piątek, 9 kwietnia 2021

O wiośnie, bibliofobii i Czerwonym Kapturku

Jeszcze na kominku ogrzewane świeczkami topią się woski zapachowe o nutach zimowych - świerk, cynamon, a już, jakby z wyrzutem, przygląda im się bukiet margerytek zatknięty za zegar w kształcie roweru. Tulipany na stole, milcząco i nienachalnie świadczą o zmianie. Za oknem zmiany nie ma, ale to tak już zawsze, pogoda człapie w ogonie, zimnem, wiatrem i popadującym deszczem, trochę złośliwie, pragnie zatrzymać ludzkość w domach, przeciągnąć jak się da długie, przytulne, zimowe wieczory. Lubię i te wieczory, i czającą się za progiem wiosnę, gotową wskoczyć przez drzwi z radosnym tadaaam!, niespodziewanie i właściwie zaskakująco, bo pora przedwiośnia nie zawsze raczy zaszczycić.

I tak to w oczekiwaniu na autentyczną wiosnę i na przeprowadzenie się z życiem codziennym na taras upływa mi czas... a nie, sorki, upływa na jeszcze wielu innych sprawach. O pandemii nie chce mi się pisać, co nie oznacza wcale, że mam ją gdzieś - naprawdę nie mam i nie należę do grona krzykaczy, wyznawców teorii spiskowych oraz tych, którzy uważają, że nasz kraj to samotna wyspa na oceanie świata i tylko u nas tak się dzieje, tylko u nas takie zakazy, ograniczenie wolności osobistej i tak dalej. Nie mam absolutnie pretensji, jak niektóre moje znajome, do osób w służbach i medyków za to, że ich dzieci mogą uczęszczać do przedszkoli - nieodmiennie chylę przed nimi czoła i współczuję sytuacji, w jakiej się znaleźli. Mają przerąbane, oględnie rzecz ujmując i nazywając po imieniu. Egoistycznie cieszę się, że mogę z moimi być w domu, nie martwić się tego typu covidowopochodnymi sprawami.  Generalnie czas mi upływa na doglądaniu młodych przy lekcjach zdalnych  - Czwarty jest w pierwszej klasie i  to jest serio wyzwanie. Piąta i Szósty również w domu, dochodzi więc organizacja czasu i pilnowanie, by nie przeszkadzali Drugiemu, Trzeciemu i Czwartemu właśnie. Piąta przeważnie siedzi na lekcjach koło Czwartego, starając się usilnie nie wchodzić w oko kamerki i z błagalnym wyrazem brązowych patrzałek czeka cierpliwie na to, co dla niej "spadnie" ze szkolnego stołu... "Mooogę ci to pokolorować...? Wyciąć...? Mooogę ja zrobić ten wiatraczek...? Pożyczysz mi pisaki...? Mogę ci poukładać w piórniku?" Czwarty ma dobrze pod tym względem, przed wychowawczynią już nawet nie ukrywam tego, że młodsza siostra mu pomaga bo czyha tylko jak ta harpia, żeby się edukacyjnie spełnić. Sama ma swoje zadania z przedszkola, ale co tam takie, za mało, za łatwo i zbyt przewidywalnie. Chyba powinnam się cieszyć, że nie próbuje pomagać mi w mojej pracy zdalnej choć mogłoby to być ciekawe doświadczenie. Wieczorami nadrabiam jeszcze materiały ze studiów, podyplomówka z bibliotekoznawstwa to był zdecydowanie dobry pomysł, ogarniam wszystkie materiały uczciwie bo naprawdę mnie interesują. Pomyślałam sobie wczoraj, że jeśli miałabym szansę dalej rozwijać się w tej dziedzinie to poszłabym baaardzo w kierunku biblioterapii, cudowne to dla mnie odkrycie. Nie jest to żadna rewelacja, że praca typowo z książką jest moim najukochańszym zajęciem, lubię opracowywać nowości czy dary od czytelników, uwielbiam buszować na rynku wydawniczym śledząc blogi, wydawnictwa i strony autorów, lubię rozmawiać na temat książek, autorów, zapowiedzi, lubię odkrywać pisarzy, których do tej pory znałam tylko z nazwiska. Mój czas na czytanie, mam wrażenie, kurczy się  i nabrzmiewa jednocześnie, zagarnia jeszcze więcej moich godzin, opanowuje moje życie bezgranicznie; jestem na tyle zachłanna, że podczas prac domowych słucham audiobooków i teraz to już standard, że czytam (różnymi sposobami) trzy lub cztery pozycje jednocześnie. Jest coraz gorzej, przyznaję. Ale to ta niepozorna książka jest w mojej pracy najważniejsza i choć od dłuższego czasu funkcjonuje zasada, że biblioteki powinny aktywizować społeczeństwo i wychodzić z różnymi kulturowymi inicjatywami do ludzi, to jest to nie do końca moja bajka. Nie ten charakter, śmiałość i przebojowość - a raczej jej brak. Na razie chowam się w bezpiecznym kokonie spowodowanym ograniczeniami z racji pandemii ale wiem już teraz, że wszelakie imprezy, organizacja, nieunikniona konieczność przewijania się na filmikach czy zdjęciach, będzie mnie krępować i powodować poważny dyskomfort. Jam rasowy bibliofil, ot co. Jedyne, co mnie ostatnio trzasnęło pozytywnie to plener fotograficzny, organizowany przez naszą biblio - plener foto z literaturą w tle. Ostatni miał motyw baśniowy, był piękny Czerwony Kapturek, wilk (grany przez Sarabi, naszą bezdomniaczkę hotelową),  teraz zaś zbliża się kolejny, w klimacie Władcy Pierścieni. Mój osobisty Drugi będzie pozował, przebrany na styl Legolasa, mają być konie, bractwo historyczne ze sprzętami, klimat Śródziemia... ach! Za punkt honoru obrałam sobie dokładne poznanie Tolkienowskiego pióra, wysłuchałam Hobbita, natomiast z audiobooka Władcy zrezygnowałam - 57 godzin nagrania troszkę mnie odstręczyło, i uznałam, że wypadałoby, żebym chociażby w niektóre noce praktykowała standardowy sen. Obejrzałam jednak film, nocą owszem, wszystkie trzy części, i dawno tak się nie zryczałam; ostatnie pół godziny trzeciej części to zalewanie telefonu rzewnymi łzami.

Do normalności sporo mi brakuje, wiem, ale nie od dziś wiadomo, że nienormalni żyją bardziej. Tego się trzymam, choć uświadomienie sobie tego i życie z takimż brzemieniem nie jest proste.

Dzieci jednakowoż głodne nie chodzą, brudne tylko czasami, a w Uno i Pełny Kurnik gramy prawie codziennie, tak więc rozgrzeszcie. 

Zostawiam Wam troszkę Czerwonego Kapturka (autorem zdjęć jest Mój) oraz życzę wiosny w sercu, w domu i pod zawsze jasnym niebem! 







niedziela, 28 lutego 2021

Wenus przemawia

Słucham tego Lema, i słucham, odkryłam dobrodziejstwo audiobooków i kiedy tylko mogę się w miarę skupić, kiedy myśli nie galopują w oszalałym pędzie z powodu jakiegoś niezmiernie ważnego powodu do roztrząsania, włączam sobie głos pana lektora lub panów lektorów aktorów (głos Roberta Więckiewicza w "Solaris" -  mmm... bajka!). Przy gotowaniu, składaniu prania, sprzątaniu. Przy spacerach to nie, za dużo we mnie potrzeby kontemplacji przyrody i chęci wietrzenia łepetyny na zasadzie szalonych przeciągów. Im więcej Lema owego słucham, tym bardziej wkurzona jestem na ludzkość, że przy swojej zaborczej naturze zagarnięcia wszystkiego i panowania nad wszystkim, nie chce dać spokoju nawet przestrzeniom kosmosu. Ja wiem, Lem to fikcja, fantastyka, ale nie taka znów odległa i niemożliwa, tym bardziej, że Lemowskie wytwory wyobraźni są niejako prorocze. Takie smutne to i przerażające. A chodzi tylko o to, "żeby nie wtrącać się do nie swoich, nieludzkich spraw", bowiem "Nie wszystko i nie wszędzie jest dla nas"  ("Niezwyciężony"). Proste. Zatem, w związku z taką jakby niewielką, kompletnie niepotrzebną i bez sensu irytacją, moja osobista Wenus pokazuje panom najeźdźcom i agresywnym eksploratorom przestrzeni kosmicznych uroczy języczek w geście pobłażliwego i spokojnego przekonania, że na szczęście zagrabić Wszechświata póki co się nie da.

Inną zaś sprawą jest dość niepojący fakt, że jak już tak totalnie do końca zniszczymy naszą planetę, a jest to zupełnie możliwe w sytuacji dalszego nieogarnięcia się w rabunkowych działaniach wobec natury, przyjdzie ludzkości wyprowadzić się z ziemi i szukać kąta w kosmosie. Może więc działania poznawcze i tylko poznawcze! nie są tak całkiem nieuzasadnione. Ech.

Przyszłe pokolenia będą miały po prostu przerąbane.

