niedziela, 14 lipca 2019

Pchły na ogonie

Mniej mnie tutaj ostatnio bo dość ciężki czas nastał. Dziatwa wakacyjnie w domu tak więc ogarnianie gromady, organizowanie zajęć, rozstrzyganie kłótni, zaganianie do mycia zębów, pilnowanie jako tako schematu życiowego - bytowego, angażowanie do pomocy w domu, itepe, zajmuje mi większość cennego dnia. Ale i przytulasów więcej, i czytania książek, i wspólnego rysowania, i wypadów krótkich, ale bogatych w treści. W pierwszych dniach lipca trzepnął nas porządnie wirus dziecięcy, gorączkowy. Padła cała czwórka, temperatura powyżej 40 stopni, i właściwie nic poza tym, jedynie Szóstemu przyplątały się afty w buzi. Cztery dni z życiorysu wyjęte - miałam nawet rozpoczęty wpis na blog: Wiadro kawy albo dobijcie! - oraz zupełnie świadome białe noce, podczas których gorączkowe "Mamo, pić" odbywało się na zmianę z "Zimnoooo mi" (mimo ponad 20 nocnych stopni za oknem). Przetrwaliśmy, choć młodzi po tym w słabość popadli wielką i przez kilka następnych dni zaliczaliśmy serię bajek Disneyowskich bo jeno na oglądanie tv ochotę mieli.
To również, dziękować niebiosom, minęło, choć... bo ja wiem? Źle nie było, spokojni byli, kanapy grzali, wymagań wielkich nie mieli, nie kłócili się... Spokój był, panie. A teraz energia roznosi, zdrowa, dodać należy, pełnowartościowa. Więc siłą rzeczy dla rodzicieli wyzwaniem będąca.
Efektem etapu zdrowienia kanapowego jest to, że pierwszy raz obejrzeliśmy Krainę Lodu. I Piąta kompletnie przepadła. "Mam tę moooooc" słyszę i od niej, i od Szóstego po kilka razy dziennie, przy czym film również stanowi stałą organizacyjną wartość dnia. Najczęściej tuż po śniadaniu. Matka oczywiście niemalże od razu napadła na H&M (nie biczujcie za rozpuszczanie dziecka oraz zachłanność) i nabyła dziewczęciu koszulki oraz legginsy z wizerunkiem wiadomych bajkowych sióstr. A to, że jedna z nich ma na imię Anna, to jest fakt niezwykle istotny i ostatnia kropla przelewająca kielich szaleństwa.
Ratunku.
W związku z tym razyczterychorowaniem, wszechogarniającym zmęczeniem, Szóstego na mej osobie trudnym i marudzącym wiszeniem - popadłam w dość dziwaczny stan. Depresyjny ale i świadomie umartwiający. Spowodowane jest to poniekąd tym, że od dłuższego już czasu strasznie ciągnie mnie do smutnych książek. Ogólnie czytam dużo. Pochłaniam. I z reguły jest to literatura reportażowa w stylu Był sobie chłopczyk , Polska odwraca oczy a także medyczno-chorobowa: Mali Bogowie, Onkolodzy, Ginekolodzy,  Nie przeproszę, że urodziłam. Strasznie ciekawe. Blisko życia. I w większości przygnębiające. A dopiero co wyzwoliłam się z literaturowej niewoli lektur o tematyce wojennej, szczególnie tych tykających Holocaustu. Opowiadam potem Mojemu przy śniadaniu niektóre fragmenty i on mówi: Po co ty to czytasz? Przecież to smutne. Przerażające. W międzyczasie są oczywiście powieści ale również oddalone od pokrzepiająco-pozytywnych o miliony lat świetlnych. Rzekłam sobie zatem: koniec. Choć ciągnie mnie jak ćmę do światła do kolejnych smakowitych reportaży, choć wychodzą właśnie nowe wydania książek o Czarnobylu, choć głodnym wzrokiem pożeram zapowiedzi i recenzje tych wstrząsających opowieści  - nie dam się.
Chyba.
Powiedziałam, po czym poszłam do "ebookowo" i w promocji kupiłam "Polskie morderczynie", który to ebook pochłonęłam w jedną noc i pół dnia.
Wskakują na mnie te książki niczym pchły na psi ogon, upierdliwe, męczące i niechciane ale w jakiejś takiej symbiozie tkwiące, przez naturę pokrętnie przekazane. Z góry właśnie mnie przeznaczone. I ogólnie nie przeciagają mnie tak od razu przez analityczne błoto, nie podcinają nóg - myślę, rozumiem, obrabiam je sobie w umyśle po swojemu. Może na moment tracę poczucie bezpieczeństwa ale życie wokół szybko mnie stawia do pionu. Opowiadam o nich, zyskuję zaintrygowanych słuchaczy, niektórzy wręcz pytają - Co tam ciekawego/ciężkotematowego ostatnio czytałaś? Relacjonuję, przeżywam, dopowiadam własne komentarze. Z pokorą przyznaję, że nigdy nie wiadomo, co kogo czeka ale trzeba żyć pełną piersią i nie myśleć o smutasach, nie myśleć! Czaicie? To mówię ja właśnie i tak właśnie w tym momencie myślę.
Tylko w chwilach zewnętrznie trudnych, czarnych i głębokich jak noc, takich na pograniczu szaleństwa spowodowanego zmęczeniem, przymusową izolacją społeczną - tego typu fusy polekturowe zapychają gardło i nie pozwalają oddychać.
Tak więc! W związku z podniesieniem się z chwilowego marazmu, z powrotem do regularnych ćwiczeń, z podzielaniem fascynacji Piątej odnośnie nie tylko bajek ale i książek Disneya, gdzie dobro w końcu zwycięża, zadałam sobie pokutę. I kupiłam w empikowym promo "Jak mniej myśleć. Dla analizujących bez końca i wysoko wrażliwych". Będę czekać aż mnie jakiś książę ucałuje i zbudzi ze snu. No dobra, nie musi być całus, za stara jestem na księcia z bajki, zresztą mam już swojego Trolla. Może być wino. Najlepiej dwa. Niech przyniesie i zostawi w szklanej trumnie, pod poduszką.
A książki jeszcze nie zaczęłam, trochę się boję, tam może być o mnie.





