylękniona. Nie wiemy, o co chodzi - chce wrócić po smakołyk? Nauczona tułaczego życia spodziewa się pewnie powrotu do dni i miejsc, które zna. Niosę dziewięciokilogramowe Laviowe puchate ciało do domu, drży cała, za bramą chowa się pod krzakiem ale po chwili wychodzi, pragnąc tulasków i jednocześnie broniąc się przed nimi. Nie zachowuje się jak szczeniak, nie bryka, nie wynosi butów, nie ma w niej beztroski. W dużych, orzechowo-brązowych oczach widać ogrom trudnych doświadczeń.
Kto i dlaczego cię skrzywdził, dzieciaku?

Mała czarna z poobcinanymi na żywca uszkami, które wyglądają jak ponagryzane ciasteczka. Boi się dotyku, o dotknięciu uszu nie ma mowy. Piszczy, chce uciekać. Ale uwielbia się przytulać. Dobrze rokuje.
Duża ruda jamnikowata, najtrudniejszy przypadek, totalna panika na widok człowieka, ucieczka, miotanie się, przegryziona każda smycz w pięć sekund, smycz łańcuszkowa przy próbie przegryzania rani jej dziąsła, leje się krew, nie ma opcji. W psiej sypialni czuje się w miarę bezpiecznie, śpi na materacu pod łóżkiem, nie lubi wychodzenia na wybiegi, a jeśli już idzie, to trzyma się blisko ogrodzenia, nie wybiera przestrzeni. Ze swojej kryjówki obserwuje świat. Tak chce i tak na razie będzie. Zaufanie będziemy budować bardzo malutkimi kroczkami, jeśli uda się choć po części wyeliminować potrzebę ucieczki będzie to ogromny sukces.
Czarna z wielgachnymi uszyskami. W strachu przed człowiekiem czołga się praktycznie po brzuchu, nie nawiązuje kontaktu wzrokowego, uwielbia smaczki, więc może to być klucz do dobrych zmian. O dziwo, umie chodzić na smyczy ale na spacerach trzyma się pobocza, nie potrafi iść środkiem drogi czy nawet drogą przy krańcach, tak samo w lesie - wskakuje od razu na leśny mech czy ściółkę na obrzeżach ścieżek. Podobnie jest na wybiegach, tylko boki i kąty. Przez większość swojego niedługiego życia była trzymana w ciemnościach, przestrzeń ją niepokoi, nie ma o co się "oprzeć", sensorycznie sprawdzić terenu. Bardzo boi się gwałtownych ruchów, choć jej samej czasem zdarza się na smyczy rzucać w panice. Potrzebuje dużo spokoju i delikatności.

Tak zwane strachulce. Bidy, skrzywdzone przez człowieka i świat. Często z praktycznie zerowymi szansami na socjalizację. Ale walczymy o każdego, fundacje dwoją się i troją aby pomóc, szukać sposobów by przełamać strach, znaleźć specjalistów czy też doświadczone w temacie domy. Wszelkiego rodzaju zabiegi przy takich psiakach, wizyty u weterynarzy, zmiany opatrunków, podawanie leków to dla nich niewyobrażalny stres i na bieżąco opracowujemy miliony sposobów, aby go w możliwie największym zakresie łagodzić. Najsmutniejsze jest jednak to, że bardzo często nie mają psiska te w sobie nawet instynktu obronnego, w sytuacji - w ich mniemaniu - zagrożenia, czyli przy dotyku, próbach głaskania, w obecności człowieka czy innego psa nie szczerzą ząbków, nie startują do obrony i walki, nie wykazują naturalnej agresji lękowej tylko są uciekająco-uległe. Czekają na rozwój wydarzeń, czekają na krzywdę. Jak wielkich szkód trzeba było dokonać w psychice tych zwierząt, że straciły one naturalne odruchy przetrwania.
Powolnym zmianom - bo tutaj nie ma niestety spektakularnych sukcesów i cudów - czasem sprzyja czas, czasem dużo spokoju, lub odwrotnie - stymulacja poprzez ciągłą obecność człowieka.
Dzięki dobrym ludziom wszystkie strachulce dostały szansę i kawałek dobrego, spokojnego życia.

Mycho moja, okupująca notorycznie mój ulubiony fotel na tarasie, wyjadająca biszkopty z miseczki na stole, jasna, drobna, z guziczkowymi oczkami, podkładająca ufnie pyszczek do delikatnego głaskania, muskania właściwie, i trącająca dwukolorowym noskiem moje ramię gdy kucałam, by pomóc w założeniu butów najmłodszym. Mycho, która wzrosłaś w moich oczach od razu, gdy okazało się, że nie przeszkadzają ci koty i leżałaś z nimi w pełnej komitywie, na ciepłej wiosennej trawie, wygrzewając się w słońcu.
Mycho! Wszystkiego dobrego w nowym domu! Żyj pięknie i spokojnie!

poniedziałek, 27 kwietnia 2020

Niech żyją wydry!