Póki co moje osobiste przyszłe pokolenie regeneruje się przy niedzieli, Pierwszy wrócił z sędziowania, Drugi, Trzeci i Czwarty odpoczywają po biegach na orientację, w które to bawimy się rodzinnie od jakiegoś czasu, oraz leciutko i po cichutku podśmiechują się z Mego, który będąc w drużynie z Czwartym zgubił się nieznacznie ("No jak może baza trzecia być tak blisko czwartej, no jak? Szukałem dalej, bo bym w życiu nie pomyślał!"), i podczas gdy Drugi i Trzeci trasę professional ogarnęli w niespełna godzinę, Mój z biednym Czwartym trasę rodzinną przemęczyli w minut dziewięćdziesiąt i trochę. Czwarty żal miał na wierzchu, choć krył się starannie i tylko cicha prośba: "Tata, następnym razem ja będę czytał mapę" świadczyła o jego prawie-ośmioletniej desperacji do szefowania tej zadziwiającej, dwuosobowej drużynie. Tak czy tak, zadowolenie oraz poziom dotlenienia okazał się jednakowoż dość zadowalający u całej czwórki trenujących. Piąta z zapałem rysuje króliki i koloruje je całkiem "niewyjeżdżalnie", Szósty zaś ogląda Psi Patrol, dzierżąc talię Uno, bo przecież w końcu ktoś się nad nim zlituje i zagra partyjkę, oczywiście bez kart "dobieraczek" i "zatrzymywaczek" bo w wieku lat czterech dość trudno jest przejść do porządku dziennego nad tragedią wynikającą z wyłożenia tych kart przez przeciwnika. No. I generalnie wszystko gra. Idę zaparzyć czerwoną herbatę i popatrzeć sobie z okna sypialni na księżyc. Piękny dziś. I tak rozkosznie daleki.


sobota, 20 lutego 2021

Blogu mój!

 O, jednak jest. Nie zmył go zimowy deszcz, nie wykurzył pandemiczny dym zmian. Nie obraził się za opuszczenie, tudzież jawne ignorowanie, tłumaczone brakiem czasu. Napiszę zatem jemu, Blogu temu, że nie zamierzam, mimo wszystko, i mimo tego, że fakty świadczą przeciwko mnie,  klikać przycisku "usuń" bo chowam to miejsce ciągle w sercu i pamięci. I będę wracać, częściej lub rzadziej, jednakowoż zawsze chętnie i z sentymentem. Co tam u mnie, Blogu? Jak u wszystkich, zadziwiająco, zaskakująco i nieprzewidywalnie. Pracuję sobie od pół roku w bibliotece, taaaka robota, klimat jak z mojej własnej bajki, i ach! dopiero po czterdziestce odnalazła mnie ta fucha, tak moja, że bardziej już chyba się nie da. Część etatu, idealnie, żeby innych obowiązków dzieciowo-domowo-hotelikowych nie zaniedbać zanadto. Piszę sobie ponadto te swoje książkowe recenzje-nierecenzje, felietony i różne inne pisałki, niektóre są TU. Nie mogę się rozkręcić bo ciągle czas rozdrabniany bywa na codzienność zwyczajną, i dopada mnie dotkliwie odczuwalne szarpanie z rodzaju pomiędzy (napisać reckę czy poćwiczyć z Mel B, pograć z Piątą w Monopoly czy machnąć tekst, ogarnąć w chacie, iść na kije, czy napisać cokolwiek?). I choć szarpanie dotyka równie często obszarów ideologicznych, i uporczywie boli myśl, że nie wiadomo, w co wierzyć, komu ufać, jak myśleć, co mówić i gdzie bywać, a może po prostu zostawić wszystko takie, jakie jest, po prostu pozwolić istnieć wszelakim bytom - staram się żyć prosto i spokojnie. Bo gdy nie mamy na coś wpływu, najlepszym sposobem na natłok wątpliwości jest odcięcie panoszących się pędów. Niemyślenie. Umiejętność odwrócenia uwagi. Da się tego nauczyć, serio, choć fakt, łatwizna to to nie jest. Trenuję codziennie. "Jeżeli budzisz się rano, to znaczy, że jest dobry dzień" (Tatuażysta). I tego się trzymajmy. Idę na orbitrek, w czasie treningu będę czytać ebooczka "Siedmiu mężów Evelyn Hugo".  A potem, w nocy, napiszę tekst o Lemie. Cieszę się, że jesteś, Blogu!

sobota, 16 maja 2020

Remont

Epoka wirusa w koronie generuje nowe sporty narodowe. Ludność tłumnie podąża za nowymi trendami, chwaląc się na portalach społecznościowych znacznymi w tym temacie  osiągnięciami. Postanowiliśmy i my nie odstawać od reszty i konformistycznie popłynąć z prądem nowoczesności. Były zatem epizody pieczenia bułeczek, intensywne dość, przyznać muszę, wskutek czego całej naszej ósemce przyda się aktualnie lekka dietka i kuracja odchudzająca, gdyż, jak powszechnie wiadomo, domowe bułki, bułeczki i inne wyroby piekarnicze mocno idą. W biodra i insze części cielesne. Po epizodach kulinarnych nastał czas oczekiwany od dawna, dookreślany wyrażeniami "niedługo", "na wiosnę", "wielki już czas" i tak dalej.  Czas remontu. Koniecznym stało się wybranie do rzadko odwiedzanego miasta i poczynienie niezbędnych zakupów. W rodzimym Obi zamaskowany tłum desperatów pomyka oto chyłkiem między półkami z farbami, klejami, silikonami i innymi chemicznymi wytworami  techniczno-estetycznej myśli ludzkiej, która każe ludzkości zmieniać oblicza swych domostw, co jakiś czas, w cieszące oczy a nie cieszące portfela przybytki próżności, wygody i komfortu psychicznego, a może i niekomfortu przyzwyczajania się do własnych czterech ścian od nowa. Pomiędzy tymi desperatami i my. Ja w masce w koty, Mój w czarnej jak noc, stoimy i gapimy się na kolorowe płytki ekspozycji farb, zastanawiając się, czy do salonu lepsze będą Stepy Bengalu czy może Burza Piaskowa, a do kuchni Zielone Tarasy czy może Bambusowy kierwa Gaj, i nijak nie możemy dojść do konsensusu. A to dopiero dwa pomieszczenia z ośmiu. Cztery dni, pięćdziesiąt epizodów konfliktowych i setki kilometrów przemierzonych alejką z wiaderkami farb później decydujemy się w końcu na zestaw odpowiednich, powiedzmy, kolorów. I pakujemy się błyskawicznie w to bagno, gdzie chaos, totalna rozpierducha i burdel na kółkach to naprawdę wyjątkowo subtelne określenia tegoż stanu. Remont, nawet tak delikatny, ograniczony tylko do niezbędnej konieczności odświeżenia brudnych ścian i zamontowania nowych mebli w pokojach najmłodszych, przetoczył się przez nasz dom niczym huragan Katrina, przemieszczając wszystko i wszędzie. Układanie tego na powrót na swoje miejsce, wnoszenie i segregacja przypominało momentami rozwikłanie zagadki enigmy i gratuluję sobie bardzo, że mnie się udało. Problem pojawił się jednak znienacka i choć przewidywany, nie do końca został oswojony i zaakceptowany. Otóż w związku z rezygnacją z sypialni na rzecz pokoju dla Piątej i Szóstego, staliśmy się z Moim niejako bezdomni, nie mając kąta do spania, pozbawieni okrutnie, na własne życzenie, spokojnej nocnej egzystencji. Wcześniej już zapadło karkołomne postanowienie, że przecież po co nam sypialnia, dzieci potrzebują pokoju, luzik, będziemy spać w salonie, co za problem, kanapa jest nierozkładalna ale i tak przyda się już nowa więc ta wyyyjazd a nowiutką zamówimy sobie jak ta lala, rozkładaną, z eleganckim szpanerskim pufem do kompletu, ach, będzie miodzio. Powyższe realizując, pojechalim i zamówilim. Na raty, bo mebel pierońsko drogi a remont i inne wydatki oraz mniejsze wpływy finansowe w ostatnich miesiącach nie pozwoliły na szastanie gotówką. No i wszystko byłoby super oraz ułożyłoby się w idealnie dopasowaną układankę realizacji życiowych planów gdyby nie drobny szczegół taki, że kanapa zamówiona została już po remoncie a czas oczekiwania na nową to 8 tygodni. I tu, proszę Państwa, mamy drobny problemik bytowy i totalnie niemałżeński, albowiem aktualnie Mój śpi na starej nierozkładalnej, przypomnę, kanapie w salonie a ja z najmłodszymi w ich nowiutkim pokoiku na wielkim materacu służącym im do spania i zabawy. Nie powiem, żeby mi to nie pasowało, pasuje bardzo, gorzej z Moim, który czuje się wygnańcem na ziemi niczyjej, niewygodnej na dłuższą metę i zapadającej się trochę pod jego słusznym ciężarem, wysiedzonej i wyskakanej przez potomstwo liczne nasze. Pocieszam go, że trudności fizyczne hartują duszę i jaki to nie będzie potem, hehe, uduchowiony, oraz korzyść taka, że jak masz teraz blisko do pracy, patrz, wstajesz, trzy kroki i już jesteś w psiarniach ale niespecjalnie go to chyba pociesza, a perspektywa naszego rodzinnego, krótkiego wyjazdu w Góry Izerskie za tydzień raduje go nie tylko z powodu spodziewanych korzyści rekreacyjnych, ale również czysto prozaicznych: Tam się wreszcie wyśpię w łóżku. Jak człowiek.

wtorek, 5 maja 2020

Mycha

- Wzruszyłaś się.
- Nie, co ty. Cieszę się, że pojechała! Dobrze jej tam będzie.
- Ale ci smutno.
- Trochę.