piątek, 21 czerwca 2019

Wyrzuć ten zmęcz

Podobno są takie.
Podobno istnieją dzieci, które boją się burzy.
To zdecydowanie nie moje.
Moje wprost przeciwnie.
Każda zbliżająca się oraz aktywna, aktualnie szalejąca burza to doskonały pretekst do szalonych zabaw, biegania w deszczu i wietrze, okrzyków w stylu: O matko, ale trzasnęło!
Zbierałam dzisiaj bandę z samego centrum żywiołu, niemal za szmaty zaciągając na taras. Przy wtórze huków i grzmotów, w towarzystwie przerażających (mnie) błyskawic piorunów graliśmy w "Potwory do szafy" tak długo, aż coraz intensywniej zacinający deszcz nie począł wdzierać się pod dach i smagać nas po twarzach a wiatr nie przybrał na sile i nie zaczął rozdmuchiwać nam potworkowych kart.
Ale do domu?? Mama, przynieś nam peleryny, będziemy siedzieć i patrzeć, pliss!

Mimo intensywnej pracy nad sobą i podnoszących na duchu głasków życzliwych mi osób, także tu na blogu, myśli nieujarzmione, troski i obawy galopują czasem jak durne i wymykają się spod kontroli. Czasem udaje mi się je okiełznać a czasem mam poważny kłopot ze zdysycplinowaniem ich i niczym moje latorośle ganiają na deszczu, w samym oku szalejącego żywiołu, nie dając się zatargać za szmaty paradoksu na taras moich racji, obiektywnych prawd i wewnętrznego spokoju. Przywołuję się sama do porządku, wszak doświadczenie robi już dla mnie niezłą robotę. Ale jednak do całkowitego zen tak w kwestii rodzicielstwa, jak i odporności na toksyczność ludzką jeszcze mi daleko.
Oraz zmęczona jestem.
Czytając najmłodszym niedawno ("Przyjęcie dla motyli" R. Krauss) znalazłam na to radę. Najlepszą z możliwych.
"Kiedy jesteś bardzo, bardzo zmęczona, po prostu wyrzuć ten zmęcz".
I kiedy dziś rano Mój wtoczył się do sypialni z kubkami parującej kawy, kiedy oblazły nas cztery budzące się, pełne potencjału energetycznego potwory, kiedy stanęliśmy na jeszcze chłodnym o tej porze balkonie obserwując wszystkie przyrodotwórcze oznaki poranka pomyślałam sobie, że na zmęczenie też szkoda życia.
Bo jak człowiek ciągle taki zmęczony, to nawet koniec burzy przegapi. I słońce już będzie świeciło, a on ciągle zmęczony i zmęczony.
A "Słońce jest po to, żebyśmy wiedzieli kiedy jest każdy dzień".

Nasz dzień.
Bez "zmęcza".
Genialne.

środa, 12 czerwca 2019

Niektórych nie lubię