Wydawało mi się, że ha!, oto odkryłam kolejną wspaniałą aktywność fizyczną dla siebie, co było myślą tyleż odkrywczą, co praktyczną i niezbędną. Nie bardzo rozumiem, dlaczego kraj w kwarantannowej izolacji owładnięty został nowym sportem narodowym, czyli pieczeniem bułek tudzież chlebów, z podziwu godną ambicją. Sport ten niestety nie działa jak inne czynności z gatunku szeroko rozumianej aktywności, bowiem miast kondycji przysparzać i mięśni rzeźbić, funkcjonuje wprost odwrotnie, rzeźbiąc li tylko mięciuchną ciastolinę naszej tkanki tłuszczowej. Dlatego też odkrycie nowego sportu, emitowanego wizualnie z niezawodnych kanałów YT wlało we mnie nowe siły i nowe nadzieję, że może uda się zapanować nad przyrostem nie-naturalnym. Imię jego, sporta tego, to Zumba! Niestety, okazało się, że patrzyć i podziwiać i chcieć to jedno, a zacząć, potrafić i nadążyć to drugie. Totalnie nie pojmuję, dlaczego tym flądrom z filmików idzie to tak łatwo i wydawać by się mogło - od niechcenia, a zwykłemu, znękanemu człowiekowi pewnych problemów natury technicznej przysparza już trzecia minuta treningu, przy czym jest to pierwsza minuta po rozgrzewce. Hm. W dodatku kiedy niechętnym, powiedzmy to sobie: zazdrosnym! wzrokiem spoglądać poczęłam na te młode, gibkie i nieoblekłe w żadną tkankę tłuszczową ciała to zaczęłam się zastanawiać, czy moje czterdziestoletnie ciało nie kompromituje się jednak wchodząc na dość grząski dla siebie grunt. Czy nie zostanie uznane za produkt po terminie w kwestii przydatności do tanecznych wygibasów, i mimo, że uznanie to dokonałoby się autonomicznie przeze mnie samą, byłoby jednak dość dotkliwe, nie oszukujmy się. Nie no, spróbuję jeszcze, powalczę... bo czuję, że lubię, bo działa na me zmysły ta dynamiczna muza i ten rytm. Jednakowoż efektów końcowych krótkoterminowych przewidzieć nie mogę.
A w Łodzi w Zoo przyszły na świat małe wydry, takie cudaśne i to jest, proszę państwa, bardzo dobra wiadomość i to się nazywa hit dnia bo ostatnio ciężko o jakieś pozytywy informacyjne. Trzeba więc chłonąć to, co nam koloruje rzeczywistość, co posypuje nam codzienność kuleczkami z cukru i wiórkami z czekolady. Trzymać się tych drobnych słodkości nawet wtedy, gdy nam się zdarzy zgubić krok i gdy inni mają talie objętości nieprzyzwoicie niemożliwej.
Słodyczy i kolorów zatem!

środa, 15 kwietnia 2020

Nocą

Dziwna codzienność w ten zadziwiający czas. Dziwne noce. Siedzę nad kubkiem herbaty i delektuję się ciszą, uśpiony dom wydaje mnóstwo dźwięków ale te najbardziej kluczowe, dzięki Ci o losie, jedynie cicho posapują przez sen. Takie natężenie osobowościowe w domu przez cały właściwie czas bywa dość trudnym doświadczeniem choć przyznać muszę, przechodzimy przez nie w zasadzie gładko. Lubimy być w domu i z racji charakteru wykonywanej pracy jesteśmy i tak w nim przez większość czasu, tak więc nie jest to dla nas jakaś traumatyczna zmiana. Banda małoletnich też się szybko przystosowała, wygrywa to, że mają siebie nawzajem i że mają spore podwórko, w związku z czym energia odnajduje swe błogosławione ujście. Edukacja domowa? Może być, pchamy na bieżąco a jedynie co mnie totalnie rozmontowuje to wszelkiej maści prace plastyczne i techniczne do wykonania, na zaliczenie. Nie powiem Wam, jakie kwiatuszki słowne powstają wówczas w moim umyśle, a z racji wpatrzonych we mnie czujnych oczu, wydobyć ich zza zaciśniętych zębów nie mogę. I cóż mogę zrobić poza jedynym słusznym rozwiązaniem, czyli pomaganiem w klejeniu, wycinaniu, a wcześniej przekopywaniu domu w poszukiwaniu niezbędnych surowców.
Co nas obecnie martwi to wielka niewiadoma z maturami, bowiem Pierwszy tematycznie z aspektem tym związany. Drugi przerwać musiał kurs na prawo jazdy, co też początkowo powodem jego wielkiej rozpaczy było.
Już nie czytam fejsbukowych doniesień, odcięłam się od TV-informacji, nie analizuję i filtruję te przedostające się przypadkiem. Trwam i czekam z nadzieją, że cały ten makabryczny taniec chochołów szybko się skończy. Że jakoś przyzwoicie się skończy.
Nie mam czasu dla siebie jeszcze bardziej, niż nie miałam go wcześniej, mimo to nagle w pokrętny sposób naprodukowałam go więcej - na pozachwycanie się przyrodą, poczytanie i popisanie o czytaniu. W związku z innym rytmem dnia przemieściły się priorytety.
A w związku z popisaniem z kolei, gdybyście mieli ochotę - zerknijcie TU.
Do lepszego jutra!