Są psy, z którymi ciężko się rozstać. Mała, drobna Mycha trafiła do nas jako skrajny strachulec, kuliła się pod spojrzeniem, nie było mowy o dotyku bez przeraźliwego piszczenia. Przez kilka tygodni zaufała nam na tyle, że prosiła o pieszczoty ostrożnie podchodząc, merdając podkulonym ogonkiem i zastygając w bezruchu. Głaskana, przymykała ślepka z lubością, ciągle jednak zachowując maksymalną ostrożność. O wzięciu na ręce nadal nie ma mowy ale daje już sobie zapiąć obróżkę i podpiąć smycz bez krzyków na całą wiochę. Przed nową rodzinką jeszcze długa praca w kwestii zaufania i chodzenia na smyczy.
Kto i co ci zrobił dziewczynko, że tak się boisz człowieka?

Psiowy spacer do lasu, celem między innymi poczynienia zdjęć do ogłoszeń. Mój siłuje się z energicznym astem, który potrzebuje utemperowania, ja drepcę z ośmiomiesięczną kupką czarnego nieszczęścia, które niby idzie na smyczy ale ogon pod brzuchem a oczy spoglądające ze strachem na nas i w przestrzeń. W lesie, poczęstowana smakołykiem oddala się nieznacznie na długość smyczy i powolutku, ewidentnie chcąc być niezauważona, zakopuje go w liściach pod drzewem. Kilka dni wcześniej odłowiona gdzieś w Polsce na polach, samotna. Pewnie wydaje jej się, że znów pójdzie w długą, więc woli zrobić zapas i zjeść w samotności w sytuacji głodu i kryzysu. W drodze powrotnej nagle kładzie się na ścieżce i koniec, ani wstać ani tym bardziej pójść. Przyjmuje pozycję uległości na plecach, patrzy wylękniona. Nie wiemy, o co chodzi - chce wrócić po smakołyk? Nauczona tułaczego życia spodziewa się pewnie powrotu do dni i miejsc, które zna. Niosę dziewięciokilogramowe Laviowe puchate ciało do domu, drży cała, za bramą chowa się pod krzakiem ale po chwili wychodzi, pragnąc tulasków i jednocześnie broniąc się przed nimi. Nie zachowuje się jak szczeniak, nie bryka, nie wynosi butów, nie ma w niej beztroski. W dużych, orzechowo-brązowych oczach widać ogrom trudnych doświadczeń.
Kto i dlaczego cię skrzywdził, dzieciaku?

Mała czarna z poobcinanymi na żywca uszkami, które wyglądają jak ponagryzane ciasteczka. Boi się dotyku, o dotknięciu uszu nie ma mowy. Piszczy, chce uciekać. Ale uwielbia się przytulać. Dobrze rokuje.
Duża ruda jamnikowata, najtrudniejszy przypadek, totalna panika na widok człowieka, ucieczka, miotanie się, przegryziona każda smycz w pięć sekund, smycz łańcuszkowa przy próbie przegryzania rani jej dziąsła, leje się krew, nie ma opcji. W psiej sypialni czuje się w miarę bezpiecznie, śpi na materacu pod łóżkiem, nie lubi wychodzenia na wybiegi, a jeśli już idzie, to trzyma się blisko ogrodzenia, nie wybiera przestrzeni. Ze swojej kryjówki obserwuje świat. Tak chce i tak na razie będzie. Zaufanie będziemy budować bardzo malutkimi kroczkami, jeśli uda się choć po części wyeliminować potrzebę ucieczki będzie to ogromny sukces.
Czarna z wielgachnymi uszyskami. W strachu przed człowiekiem czołga się praktycznie po brzuchu, nie nawiązuje kontaktu wzrokowego, uwielbia smaczki, więc może to być klucz do dobrych zmian. O dziwo, umie chodzić na smyczy ale na spacerach trzyma się pobocza, nie potrafi iść środkiem drogi czy nawet drogą przy krańcach, tak samo w lesie - wskakuje od razu na leśny mech czy ściółkę na obrzeżach ścieżek. Podobnie jest na wybiegach, tylko boki i kąty. Przez większość swojego niedługiego życia była trzymana w ciemnościach, przestrzeń ją niepokoi, nie ma o co się "oprzeć", sensorycznie sprawdzić terenu. Bardzo boi się gwałtownych ruchów, choć jej samej czasem zdarza się na smyczy rzucać w panice. Potrzebuje dużo spokoju i delikatności.

Tak zwane strachulce. Bidy, skrzywdzone przez człowieka i świat. Często z praktycznie zerowymi szansami na socjalizację. Ale walczymy o każdego, fundacje dwoją się i troją aby pomóc, szukać sposobów by przełamać strach, znaleźć specjalistów czy też doświadczone w temacie domy. Wszelkiego rodzaju zabiegi przy takich psiakach, wizyty u weterynarzy, zmiany opatrunków, podawanie leków to dla nich niewyobrażalny stres i na bieżąco opracowujemy miliony sposobów, aby go w możliwie największym zakresie łagodzić. Najsmutniejsze jest jednak to, że bardzo często nie mają psiska te w sobie nawet instynktu obronnego, w sytuacji - w ich mniemaniu - zagrożenia, czyli przy dotyku, próbach głaskania, w obecności człowieka czy innego psa nie szczerzą ząbków, nie startują do obrony i walki, nie wykazują naturalnej agresji lękowej tylko są uciekająco-uległe. Czekają na rozwój wydarzeń, czekają na krzywdę. Jak wielkich szkód trzeba było dokonać w psychice tych zwierząt, że straciły one naturalne odruchy przetrwania.
Powolnym zmianom - bo tutaj nie ma niestety spektakularnych sukcesów i cudów - czasem sprzyja czas, czasem dużo spokoju, lub odwrotnie - stymulacja poprzez ciągłą obecność człowieka.
Dzięki dobrym ludziom wszystkie strachulce dostały szansę i kawałek dobrego, spokojnego życia.

Mycho moja, okupująca notorycznie mój ulubiony fotel na tarasie, wyjadająca biszkopty z miseczki na stole, jasna, drobna, z guziczkowymi oczkami, podkładająca ufnie pyszczek do delikatnego głaskania, muskania właściwie, i trącająca dwukolorowym noskiem moje ramię gdy kucałam, by pomóc w założeniu butów najmłodszym. Mycho, która wzrosłaś w moich oczach od razu, gdy okazało się, że nie przeszkadzają ci koty i leżałaś z nimi w pełnej komitywie, na ciepłej wiosennej trawie, wygrzewając się w słońcu.
Mycho! Wszystkiego dobrego w nowym domu! Żyj pięknie i spokojnie!

poniedziałek, 27 kwietnia 2020

Niech żyją wydry!

Wydawało mi się, że ha!, oto odkryłam kolejną wspaniałą aktywność fizyczną dla siebie, co było myślą tyleż odkrywczą, co praktyczną i niezbędną. Nie bardzo rozumiem, dlaczego kraj w kwarantannowej izolacji owładnięty został nowym sportem narodowym, czyli pieczeniem bułek tudzież chlebów, z podziwu godną ambicją. Sport ten niestety nie działa jak inne czynności z gatunku szeroko rozumianej aktywności, bowiem miast kondycji przysparzać i mięśni rzeźbić, funkcjonuje wprost odwrotnie, rzeźbiąc li tylko mięciuchną ciastolinę naszej tkanki tłuszczowej. Dlatego też odkrycie nowego sportu, emitowanego wizualnie z niezawodnych kanałów YT wlało we mnie nowe siły i nowe nadzieję, że może uda się zapanować nad przyrostem nie-naturalnym. Imię jego, sporta tego, to Zumba! Niestety, okazało się, że patrzyć i podziwiać i chcieć to jedno, a zacząć, potrafić i nadążyć to drugie. Totalnie nie pojmuję, dlaczego tym flądrom z filmików idzie to tak łatwo i wydawać by się mogło - od niechcenia, a zwykłemu, znękanemu człowiekowi pewnych problemów natury technicznej przysparza już trzecia minuta treningu, przy czym jest to pierwsza minuta po rozgrzewce. Hm. W dodatku kiedy niechętnym, powiedzmy to sobie: zazdrosnym! wzrokiem spoglądać poczęłam na te młode, gibkie i nieoblekłe w żadną tkankę tłuszczową ciała to zaczęłam się zastanawiać, czy moje czterdziestoletnie ciało nie kompromituje się jednak wchodząc na dość grząski dla siebie grunt. Czy nie zostanie uznane za produkt po terminie w kwestii przydatności do tanecznych wygibasów, i mimo, że uznanie to dokonałoby się autonomicznie przeze mnie samą, byłoby jednak dość dotkliwe, nie oszukujmy się. Nie no, spróbuję jeszcze, powalczę... bo czuję, że lubię, bo działa na me zmysły ta dynamiczna muza i ten rytm. Jednakowoż efektów końcowych krótkoterminowych przewidzieć nie mogę.
A w Łodzi w Zoo przyszły na świat małe wydry, takie cudaśne i to jest, proszę państwa, bardzo dobra wiadomość i to się nazywa hit dnia bo ostatnio ciężko o jakieś pozytywy informacyjne. Trzeba więc chłonąć to, co nam koloruje rzeczywistość, co posypuje nam codzienność kuleczkami z cukru i wiórkami z czekolady. Trzymać się tych drobnych słodkości nawet wtedy, gdy nam się zdarzy zgubić krok i gdy inni mają talie objętości nieprzyzwoicie niemożliwej.
Słodyczy i kolorów zatem!