To tak chyba trochę jest, że z wiekiem - rozumianym jako ilość przeżytych lat - wszelkie nieuniknione konflikty z innymi ludźmi nieco się komplikują. Nie wiem, może się mylę, ale wydaje mi się, że z jednej strony zebrane doświadczenia pomagają nabrać dystansu, z drugiej - te same doświadczenia nie pozwalają lekko i łatwo nastawić drugiego policzka, bo się człek czuje pewniejszy i bogatszy o w trudzie i znoju zebrany kapitał myśli i przeżyć. Za młodu..  tfuuu... wszak młodość ciągle w pełni jest! Zatem za wczesnego raczkującego młodu człek impulsywnie emocjonalny bywał, teraz to jeno ścisk w żołądku i bunt na niesprawiedliwość. A odwetowe słowa spokojne i wyważone, choć druga strona angażuje się w szeroko rozumiane przetwórstwo mięsne i wymiana nie jest równa.
A gdy tak wczesnym rankiem dreptałam za Szóstym polną ścieżyną pomiędzy wybujałymi kłosami, późnowiosenną trawą i tym podobnym listowiem to myślałam sobie, że, o matko, jak ta afera ma się do wszelkich nieszczęść świata, do cierpień i podłości globalnych, wreszcie do faktu, że nie można marnować cennych chwil istnienia na takie prostackie ochłapy chamstwa, bowiem nigdy nie wiadomo, ile nam tych chwil jeszcze pozostało. I szkoda ich zwyczajnie.
No nijak się ma, bo ta głupia wojenka to  jeno marny proch we Wszechświecie. Nie poprawiło mi to co prawda chwilowo upadłego nastroju, uświadomiło jednak po raz kolejny, że na niektórych ludzi nie ma po prostu sposobu, nie przekona się ich do racji naprawdę  sprawiedliwych i zgodnych z zasadami współżycia społecznego. Nie ma co się kopać z koniem, choć cóż tu to biedne i piękne zwierzę zawiniło. Oraz jak to było? Nie warto zniżać się do poziomu porywającej doprawdy głupoty. Nieźle podkręconej obcesowością i impertynencją.
Boli i frustruję to tym bardziej, że to rodzina a ciężka sytuacja trwa już kilka lat. I chyba przyszedł wreszcie moment, żeby odpuścić. Mieć serio gdzieś. Przyjąć do wiadomości i przełknąć przykrą prawdę, że cię okradziono i osądzono oraz podano fałszywe fakty do wiadomości publicznej.
Na szczęście podczas przypadkowych  sondaży okazuje się, że prawda, ta mojsza prawda, pracuje i sama się broni.
"Jak ludzie traktują ciebie, to ich karma. Sposób, w jaki ty reagujesz, jest twoją karmą". Wayne W. Dyer rzekł te potrzebne mi dzisiaj słowa.
Nie życzę im źle. Ale sobie życzę dobrze.
Chodzę w oczojebnej Decathlonowskiej koszulce, przemierzam ogród odpoczywający po popołudniowym skwarze, chłonę przyjemny ciepły wiatr, wieszam na ławkach mokre ręczniki młodych, bowiem sezon basenikowy w pełni, odbieram chabry, które Piąta i Szósty zrywają za bramą i znoszą z radosnym krzykiem: Mamusiu, mamy kwiatki dla ciebie! Przysiaduję, dopisuję te słowa i przekonuję się, że mam i w sobie i wokół siebie wystarczająco dużo źródeł siły, potrzebnej aby sobie z tym interakcyjnym badziewiem poradzić.
Życie jest piękne.



niedziela, 2 czerwca 2019

Nieambitny post w 5 minut

Przeraźliwy spokój.
I gorąc.
Cisza nie, bo znów ptaszęta, szczeknięcie gości od czasu do czasu, nadgorliwa osa plącząca się w wierzbowym drzewku.
Moja ulubiona cisza nie za cicha.
Rano poćwiczone na tarasie, podczas gdy dziatwa w piżamach wybiegła na rześkie powietrze i poczęła rowerki, hulajnogi i inne klamoty wytargiwać. No więc matka wytargała stepper i pół godzinki przyjemnego treningu strzeliło, podczas gdy święta czwórka bawiła się w miarę zgodnie. Potem prysznic, drugie śniadanie owszem, na tarasie również, czesanie yorków przebywających aktualnie na turnusie - kitki, kokardki, klient płaci - klient wymaga. Pocieszne te kitkowce.
Obiad został z wczoraj, ach jak cudnie, Pierwszy cały weekend na turnieju (sędzią piłki siatkowej ci on) tak więc nadwyżka jedzenia dla całej rodziny pozostała hehe.
Drobiazg po porannych wygibach na trawie udał się właśnie na drzemkę, cóż za cudowna pora, w chacie trochę do ogarnięcia ale bez zastanowienia parzę kawę, biorę czytnik, tablet i spoczywam na tarasowej ławce.

Szybko jeszcze przegląd prasy blogowej, szybko - bo pewnie za chwilę napatoczy się Mój, zlegnie obok i pomruczy, że "znów w ekranie siedzisz zamiast ze mną gadać, no weź". A on to by ciągle chciał tak siedzieć, i się przytulać, i z dzióbków sobie spijać, choć w tym miesiącu stuknie nam 20 lat małżeńskich, proszę Państwa.
Pochłaniam za dużo kawy. Lubię. Uwielbiam. Czytałam o yerba mate - że zdrowsza a daje przyjemnego kopa energetycznego. Chyba spróbuję, choć tyle tego, gatunków, firm, miejsc pochodzenia - nie wiem od czego zacząć.
A w związku z tym, że zdaniem fizjo mimo sześciu ciąż mam mięśnie brzucha i okolic w całkiem niezłym stanie oraz "omg, ty nie masz nawet rozejścia mięśnia prostego!",  zamierzam zebrać się i zacząć przebieżki. Raz w tygodniu, więcej czasowo nie dam rady. Ale chociaż tyle. Ach.