środa, 15 kwietnia 2020

Nocą

Dziwna codzienność w ten zadziwiający czas. Dziwne noce. Siedzę nad kubkiem herbaty i delektuję się ciszą, uśpiony dom wydaje mnóstwo dźwięków ale te najbardziej kluczowe, dzięki Ci o losie, jedynie cicho posapują przez sen. Takie natężenie osobowościowe w domu przez cały właściwie czas bywa dość trudnym doświadczeniem choć przyznać muszę, przechodzimy przez nie w zasadzie gładko. Lubimy być w domu i z racji charakteru wykonywanej pracy jesteśmy i tak w nim przez większość czasu, tak więc nie jest to dla nas jakaś traumatyczna zmiana. Banda małoletnich też się szybko przystosowała, wygrywa to, że mają siebie nawzajem i że mają spore podwórko, w związku z czym energia odnajduje swe błogosławione ujście. Edukacja domowa? Może być, pchamy na bieżąco a jedynie co mnie totalnie rozmontowuje to wszelkiej maści prace plastyczne i techniczne do wykonania, na zaliczenie. Nie powiem Wam, jakie kwiatuszki słowne powstają wówczas w moim umyśle, a z racji wpatrzonych we mnie czujnych oczu, wydobyć ich zza zaciśniętych zębów nie mogę. I cóż mogę zrobić poza jedynym słusznym rozwiązaniem, czyli pomaganiem w klejeniu, wycinaniu, a wcześniej przekopywaniu domu w poszukiwaniu niezbędnych surowców.
Co nas obecnie martwi to wielka niewiadoma z maturami, bowiem Pierwszy tematycznie z aspektem tym związany. Drugi przerwać musiał kurs na prawo jazdy, co też początkowo powodem jego wielkiej rozpaczy było.
Już nie czytam fejsbukowych doniesień, odcięłam się od TV-informacji, nie analizuję i filtruję te przedostające się przypadkiem. Trwam i czekam z nadzieją, że cały ten makabryczny taniec chochołów szybko się skończy. Że jakoś przyzwoicie się skończy.
Nie mam czasu dla siebie jeszcze bardziej, niż nie miałam go wcześniej, mimo to nagle w pokrętny sposób naprodukowałam go więcej - na pozachwycanie się przyrodą, poczytanie i popisanie o czytaniu. W związku z innym rytmem dnia przemieściły się priorytety.
A w związku z popisaniem z kolei, gdybyście mieli ochotę - zerknijcie TU.
Do lepszego jutra!

czwartek, 9 kwietnia 2020

O wspólnym mianowniku


Jeżeli zastanawialiście się kiedyś, czy można jednocześnie smażyć mielone kotlety i pisać recenzję książki to odpowiadam, że owszem, można, trzeba jednakowoż brać pod uwagę to, iż pod wpływem   "zapisania" niektóre z nich mogą wyjść nieco bardziej chrupiące niż normy kulinarne przewidują. Niestety, z powodu aktualnego kompletnego zwężenia przestrzeni czasowej mojej li tylko, takiej najmojszej, musiałam udać na wyższy level organizacyjny i próbować łączyć czynności oraz potrzeby z pozoru zupełnie do siebie nieprzystające. Gotowanie i pisanie? Czemu nie. Orbitrek i czytanie książki? Opanowane już do perfekcji. Edukacja domowa i asekurowanie Szóstego na rowerku bez bocznych kółek, bo akurat teraz zapragnął się nauczyć i się skubany uparł oraz nauczył choć normy wiekowe jeszcze za bardzo tej umiejętności nie przewidują? Luzik. A skoro już przy Szóstym jesteśmy, to dozuje nam chłopię wrażeń najróżniejszych i ostatnio na przykład rozpaczliwie szukał... kotleta. Chodził taki mały człowiek po domu i wołał:  Ktoś widział mojego kotleta? Gdzie jest mój koootlet! Szkopuł jednak w tym, że ani tego dnia, ani poprzedniego, ani jeszcze bardziej poprzedniego nie znajdowała się owa potrawa w naszym rodzinnym menu i doprawdy zastanawiające było, skąd ten kotlet w znękanym bezradnością umyśle mojego najmłodszego. Sytuację pogorszył jeszcze szczegół taki, iż na pytanie pomocnicze: Synku, jaki kotlet? Jaki miał kolor?? ów odpowiedział: No taki, na jakim grałem! Taki... żółty! Różne nam myśli poczęły do głów rodzicielskich przychodzić, gdy nagle, dzięki ci o dobry losie, doznałam olśnienia i wykrzyknęłam: Eureka! Odkryłam! To FLET! On grał na flecie! Starym flecie szkolnym Pierwszego, który to flet Szósty znalazł gdzieś w czeluściach biurka, ściągając tym samym na siebie gniew właściciela biurka, rzecz jasna gniew nie o pożółkły ze starości instrument, a o sam fakt grzebania. Kiedy się zagadka wyjaśniła, radość odkrycia szybko zastąpiona została nieumiejętnie tłumionym poczuciem irytacji większości domowników, powodowanej ambitnymi Szóstego ćwiczeniami na szczęśliwie odzyskanej fujarce. Która to irytacja wynikała oczywiście z ignorancji, niedouczenia i nie poznania się na prawdziwym talencie. Ale powiem Wam jeszcze tylko w nawiązaniu, że taka trochę niezamierzona ale jednak! gra słów, czy też zabawa słowami w sposób kuriozalny dryfująca po obszarach bezkresnego morza naszego ojczystego języka stanowi moją wielką pasję i  zachwytem rozbierałam na czynniki pierwsze słowotwórczy zamysł Szóstego. Wyszła mi z tej analizy i zdolność homofonowa, i wielka kreatywność skojarzeniowa, i niewątpliwy słuch muzyczny nie tylko w kwestii wydawania dźwięków stricte fletowych ;) I tak pomyślałam sobie, że nasza rzeczywistość teraz, w dobie walki z wirusem, w czasie przymusowej izolacji, najróżniejszych wydarzeń, nastrojów, ruchów społecznych i wielkiej historii na naszych oczach się zapisującej przypomina trochę taką nie do końca zrozumiałą grę słów. Taki kotlet, który trochę jest fletem, a trochę pistoletem i baletem. Co mnie w tej pomieszanej codzienności ratuje? Kiedy nie wystarcza już mi poczucie, że i tak mam lepiej niż inni - niż ludzie żyjący dziś w zamknięciu, chorujący, w depresji, samotni...  kiedy przytłacza mnie nadmiar złych informacji - choć staram się je filtrować w sposób na maksa maksymalny, kiedy dręczy mnie potrzeba bycia tylko ze sobą... czynię szybki pstryk organizacyjny i zamykam się na trochę w łazience z  prawdziwym cudem literackim, białym krukiem książkowego tworzenia, najlepszą rozrywką wszechczasów, a jednocześnie obiektem mego cielęcego podziwu. Proszę Państwa: Jaronizmy! Taszczę oba albumy do mego wykafelkowanego sanktuarium i zatapiam się w analizach, zgadywankach, kontemplacji rysunków i podtekstów. Takie wiecie, genialne obrazy, gdzie czytasz hasło: "Przytyło się" a na rysunku widzisz wielką literę T i stojące po obu jej stronach dwa rozkoszne łosie ...bo przy "T" - łosie! Czaicie! No genialne! Albo "Wściekły pies" - i widzisz literę S, która groźnym okiem łypie w kanał ściekowy! Mistrzostwo! Nie mówiąc o obrazku, który ukazuje siedzącego faceta, na kiju trzymającego kiełbaskę. Siedzi sobie pod tą kiełbaską sympatyczny maluch, i hasło twierdzi, że on, ten gość "Opieka nad dzieckiem"!
Niech zatem będzie to podsumowanie naszych czasów: myślisz o czymś, usta wypowiadają słowa a obraz jest zupełnie inny, niż nasze automatyczne i jednoznaczne wyobrażenie. I żeby nie było tak całkiem przytłaczająco: każdą zagadkę da się rozwiązać i każdą grę słów w końcu przejrzeć. Mimo, że konsekwencji tegoż nie można przewidzieć.
Ale: #jeszczebedziepieknie.
Bywajcie!




czwartek, 3 października 2019

Grzyb

No więc ostatnio istnienie, a zwłaszcza jego łagodność, nieco mi się zgięło i wręcz odbija się czkawką. Z niczem zdążyć nie mogę, zalegam z milionem spraw.  Nie bije mnie to w dzień, kiedy rzeczywistość się kręci, dzieciaki absorbują i, co tu dużo gadać, zwyczajnie cieszą (przeważnie). Ale huczy mi ten stan w głowie, kiedy się kładę spać, i gdy usiłuję czytać a  z ciemnych kątów wyłazić postanawiają wtedy wszelkie wyrzuty sumienia niedokończoności, niezdążenia i doniczegości. Potrafią być wredne, mimo że odpieram atak ogniowymi kulami priorytetów nieprzyziemnych. Wszak nie tylko obowiązkami żyje człowiek!, krzyczę doń. Wyciszeń wyrzutów dokonuję w bibliotece lub w lesie lub na cmentarzu. Sprzątam Tatowy grób, zmiatam z niego opadłe igliwie wysokich świerków, podlewam pięknie kwitnący wrzos, zapalam znicze, przeczesuję grabkami ziemię wokół pomnika, i jeszcze wokół sąsiadów, i ścieżkę również. Tam najbardziej dopada mnie tymczasowość istnienia i tam zawsze układają mi się w głowie Ważne Sprawy. Z tegoż powodu jeżdżę sprzątać dość często.
Rankami budzą mnie najczęściej rączki Szóstego, który w półśnie przytula się na kilka wypróbowanych, ponad dwa lata testowanych, sposobów. Budzi też Piąta, która oplata swoje dłonie moimi włosami, w podobny sposób zasypia, nie mam serca jej od tego "odstawiać ". Później poranek nabiera tempa. Przygotowanie do przedszkola i szkoły całej czwórki naraz nie jest proste. Ubieranie, pomoc w ubieraniu, śniadanie, mycie zębów, co kto ma zabrać, przetrzyj sobie buty, nalej wody do bidonu, gdzie jest moja czapka, i takie tam. Przy okazji zawsze myślę sobie - Boszsz... jak dobrze, że mam ino jedną córkę! Bo dobór odzienia i fryzury (z długich, przypominam, włosów) stanowi zawsze punkt najbardziej czasochłonny. Rzadko kiedy Piąta bez oporów godzi się na przygotowany wieczorem zestaw ubrań, modyfikacji dokonuje choćby w kolorze skarpetek. Ot, taka poranna tradycja i babskie niezdecydowanie. Nie ma to jak potomstwo płci męskiej - portki, koszulka lub bluza i gnają, i nawet jeśli koszulka ma być inna, bo dziś ma być z traktorem a nie z rakietą (Szósty) lub czarna z napisami a nie granatowa bez napisów (Trzeci, Czwarty) to zawsze jest to tylko wymiana koszulki. Nie cała procedura analityczno-decyzyjna jak w przypadku Piątej. Kiedy piszę te słowa, za mną na krześle wisi wybrana przez nią samą kilka godzin temu, szara spódniczka. Z tiulem. I z Elsą. Wszystko byłoby super, gdyby nie drobny fakt, iż Piąta nie przepada za kieckami. Usiłuję przewidzieć jej jutrzejszą zmianę decyzji ale prawdopodobieństwo trafienia zestawu jest jak jeden do stu.
Kiedy dochodzimy już do konsensusu w kwestii odzienia, zaczynają się schody przy fryzurze. I dzięki ci Opatrzności, jeśli bez oporów przechodzi koński ogon plus milion spinek, wybieranych minut pięćdziesiąt.
Dobra, ogarnięci, ubrani, wychodzą. Przedszkolaki w auto i do przedszkola, najczęściej z Moim lub z Pierwszym. Zaprowadzam Trzeciego na szkolny przystanek, po drodze gadamy, zimno nie zimno, jeśli deszcz to parasol. Ten moment uwielbiam, patrzę na odjeżdżający autobus i polną ścieżyną urządzam sobie powrotny spacer, z lubością odwlekając chwilę, gdy wejdę do domu i usiądę z kubasem kawy. Mój reaktywacyjny i energetyczny czas zostaje najczęściej zatruty koszmarnie nietaktowną obecnością Mojego, który wraca z przedszkola albo z porannego oporządzania psów i, omójborze, również chce kawy! No ale dobra, niech stracę, zrzucam na moment koronę, wyzbywam się słodkiego samolubstwa i powiedzmy, że to jego towarzystwo nawet lubię.

A propos trucia.
"Patrz" , mówi Mój, pokazując fotkę w telefonie, "Dobrałem ci grzyba do koloru bluzy".


Aha. 

niedziela, 29 września 2019

Spokój

Dziś nie mogę na kijki, nie mogę, wiruje codzienność a z nią ciąg wydarzeń, tydzień ledwo domykam, wylewa się przeładowaniem, pęcznieje objętością wrażeń. Piąta nie wybrała zajęć tanecznych raz w tygodniu, wybrała dwa, bo przecież jak ma się zdecydować kiedy w szkole tańca jest tempo, energia, muzyka na full a na zajęciach w Ośrodku Kultury bajkowe inscenizacje i choreografia pełna dziecięcego artyzmu. Z niedowierzaniem i wzruszeniem patrzę z daleka w jej błyszczące brązowe oczy pełne fascynacji, w jej uśmiechniętą ale skupioną buzię chłonącą głos instruktorki, patrzę na jej bezbłędnie odwzorowane ruchy, skąd ona to ma, skąd? , i uderza mnie w tym momencie pełna świadomość  tego, że to ciągnąca się nitka mnie, tkana dalej tasiemka marzeń, nieuchronna pamięć komórkowa z odroczonym przeznaczeniem. W krótkim jasnym błysku widzę siebie, czteroletnią, pięcioletnią, i swoje nigdy nie spełnione pragnienia. A ona jest taka jak ja, z całą swoją odrębnością zupełnie jak ja.
Rozpakowuję torby Trzeciego i Czwartego, basenowe mokre ręczniki pachnące chlorem i poskręcane paski okularków, mamo jeszcze klapki mamy mieć, fakt, kilka kliknięć w ekran tabletu wieczorem i komplety sportowe dla Piątej, klapki dla średnich, koszulki na zmianę na treningi piłkarskie bo wyrośli, nowe bryczesy dla Drugiego bo stare przytarte. Monituję drogę zasilacza do keaboardu Drugiego bo stary padł po awarii prądu i nowy nie może odnaleźć drogi w labiryncie pośredników i niejasności kurierskich, będzie, będzie niedługo, Drugi ma próbę w środę, może zdąży. Pierwszy za to nie zdąży, nie zdąży wrócić z sędziowania i nie zajmie się młodszymi więc nie pójdę na kijki, no nie pójdę, piłka siatkowa w grze, Pierwszy dziś sędzia główny więc zero kontaktu, prawie słyszę jego gwizdek, potem bing! sygnał odczytywania ciągu wiadomości na Mess i krótka odpowiedź: Zostawcie mi obiad.
Otwieram kalendarz, wysypują się kartki i karteluszki, drobnym maczkiem zapisane dni, pełne niedookreśleń, obok luźne uwagi, pamiętać!, zrobić badanie krwi!, zaplanować!, zadzwonić!, odpowiedzieć! Neurolog i diagnoza SI z Czwartym, fryzjer z Szóstym, Piąta urodziny koleżanki, niedziela turniej piłkarski średnich, napisać recenzję, poprawić ofertę zajęć artystycznych dla dzieci, uzupełnić pismo do Wójta...
Skąd tyle tego, skąd?, Szósty na podłodze łączy drewniane wagony w błogiej 2,5 - letniej nieświadomości i niepotrzebności dodatkowych zajęć. Kiedy się zacznie: mamo ja chcę, ja marzę, to "mamo" uszczknie kolejny kawalątek tygodnia na jego, Szóstego próbowanie siebie i nawijanie tasiemki na szpulkę dziecięcego rozwoju.
Tydzień pęka w niedzielę wieczorem i wylewa się ciepłem kominkowego ognia. Czytam "Czarnobylską modlitwę" ale wbrew pozorom, wbrew ciężarowi tej lektury, uspokaja mnie łagodność istnienia. W chaosie wydarzeń czuję spokój spełnienia.

wtorek, 24 września 2019

Życiówka


Stuk stuk... puk puk... Odbijają się groty od twardej, leśnej ścieżki, poranne słońce łaskawie rzuca jasność nieco tylko przytłumioną faktem jesienności, promienie prześlizgują się przez zwarte korony drzew i kładą się malowniczymi plamami na ściółce. Wdycham rześkie, wilgotne powietrze, czuję tylko swoje intensywnie pracujące mięśnie i znajomy zapach mchu, grzybów, wilgotnych liści i kryjących się po zagajnikach zwierząt.
Euforia i poczucie szczęścia sprawia, że kijki, jak skrzydła, niosą mnie nie przed siebie, a w górę, wysoko, gdzieś na pogranicze świadomości i wdzięczności, że to "tu i teraz" mam tak całkowite i absolutne.
Myślę i nie myślę, upajam się rytmicznością, hedonistycznie cieszę się, że mam wygodne buty i że skusiłam się na te porządne kijoszki bo choć pierwsze złe nie były, te to absolutna petarda.
Tak się nazastanawiałam, nakombinowałam, a takie to proste. Ten sport dla mnie. Najidealniejszy, bo i wysiłek, i ukochany las, który mam pod nosem, i całoroczność, i minimum kombinacji organizacyjnych oraz sprzętowych. Oraz ludzie, z którymi spotykam się w tym NW-klimacie. Oraz Mój, który towarzyszy mi z psem lub z psami i mamy swoje własne pragnienia tak spełnione, że bardziej już chyba nie można.
Dziękuję Dreamu, bo zatracenie się w tym było przypadkowe - kilka spotkań, kilkoro odpowiednich ludzi w konkretnym miejscu i czasie ale Twoje słowa z propozycją siedziały we mnie przyczajone i zahibernowane niczym nieodwołalne przeznaczenie w statusie: oczekujące.
Wychodzę na szeroki trakt leśny, gęstwina się przerzedza, jeszcze jedno wzniesienie, mięśnie już odczuwają wysiłek ale... ach, uwielbiam to, endorfiny furkoczą mi wokół głowy postacią spadających liści, jak w przyspieszonym tempie, bo przecież naprawdę jest spokój, spokój roślin, spokój nieba i wszelkich organizmów żywych, spokój we mnie choć oddech przyspieszony i dłonie mocno zaciskające się na drążku i rozluźniające się w rytm kroków. Wychodzę na odkryty teren, niektóre pola już jesiennie przyczesane bruzdami po orce. Słońce wdziera się intensywnie na twarz, zsuwam z czoła okulary i chronię ciągle głodne widoków oczy. Mijam jeszcze poletko z kukurydzą, trochę już zeschłą, z wysiłkiem trzymającą ciężkie kolby wymownie obnażające dorodne ciała.
Obejmuję wzrokiem przestrzeń, moją przestrzeń, za sobą zostawiam las, na krótko bo przecież pojutrze, a może już jutro... I znów, i znów.
Spoglądam na telefon. O, życiówka na 10 km, nieźle, choć cyfry mało ważne.
Prawdziwa życiówka tkwi we mnie, rozgościła się, myślę, na długo, z zamiarem na zawsze.

poniedziałek, 26 sierpnia 2019

Metamorfoza

Ten moment, kiedy masz w domu 2,5 latka, i zupełnie nietypowo nie ma w tym samym czasie na liczebnym rodzinnym stanie żadnego niemowlaka!
Ten moment, kiedy w salonie nie stoi wózek, na stole nie ma przewijaka, po kątach nie walają się grzechotki i piszczałki oraz malusie ubranka.
Ten moment, kiedy twój najmłodszy debiutuje w przedszkolu a ty, zamiast cieszyć się, że dał radę i upajać dopołudniową wolnością siedzisz i gryziesz palce z nerwów oraz z powodu poczucia nieuchronności, nieodwracalności, przemijalności czasu, który dobitnie pokazuje ci, że nic już nie będzie takie samo. Oraz żeby zająć czymś myśli, piszesz na prośbę sołtysa wniosek o dofinansowanie do zagospodarowania terenów zielonych w naszej wsi.