sobota, 25 maja 2019

Definicja

Wstać o 4.03. Wskoczyć szybko pod prysznic, bo się z wieczora zasnęło z potomstwem tak, jak się stało. Umyć podłogi. Zaparzyć herbatę. Zrobić kilka zdjęć książeczki z wierszykami Agnieszki Frączek, bo koleżanka prosiła. Wysłać zdjęcia i entuzjastyczny opis. Wyjść z herbatą na taras. Obserwować różowiejące niebo. Czuć chłód poranka na gołych nogach odzianych w piżamowe szorty. Słuchać radosnego napierdzielania ptasząt, w swoich odwiecznych codziennych psalmach wysławiających pojawiającego się ponad horyzontem boga Słońce. Z podziwem zerkać na kołujące nad polem i pokrzykujące żurawie. Wypuścić kota, wpuścić kota, powtórzyć czynność pięćset razy.
Zbierać siły przed ciężkim i długim dniem. 
Taka tam moja definicja szczęścia. 

niedziela, 19 maja 2019

Przedburzowy zaciesz ;)

Dżizys, 8 lat mieszkania tutaj a ciągle nienacieszonam widokami, klimatem, spokojem, tą zwykłą niezwykłością. Umościłam się na tarasowej ławce i obserwuję znaki na niebie i ziemi zapowiadające burzę. Nie mam żadnej potrzeby wydobywania się stąd, ani aktualnie, ani globalnie; nie mam potrzeby żadnych podróży. Pierwszy, kwalifikowany Łowca Burz pojechał "gdzieś bliżej" wyładowań, Drugi, ze smykałką do montażu filmowego pojechał razem z nimi kręcić materiał. Ostatnio posklejał świetny film dedykowany nauczycielom od uczniów w czasie Strajku, wzruszyłam się ogromnie tak wrażliwością i mądrością uczniów ze szkoły mych synów jak i pomysłowością Drugiego. Szósty siedzi w piaskownicy i pyta, kiedy wreszcie ta burza. Piąta zapadła w drzemkę, na siedząco, na kanapie, ściskając w dłoni ukochane Safirasy, Trzeci i Czwarty odpoczywają po dopołudniowym i okołopołudniowym turnieju piłkarskim, który w tak duszną pogodę przewalcował młodzież doszczętnie. Patrzę na wakacyjnego psiaka, który z uporem maniaka kradnie kamienie ze skalniaków i przenosi je w pysku, bawi się nimi jak piłką, przynosi do aportu. Mówię: Jerry, ale ty głupi jesteś, weź normalną piłę, rzucę ci, kamienia ci nie rzucę, zapomnij, zęby sobie połamiesz głupolu.
Nad głową przelatuje samolot, przecinając srebrnym błyskiem ciemniejące, pomrukujące niebo.
Mój wyłania się zza budynku z kolejnym sierściuchem na smyczy i mówi, że idzie pozbierać psy z wybiegów, bo będzie lało.
Bibi kocisko drze japę na parapecie - wróciłam, idzie burza, proszę mnie wpuścić.
Myślę sobie, że niedziela, zwykła zupełnie ale jakoś tak podkręcona przeze mnie świadomością niezwykłości i wdzięcznością zostanie we mnie na długo, może na zawsze.
Jednakowoż to prawda, że w pamięci, niczym najcenniejsze diamenty, przechowujemy te proste, zwyczajne chwile.
One są naszą siłą później, gdy po burzy intensywniejszej niż zapowiadały prognozy, nie tak prędko wychodzi słońce.








piątek, 17 maja 2019

A matka traci czas na pisanie

Otóż w domu kompletny chaos, pomieszanie z poplątaniem, wszystko wszędzie. Przedwczoraj swoje ostatnie tchnienie wydała zmywarka; po sześciu latach pracy średnio dwa razy dziennie miała prawo powiedzieć: idę stąd. Nowa będzie montowana dzisiaj ale mimo starań o bieżące mycie ręczne brudne naczynia mnożą się niczym podziały komórkowe. Druga rzecz. Porządki w szafach dzieciaków, przegląd letnich, segregacja tych za małych i zużytych, przekładanie, wykładanie... Wszystko razy sześć a w związku z tym, że matka bywa Ferrari na torze zakupowym z licznymi zakrętami wszelkich sale, okazji, zniżek, bazarków z drugiej ręki, to trochę tego jest. Logistykę działań zmierzających do odnalezienia się w tym chaosie, w ciuchach nabytych pół roku temu na przykład bo "będą na zaś" śmiało określić można mistrzostwem świata. Te za małe, te dla kogoś, te do wyrzucenia, te do szafy młodszego, te jednak jeszcze na później, te na zimę... Lubię grzebać w ciuchach ale ogrom przedsięwzięcia ze dwa razy w roku ździebko mnie przytłacza. Zdarzyło mi się czasem postawić na absolutny minimalizm ale poźniej frustracja spowodowana ciuchem, którego naprawdę któremuś z potomków brakowało, wbijała mi w serce ostry sztylet pretensji do siebie. Co to za matka która nie potrafi zapewnić potomstwu odpowiedniego odzienia.
Co robi zatem owa matka w tym niepojętym chaosie zacisza domowego, gdzie wszystko jest wszędzie, naczynia rozłożone na szafach, worki i kartony z ciuchami czekają na ułożenie w szafach, tudzież zamknięcie i opisanie, gdzie przechodząc z pomieszczenia do pomieszczenia człek potyka się o leżące zabawki, zostawione otwarte książki, pluszaki, folie i kawałki styropianu pochodzące z rozbrojonej nówki?
Otóż matka spogląda na to wzrokiem pełnym pogardy i dopija poranna kawę, chłonie ciepło ciała Szóstego wdrapującego się właśnie w tym momencie na matkowe sterane plecy (bo matka na podłodze przysiadła z racji tego, że na krzesłach i na kanapach siedzi bałagan) i rozprawiającego o traktorach, które wyjechały na pole i sieją kukurydzę, którą potem, mama, będziemy jeeeeść, mama kiedy będzie można ją jeść, a powiesz mi, kiedy urośnie i będzie taka zielona i zapytamy pana Henia, czy możemy sobie jedną zabrać i zjeść??
Matka przeżywa również treść książki, którą skończyła czytać o 2 z minutami nocną ciszą i doprawdy wyjątkowym wrażliwcom powinno się zabronić czytania niektórych książek, i mało ważne, że wrażliwcy mają wolny wybór i mogliby po prostu niektórych książek nie czytać. Ale owe niektóre książki mają feromonowy książkowy lep jak, nie przymierzając, na mole spożywcze - lecisz, choć wiesz, że zginiesz. Przyklejasz się z lubością płacząc za utraconym życiem.
Taka natura.