2 sierpnia Szóstemu stuknęło równo 2,5 roku i pomaszerował razem ze stęsknioną za przedszkolem Piątą. Wzięła go za rączkę i wprowadziła do sali, tak, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie.
I dał radę. Bawił się, prowadził wnikliwe obserwacje nowego dla siebie otoczenia, eksplorował teren i badał zachowania oraz relacje międzyludzkie w grupie. Na koniec zjadł obiadek oraz, czego byłam przypadkowym, ukrytym za uchylonymi drzwiami świadkiem - poprosił o dokładkę zupki. Kolejne dni przynosiły dalsze spokojne aklimatyzowanie się, pierwsza drzemka, pierwszy dłuższy spacer, teatrzyk, zajęcia kulinarne podczas których w trochę za dużym fartuszku z zapałem mieszał i próbował ciasto na ciasteczka - dostałam fotkę od wychowawczyni. Nie widać po nim żadnej traumy, choć już w domu potrzebuje trochę więcej czułości, bawi się zawsze gdzieś tam w pobliżu mnie, a kiedy znikam w innym pomieszczeniu - szuka, kontroluje. Pamiętam, że ze starszymi było zupełnie podobnie.

Minęły trzy tygodnie. Jest przedszkolakiem z pozytywnie przebiegającą adaptacją. A ja stałam się matką, która nagle w godzinach dopołudniowych nie musi wszystkich swoich zajęć postrzegać przez pryzmat absorbujacego brzdąca, zaczynać ich wiele jednocześnie i kończyć kawałkami. Brzdąca, który od rana jęczy, że chce na podwórko więc domowa robota zlec musi bo matka nie odmawia. Z pewną dozą nieśmiałości i niedowierzania spoglądam w niedaleką wrześniową przyszłość, kiedy wyprawiwszy do placówek bOMbelków sztuk sześć będę mogła robić...coś. Cokolwiek. Pracować. Prowadzić dom. Gotować. Pić kawę w ciszy. Jechać na zakupy z włączoną na full muzyką. Iść na kijki z sąsiadką, która ma dwa dopołudnia w tygodniu wolne.
Uświadomiłam sobie, że powoli zaczynam być odrębną istotą.
Jest to dla mnie dość szokujący fakt.

Z panicznym strachem przygotowuję się na optymalizację osobowościową z ukierunkowaniem do wewnątrz ;)



niedziela, 14 lipca 2019

Pchły na ogonie

Mniej mnie tutaj ostatnio bo dość ciężki czas nastał. Dziatwa wakacyjnie w domu tak więc ogarnianie gromady, organizowanie zajęć, rozstrzyganie kłótni, zaganianie do mycia zębów, pilnowanie jako tako schematu życiowego - bytowego, angażowanie do pomocy w domu, itepe, zajmuje mi większość cennego dnia. Ale i przytulasów więcej, i czytania książek, i wspólnego rysowania, i wypadów krótkich, ale bogatych w treści. W pierwszych dniach lipca trzepnął nas porządnie wirus dziecięcy, gorączkowy. Padła cała czwórka, temperatura powyżej 40 stopni, i właściwie nic poza tym, jedynie Szóstemu przyplątały się afty w buzi. Cztery dni z życiorysu wyjęte - miałam nawet rozpoczęty wpis na blog: Wiadro kawy albo dobijcie! - oraz zupełnie świadome białe noce, podczas których gorączkowe "Mamo, pić" odbywało się na zmianę z "Zimnoooo mi" (mimo ponad 20 nocnych stopni za oknem). Przetrwaliśmy, choć młodzi po tym w słabość popadli wielką i przez kilka następnych dni zaliczaliśmy serię bajek Disneyowskich bo jeno na oglądanie tv ochotę mieli.
To również, dziękować niebiosom, minęło, choć... bo ja wiem? Źle nie było, spokojni byli, kanapy grzali, wymagań wielkich nie mieli, nie kłócili się... Spokój był, panie. A teraz energia roznosi, zdrowa, dodać należy, pełnowartościowa. Więc siłą rzeczy dla rodzicieli wyzwaniem będąca.
Efektem etapu zdrowienia kanapowego jest to, że pierwszy raz obejrzeliśmy Krainę Lodu. I Piąta kompletnie przepadła. "Mam tę moooooc" słyszę i od niej, i od Szóstego po kilka razy dziennie, przy czym film również stanowi stałą organizacyjną wartość dnia. Najczęściej tuż po śniadaniu. Matka oczywiście niemalże od razu napadła na H&M (nie biczujcie za rozpuszczanie dziecka oraz zachłanność) i nabyła dziewczęciu koszulki oraz legginsy z wizerunkiem wiadomych bajkowych sióstr. A to, że jedna z nich ma na imię Anna, to jest fakt niezwykle istotny i ostatnia kropla przelewająca kielich szaleństwa.
Ratunku.
W związku z tym razyczterychorowaniem, wszechogarniającym zmęczeniem, Szóstego na mej osobie trudnym i marudzącym wiszeniem - popadłam w dość dziwaczny stan. Depresyjny ale i świadomie umartwiający. Spowodowane jest to poniekąd tym, że od dłuższego już czasu strasznie ciągnie mnie do smutnych książek. Ogólnie czytam dużo. Pochłaniam. I z reguły jest to literatura reportażowa w stylu Był sobie chłopczyk , Polska odwraca oczy a także medyczno-chorobowa: Mali Bogowie, Onkolodzy, Ginekolodzy,  Nie przeproszę, że urodziłam. Strasznie ciekawe. Blisko życia. I w większości przygnębiające. A dopiero co wyzwoliłam się z literaturowej niewoli lektur o tematyce wojennej, szczególnie tych tykających Holocaustu. Opowiadam potem Mojemu przy śniadaniu niektóre fragmenty i on mówi: Po co ty to czytasz? Przecież to smutne. Przerażające. W międzyczasie są oczywiście powieści ale również oddalone od pokrzepiająco-pozytywnych o miliony lat świetlnych. Rzekłam sobie zatem: koniec. Choć ciągnie mnie jak ćmę do światła do kolejnych smakowitych reportaży, choć wychodzą właśnie nowe wydania książek o Czarnobylu, choć głodnym wzrokiem pożeram zapowiedzi i recenzje tych wstrząsających opowieści  - nie dam się.
Chyba.
Powiedziałam, po czym poszłam do "ebookowo" i w promocji kupiłam "Polskie morderczynie", który to ebook pochłonęłam w jedną noc i pół dnia.
Wskakują na mnie te książki niczym pchły na psi ogon, upierdliwe, męczące i niechciane ale w jakiejś takiej symbiozie tkwiące, przez naturę pokrętnie przekazane. Z góry właśnie mnie przeznaczone. I ogólnie nie przeciagają mnie tak od razu przez analityczne błoto, nie podcinają nóg - myślę, rozumiem, obrabiam je sobie w umyśle po swojemu. Może na moment tracę poczucie bezpieczeństwa ale życie wokół szybko mnie stawia do pionu. Opowiadam o nich, zyskuję zaintrygowanych słuchaczy, niektórzy wręcz pytają - Co tam ciekawego/ciężkotematowego ostatnio czytałaś? Relacjonuję, przeżywam, dopowiadam własne komentarze. Z pokorą przyznaję, że nigdy nie wiadomo, co kogo czeka ale trzeba żyć pełną piersią i nie myśleć o smutasach, nie myśleć! Czaicie? To mówię ja właśnie i tak właśnie w tym momencie myślę.
Tylko w chwilach zewnętrznie trudnych, czarnych i głębokich jak noc, takich na pograniczu szaleństwa spowodowanego zmęczeniem, przymusową izolacją społeczną - tego typu fusy polekturowe zapychają gardło i nie pozwalają oddychać.
Tak więc! W związku z podniesieniem się z chwilowego marazmu, z powrotem do regularnych ćwiczeń, z podzielaniem fascynacji Piątej odnośnie nie tylko bajek ale i książek Disneya, gdzie dobro w końcu zwycięża, zadałam sobie pokutę. I kupiłam w empikowym promo "Jak mniej myśleć. Dla analizujących bez końca i wysoko wrażliwych". Będę czekać aż mnie jakiś książę ucałuje i zbudzi ze snu. No dobra, nie musi być całus, za stara jestem na księcia z bajki, zresztą mam już swojego Trolla. Może być wino. Najlepiej dwa. Niech przyniesie i zostawi w szklanej trumnie, pod poduszką.
A książki jeszcze nie zaczęłam, trochę się boję, tam może być o mnie.





piątek, 21 czerwca 2019

Wyrzuć ten zmęcz

Podobno są takie.
Podobno istnieją dzieci, które boją się burzy.
To zdecydowanie nie moje.
Moje wprost przeciwnie.
Każda zbliżająca się oraz aktywna, aktualnie szalejąca burza to doskonały pretekst do szalonych zabaw, biegania w deszczu i wietrze, okrzyków w stylu: O matko, ale trzasnęło!
Zbierałam dzisiaj bandę z samego centrum żywiołu, niemal za szmaty zaciągając na taras. Przy wtórze huków i grzmotów, w towarzystwie przerażających (mnie) błyskawic piorunów graliśmy w "Potwory do szafy" tak długo, aż coraz intensywniej zacinający deszcz nie począł wdzierać się pod dach i smagać nas po twarzach a wiatr nie przybrał na sile i nie zaczął rozdmuchiwać nam potworkowych kart.
Ale do domu?? Mama, przynieś nam peleryny, będziemy siedzieć i patrzeć, pliss!