niedziela, 12 maja 2019

Optymalność rodzicielska

"Ale jak ty się czujesz jako matka dorosłego dziecka?" pyta mnie dawno nie widziana koleżanka, w moim wieku, mama córki w wieku Piątej. No jak się czuję... Hmm... Jak się czuję..? Chyba normalnie się czuję. Porywa mnie codzienność i lista zadań do odkreślenia, i zwyczajność dni, niezwyczajność momentów, zaskoczenie chwil, które zatrzymują pęd i zostają na zawsze. Życie.
"Gdyby nie dziecko, nie byłoby mamy i taty, tylko zwyczajni ludzie" ("Przyjęcie dla motyli" R. Krauss - uwielbiam książki dla dzieci. Tam można znaleźć najmądrzejsze sentencje).
No trochę tak się właśnie czuję.
Nie wiem czy słusznie, ale dopadła mnie oczywistość.
I tak myślę sobie, że może i siłą rzeczy podchodziłabym do faktu bycia matką dorosłego człowieka (Pierwszy ma prawie 19 lat) jakoś tak bardziej refleksyjnie gdyby nie to, że nasza dynamiczna energia życiowa bardziej kierowana jest na maluchy, one nas ciągle napędzają i, kurczę, nie ma nawet czasu, by przystanąć i pomyśleć: O fak, może niedługo będę już babcią.
Hierchiczny porządek w naszej rodzinie, z podziałem na wiek i etapy rozwojowe potomków jest jakiś taki naturalny, normalny, niesensacyjny, nudny.
Swoją drogą, dość osobliwy jest nasz aktualny status towarzyski. Bo że nam życie towarzyskie upadło ze względu na sposób funkcjonowania hoteliku (najwięcej pracy mamy, gdy inni mają wolne. Odpoczywamy, gdy "normalni" ludzie wracają do pracy) to jedno. Drugie - że czasem zabawnie ciężko jest nam wpasować się w wiek znajomych i ich dzieci tak, żeby było mniej więcej tak samo ;) Pierwszy i Drugi urodzili się, gdy byliśmy bardzo młodzi. Pozostała Czwórka - gdy sporo rodziców definitywnie kończy już prokreację. Na wywiadówkach w średniej szkole najstarszych - my jesteśmy najmłodszym rodzicami. U maluchów - dopada mnie czasem niejasne poczucie niewygodnego nadmiernego doświadczenia życiowego i w związku z tym albo irytacja, albo rozczulenie brakiem tegoż doświadczenia u matkojakichmłodych mamusiek.
Dopadają mnie też czasem kurze łapki przy oczach na tle gładkich lic owej rodzicielskiej młodzieży, choć ogólnie to ja naprawdę z kurzych łapek swoich bywam dumna.
Choć nie powiem, ciekawi i bawi mnie tak jedna, jak i druga pozycja społeczna i pławię się w najróżniejszych korzyściach zeń wynikających. Oraz cieszę się z różnic. Oraz chłonę wiedzę o życiu i ludziach, jak zawsze.
Wracając. Koleżanka moja jest przypadkiem mamy, która z różnych względów dość późno zdecydowała się na doświadczenie rodzicielskie. Mądra mama, spokojna. Przed oczyma mam nasze pierwsze dni, miesiące, lata w roli rodziców - energia młodego ciała ale i niecierpliwość i mała wiedza. Raczkująca intuicja. Stres. Sporo błędów. Entuzjastyczna miłość do dzieci, poczucie spełnienia marzeń ale i niejasne wrażenie porażek, uwiązania, niekompetencji. Lata rodzicielstwa dojrzałego trochę na odwrót, większy spokój i umiejętność autentycznej radości z każdego dnia. Ale zmęczenie materiału zdecydowanie większe.
Pewnie bez względu na wiek sporo rodziców cierpi na takąż nierównowagę.
Trudno o złoty środek.
Ale to mało ważne.
Wszak nie ideał jest najważniejszy jeno dążenie do niego.