Mimo intensywnej pracy nad sobą i podnoszących na duchu głasków życzliwych mi osób, także tu na blogu, myśli nieujarzmione, troski i obawy galopują czasem jak durne i wymykają się spod kontroli. Czasem udaje mi się je okiełznać a czasem mam poważny kłopot ze zdysycplinowaniem ich i niczym moje latorośle ganiają na deszczu, w samym oku szalejącego żywiołu, nie dając się zatargać za szmaty paradoksu na taras moich racji, obiektywnych prawd i wewnętrznego spokoju. Przywołuję się sama do porządku, wszak doświadczenie robi już dla mnie niezłą robotę. Ale jednak do całkowitego zen tak w kwestii rodzicielstwa, jak i odporności na toksyczność ludzką jeszcze mi daleko.
Oraz zmęczona jestem.
Czytając najmłodszym niedawno ("Przyjęcie dla motyli" R. Krauss) znalazłam na to radę. Najlepszą z możliwych.
"Kiedy jesteś bardzo, bardzo zmęczona, po prostu wyrzuć ten zmęcz".
I kiedy dziś rano Mój wtoczył się do sypialni z kubkami parującej kawy, kiedy oblazły nas cztery budzące się, pełne potencjału energetycznego potwory, kiedy stanęliśmy na jeszcze chłodnym o tej porze balkonie obserwując wszystkie przyrodotwórcze oznaki poranka pomyślałam sobie, że na zmęczenie też szkoda życia.
Bo jak człowiek ciągle taki zmęczony, to nawet koniec burzy przegapi. I słońce już będzie świeciło, a on ciągle zmęczony i zmęczony.
A "Słońce jest po to, żebyśmy wiedzieli kiedy jest każdy dzień".

Nasz dzień.
Bez "zmęcza".
Genialne.

środa, 12 czerwca 2019

Niektórych nie lubię


To tak chyba trochę jest, że z wiekiem - rozumianym jako ilość przeżytych lat - wszelkie nieuniknione konflikty z innymi ludźmi nieco się komplikują. Nie wiem, może się mylę, ale wydaje mi się, że z jednej strony zebrane doświadczenia pomagają nabrać dystansu, z drugiej - te same doświadczenia nie pozwalają lekko i łatwo nastawić drugiego policzka, bo się człek czuje pewniejszy i bogatszy o w trudzie i znoju zebrany kapitał myśli i przeżyć. Za młodu..  tfuuu... wszak młodość ciągle w pełni jest! Zatem za wczesnego raczkującego młodu człek impulsywnie emocjonalny bywał, teraz to jeno ścisk w żołądku i bunt na niesprawiedliwość. A odwetowe słowa spokojne i wyważone, choć druga strona angażuje się w szeroko rozumiane przetwórstwo mięsne i wymiana nie jest równa.
A gdy tak wczesnym rankiem dreptałam za Szóstym polną ścieżyną pomiędzy wybujałymi kłosami, późnowiosenną trawą i tym podobnym listowiem to myślałam sobie, że, o matko, jak ta afera ma się do wszelkich nieszczęść świata, do cierpień i podłości globalnych, wreszcie do faktu, że nie można marnować cennych chwil istnienia na takie prostackie ochłapy chamstwa, bowiem nigdy nie wiadomo, ile nam tych chwil jeszcze pozostało. I szkoda ich zwyczajnie.
No nijak się ma, bo ta głupia wojenka to  jeno marny proch we Wszechświecie. Nie poprawiło mi to co prawda chwilowo upadłego nastroju, uświadomiło jednak po raz kolejny, że na niektórych ludzi nie ma po prostu sposobu, nie przekona się ich do racji naprawdę  sprawiedliwych i zgodnych z zasadami współżycia społecznego. Nie ma co się kopać z koniem, choć cóż tu to biedne i piękne zwierzę zawiniło. Oraz jak to było? Nie warto zniżać się do poziomu porywającej doprawdy głupoty. Nieźle podkręconej obcesowością i impertynencją.
Boli i frustruję to tym bardziej, że to rodzina a ciężka sytuacja trwa już kilka lat. I chyba przyszedł wreszcie moment, żeby odpuścić. Mieć serio gdzieś. Przyjąć do wiadomości i przełknąć przykrą prawdę, że cię okradziono i osądzono oraz podano fałszywe fakty do wiadomości publicznej.
Na szczęście podczas przypadkowych  sondaży okazuje się, że prawda, ta mojsza prawda, pracuje i sama się broni.
"Jak ludzie traktują ciebie, to ich karma. Sposób, w jaki ty reagujesz, jest twoją karmą". Wayne W. Dyer rzekł te potrzebne mi dzisiaj słowa.
Nie życzę im źle. Ale sobie życzę dobrze.
Chodzę w oczojebnej Decathlonowskiej koszulce, przemierzam ogród odpoczywający po popołudniowym skwarze, chłonę przyjemny ciepły wiatr, wieszam na ławkach mokre ręczniki młodych, bowiem sezon basenikowy w pełni, odbieram chabry, które Piąta i Szósty zrywają za bramą i znoszą z radosnym krzykiem: Mamusiu, mamy kwiatki dla ciebie! Przysiaduję, dopisuję te słowa i przekonuję się, że mam i w sobie i wokół siebie wystarczająco dużo źródeł siły, potrzebnej aby sobie z tym interakcyjnym badziewiem poradzić.
Życie jest piękne.



niedziela, 2 czerwca 2019

Nieambitny post w 5 minut

Przeraźliwy spokój.
I gorąc.
Cisza nie, bo znów ptaszęta, szczeknięcie gości od czasu do czasu, nadgorliwa osa plącząca się w wierzbowym drzewku.
Moja ulubiona cisza nie za cicha.
Rano poćwiczone na tarasie, podczas gdy dziatwa w piżamach wybiegła na rześkie powietrze i poczęła rowerki, hulajnogi i inne klamoty wytargiwać. No więc matka wytargała stepper i pół godzinki przyjemnego treningu strzeliło, podczas gdy święta czwórka bawiła się w miarę zgodnie. Potem prysznic, drugie śniadanie owszem, na tarasie również, czesanie yorków przebywających aktualnie na turnusie - kitki, kokardki, klient płaci - klient wymaga. Pocieszne te kitkowce.
Obiad został z wczoraj, ach jak cudnie, Pierwszy cały weekend na turnieju (sędzią piłki siatkowej ci on) tak więc nadwyżka jedzenia dla całej rodziny pozostała hehe.
Drobiazg po porannych wygibach na trawie udał się właśnie na drzemkę, cóż za cudowna pora, w chacie trochę do ogarnięcia ale bez zastanowienia parzę kawę, biorę czytnik, tablet i spoczywam na tarasowej ławce.

Szybko jeszcze przegląd prasy blogowej, szybko - bo pewnie za chwilę napatoczy się Mój, zlegnie obok i pomruczy, że "znów w ekranie siedzisz zamiast ze mną gadać, no weź". A on to by ciągle chciał tak siedzieć, i się przytulać, i z dzióbków sobie spijać, choć w tym miesiącu stuknie nam 20 lat małżeńskich, proszę Państwa.
Pochłaniam za dużo kawy. Lubię. Uwielbiam. Czytałam o yerba mate - że zdrowsza a daje przyjemnego kopa energetycznego. Chyba spróbuję, choć tyle tego, gatunków, firm, miejsc pochodzenia - nie wiem od czego zacząć.
A w związku z tym, że zdaniem fizjo mimo sześciu ciąż mam mięśnie brzucha i okolic w całkiem niezłym stanie oraz "omg, ty nie masz nawet rozejścia mięśnia prostego!",  zamierzam zebrać się i zacząć przebieżki. Raz w tygodniu, więcej czasowo nie dam rady. Ale chociaż tyle. Ach.

sobota, 25 maja 2019

Definicja

Wstać o 4.03. Wskoczyć szybko pod prysznic, bo się z wieczora zasnęło z potomstwem tak, jak się stało. Umyć podłogi. Zaparzyć herbatę. Zrobić kilka zdjęć książeczki z wierszykami Agnieszki Frączek, bo koleżanka prosiła. Wysłać zdjęcia i entuzjastyczny opis. Wyjść z herbatą na taras. Obserwować różowiejące niebo. Czuć chłód poranka na gołych nogach odzianych w piżamowe szorty. Słuchać radosnego napierdzielania ptasząt, w swoich odwiecznych codziennych psalmach wysławiających pojawiającego się ponad horyzontem boga Słońce. Z podziwem zerkać na kołujące nad polem i pokrzykujące żurawie. Wypuścić kota, wpuścić kota, powtórzyć czynność pięćset razy.
Zbierać siły przed ciężkim i długim dniem. 
Taka tam moja definicja szczęścia. 

niedziela, 19 maja 2019

Przedburzowy zaciesz ;)

Dżizys, 8 lat mieszkania tutaj a ciągle nienacieszonam widokami, klimatem, spokojem, tą zwykłą niezwykłością. Umościłam się na tarasowej ławce i obserwuję znaki na niebie i ziemi zapowiadające burzę. Nie mam żadnej potrzeby wydobywania się stąd, ani aktualnie, ani globalnie; nie mam potrzeby żadnych podróży. Pierwszy, kwalifikowany Łowca Burz pojechał "gdzieś bliżej" wyładowań, Drugi, ze smykałką do montażu filmowego pojechał razem z nimi kręcić materiał. Ostatnio posklejał świetny film dedykowany nauczycielom od uczniów w czasie Strajku, wzruszyłam się ogromnie tak wrażliwością i mądrością uczniów ze szkoły mych synów jak i pomysłowością Drugiego. Szósty siedzi w piaskownicy i pyta, kiedy wreszcie ta burza. Piąta zapadła w drzemkę, na siedząco, na kanapie, ściskając w dłoni ukochane Safirasy, Trzeci i Czwarty odpoczywają po dopołudniowym i okołopołudniowym turnieju piłkarskim, który w tak duszną pogodę przewalcował młodzież doszczętnie. Patrzę na wakacyjnego psiaka, który z uporem maniaka kradnie kamienie ze skalniaków i przenosi je w pysku, bawi się nimi jak piłką, przynosi do aportu. Mówię: Jerry, ale ty głupi jesteś, weź normalną piłę, rzucę ci, kamienia ci nie rzucę, zapomnij, zęby sobie połamiesz głupolu.
Nad głową przelatuje samolot, przecinając srebrnym błyskiem ciemniejące, pomrukujące niebo.
Mój wyłania się zza budynku z kolejnym sierściuchem na smyczy i mówi, że idzie pozbierać psy z wybiegów, bo będzie lało.
Bibi kocisko drze japę na parapecie - wróciłam, idzie burza, proszę mnie wpuścić.
Myślę sobie, że niedziela, zwykła zupełnie ale jakoś tak podkręcona przeze mnie świadomością niezwykłości i wdzięcznością zostanie we mnie na długo, może na zawsze.
Jednakowoż to prawda, że w pamięci, niczym najcenniejsze diamenty, przechowujemy te proste, zwyczajne chwile.
One są naszą siłą później, gdy po burzy intensywniejszej niż zapowiadały prognozy, nie tak prędko wychodzi słońce.








piątek, 17 maja 2019

A matka traci czas na pisanie

Otóż w domu kompletny chaos, pomieszanie z poplątaniem, wszystko wszędzie. Przedwczoraj swoje ostatnie tchnienie wydała zmywarka; po sześciu latach pracy średnio dwa razy dziennie miała prawo powiedzieć: idę stąd. Nowa będzie montowana dzisiaj ale mimo starań o bieżące mycie ręczne brudne naczynia mnożą się niczym podziały komórkowe. Druga rzecz. Porządki w szafach dzieciaków, przegląd letnich, segregacja tych za małych i zużytych, przekładanie, wykładanie... Wszystko razy sześć a w związku z tym, że matka bywa Ferrari na torze zakupowym z licznymi zakrętami wszelkich sale, okazji, zniżek, bazarków z drugiej ręki, to trochę tego jest. Logistykę działań zmierzających do odnalezienia się w tym chaosie, w ciuchach nabytych pół roku temu na przykład bo "będą na zaś" śmiało określić można mistrzostwem świata. Te za małe, te dla kogoś, te do wyrzucenia, te do szafy młodszego, te jednak jeszcze na później, te na zimę... Lubię grzebać w ciuchach ale ogrom przedsięwzięcia ze dwa razy w roku ździebko mnie przytłacza. Zdarzyło mi się czasem postawić na absolutny minimalizm ale poźniej frustracja spowodowana ciuchem, którego naprawdę któremuś z potomków brakowało, wbijała mi w serce ostry sztylet pretensji do siebie. Co to za matka która nie potrafi zapewnić potomstwu odpowiedniego odzienia.
Co robi zatem owa matka w tym niepojętym chaosie zacisza domowego, gdzie wszystko jest wszędzie, naczynia rozłożone na szafach, worki i kartony z ciuchami czekają na ułożenie w szafach, tudzież zamknięcie i opisanie, gdzie przechodząc z pomieszczenia do pomieszczenia człek potyka się o leżące zabawki, zostawione otwarte książki, pluszaki, folie i kawałki styropianu pochodzące z rozbrojonej nówki?
Otóż matka spogląda na to wzrokiem pełnym pogardy i dopija poranna kawę, chłonie ciepło ciała Szóstego wdrapującego się właśnie w tym momencie na matkowe sterane plecy (bo matka na podłodze przysiadła z racji tego, że na krzesłach i na kanapach siedzi bałagan) i rozprawiającego o traktorach, które wyjechały na pole i sieją kukurydzę, którą potem, mama, będziemy jeeeeść, mama kiedy będzie można ją jeść, a powiesz mi, kiedy urośnie i będzie taka zielona i zapytamy pana Henia, czy możemy sobie jedną zabrać i zjeść??
Matka przeżywa również treść książki, którą skończyła czytać o 2 z minutami nocną ciszą i doprawdy wyjątkowym wrażliwcom powinno się zabronić czytania niektórych książek, i mało ważne, że wrażliwcy mają wolny wybór i mogliby po prostu niektórych książek nie czytać. Ale owe niektóre książki mają feromonowy książkowy lep jak, nie przymierzając, na mole spożywcze - lecisz, choć wiesz, że zginiesz. Przyklejasz się z lubością płacząc za utraconym życiem.
Taka natura.

niedziela, 12 maja 2019

Optymalność rodzicielska

"Ale jak ty się czujesz jako matka dorosłego dziecka?" pyta mnie dawno nie widziana koleżanka, w moim wieku, mama córki w wieku Piątej. No jak się czuję... Hmm... Jak się czuję..? Chyba normalnie się czuję. Porywa mnie codzienność i lista zadań do odkreślenia, i zwyczajność dni, niezwyczajność momentów, zaskoczenie chwil, które zatrzymują pęd i zostają na zawsze. Życie.
"Gdyby nie dziecko, nie byłoby mamy i taty, tylko zwyczajni ludzie" ("Przyjęcie dla motyli" R. Krauss - uwielbiam książki dla dzieci. Tam można znaleźć najmądrzejsze sentencje).
No trochę tak się właśnie czuję.
Nie wiem czy słusznie, ale dopadła mnie oczywistość.
I tak myślę sobie, że może i siłą rzeczy podchodziłabym do faktu bycia matką dorosłego człowieka (Pierwszy ma prawie 19 lat) jakoś tak bardziej refleksyjnie gdyby nie to, że nasza dynamiczna energia życiowa bardziej kierowana jest na maluchy, one nas ciągle napędzają i, kurczę, nie ma nawet czasu, by przystanąć i pomyśleć: O fak, może niedługo będę już babcią.
Hierchiczny porządek w naszej rodzinie, z podziałem na wiek i etapy rozwojowe potomków jest jakiś taki naturalny, normalny, niesensacyjny, nudny.
Swoją drogą, dość osobliwy jest nasz aktualny status towarzyski. Bo że nam życie towarzyskie upadło ze względu na sposób funkcjonowania hoteliku (najwięcej pracy mamy, gdy inni mają wolne. Odpoczywamy, gdy "normalni" ludzie wracają do pracy) to jedno. Drugie - że czasem zabawnie ciężko jest nam wpasować się w wiek znajomych i ich dzieci tak, żeby było mniej więcej tak samo ;) Pierwszy i Drugi urodzili się, gdy byliśmy bardzo młodzi. Pozostała Czwórka - gdy sporo rodziców definitywnie kończy już prokreację. Na wywiadówkach w średniej szkole najstarszych - my jesteśmy najmłodszym rodzicami. U maluchów - dopada mnie czasem niejasne poczucie niewygodnego nadmiernego doświadczenia życiowego i w związku z tym albo irytacja, albo rozczulenie brakiem tegoż doświadczenia u matkojakichmłodych mamusiek.
Dopadają mnie też czasem kurze łapki przy oczach na tle gładkich lic owej rodzicielskiej młodzieży, choć ogólnie to ja naprawdę z kurzych łapek swoich bywam dumna.
Choć nie powiem, ciekawi i bawi mnie tak jedna, jak i druga pozycja społeczna i pławię się w najróżniejszych korzyściach zeń wynikających. Oraz cieszę się z różnic. Oraz chłonę wiedzę o życiu i ludziach, jak zawsze.
Wracając. Koleżanka moja jest przypadkiem mamy, która z różnych względów dość późno zdecydowała się na doświadczenie rodzicielskie. Mądra mama, spokojna. Przed oczyma mam nasze pierwsze dni, miesiące, lata w roli rodziców - energia młodego ciała ale i niecierpliwość i mała wiedza. Raczkująca intuicja. Stres. Sporo błędów. Entuzjastyczna miłość do dzieci, poczucie spełnienia marzeń ale i niejasne wrażenie porażek, uwiązania, niekompetencji. Lata rodzicielstwa dojrzałego trochę na odwrót, większy spokój i umiejętność autentycznej radości z każdego dnia. Ale zmęczenie materiału zdecydowanie większe.
Pewnie bez względu na wiek sporo rodziców cierpi na takąż nierównowagę.
Trudno o złoty środek.
Ale to mało ważne.
Wszak nie ideał jest najważniejszy jeno dążenie do niego.