poniedziałek, 6 maja 2019

Szczęśliwość

Padam. Ze zmęczenia nie mogę zasnąć. Siedzę przy stole, oczy same protestują przed nadmierną ekspozycją na przyćmione nocne światło a mimo to nie uciekam w błogą nicość snu bo wiem, że gdy tylko przyłożę głowę do poduszki, tysiąc myśli na minutę poderwie mnie z powrotem na nogi.
Zajęcia domowe, zabawy z dzieciakami, dylematy, plany, zapiski w kalendarzu, rozmowy, decyzje, organizacja dnia, tygodnia, miesiąca, nieustanna karuzela zajęć i myśli.
Pełnia dnia, posprzątane, cudowne całe 10 minut ładu, wkracza czwórka wspaniałych, sruuu... poduszki z kanapy lądują na podłodze, "Goń mnie! " krzyczy Szósty do kogokolwiek, "Mamoo zepsuli mi helikopter, paatrz" jęczy Czwarty i znosi na dół skrzynkę z Lego, klocki z plastikowym stukotem rozkładają się na stole, skaczą w dół, czmyhają do kątów, czają się z chichotem na zabłąkaną stopę w skarpetce, "Patrz, mamusiu, wycięłam dla ciebie motylki" szczebiocze Piąta i pokazuje kilka motylkopodobnych wycinków z papieru, a smutne resztki, w liczbie tysiąc i więcej, które nie załapały się na łaskę różowych nożyczek leżą omdlałe na dywanie, biały wyrzut sumienia, "Zrobiłem sobie popcorn!" oznajmia Trzeci dzierżąc w dłoniach wielką michę z prażoną kukurydzą, potyka się o poduszkę zrzuconą przez Szóstego z kanapy, traci na moment równowagę, miska przechyla się w przód, część chrupek wypada, Szósty się śmieje i zbiera je z dywanu, Trzeci oddycha z ulgą - "Ufff, niewiele brakowało, a wypartoliłyby się wszystkie".
Zrozpaczonym wzrokiem odprowadzam kondukt żałobny Porządku, który odszedł w pokoju.
W łazience kosz na pranie płacze nadmiarem ubrań, zawodzi, że już więcej naprawdę nie może i ma serdecznie dość i że ten drugi, na białe, ma o wiele lepiej bo wyrabia przepisową normę i nigdy nie trzyma nadgodzin.
Z zamkniętego czytnika ebooków wysypują się słowa, bezszelestne i niewidzialne, mimo to czuję je tak, jak się czuje smaganie deszczu po twarzy. Intensywność potrzeby, nie bronię się.
Czas na reset.

piątek, 3 maja 2019

Majówka

Z założenia zimna i wietrzna majówka nie spowodowała mniejszego niż zwykle natężenia w napływie gości. Ludzie powyjeżdżali w różne zakątki kraju i świata, a zwierzaki bawią (się) u nas. Stali bywalcy robią to, co zwykle, nowi oswajają się z trudną sytuacją rozstania. Dramatów nie ma, zestaw sympatyczny i przewidywalny, dość liczny. Mój szczątki wolnych chwil zbiera pieczołowicie i od czasu do czasu zachodzi do domu na parę minut, na kawę, na wrzucenie zdjęć do kompa. Gdyby pogoda była łaskawsza, spędzilibyśmy majówkę na tarasie. Ze sobą, z psami. Brakuje mi tego bardzo. Niestety są tylko te chwile. Dziatwa wypuszczona na zewnątrz wraca z zarumienionymi z zimna policzkami i zziębniętymi dłońmi. Doglądam ich, Mój kręci się, zmienia towarzystwo psie na wybiegach, wysypuje z pojemników zabawki, robi fotki, wysyła Drugiego na spacery z niektórymi. Spędza z gośćmi większość dnia. Gdzie nam się uda spotkać w domu czy na zewnątrz - to nasze.
Jak zwykle odpoczywać będziemy wtedy, gdy ludziska powrócą z wojaży, odbiorą swoje pociechy i wrócą do swoich codziennych zajęć, prac, obowiązków.
Piąta, która kocha wszystko co żyje, a wszelakie robactwo najbardziej, ubolewa, że przyjaciele na pewno za nią tęsknią. Każde jej wyjście na podwórko to szukanie przyjaciół oraz przyjaciół owych przyjaciół. A później poszukiwanie zabaw dla nich, czytanie im książek i tym podobne rozrywki, które umilić mogą monotonne życie skorupiaków. Dodać tutaj należy, że empatia, niepojęta cierpliwość i siła perswazji Piątej wydobywa na świat zaciekawioną obłość wyżej wymienionych. Zaskoczona patrzę na nieruchome skorupki, a za moment dosłownie - na wijące się ciałka, poruszające się czułki/różki i interakcję żywych stworzeń ze światem. A raczej z Piątą, która gada do nich głosem troską przepełnionym. I szuka im bezpiecznych zabaw.


Póki co zastanawiam się, czy jeszcze dziś włączyć pralkę, co myśleć i napisać o książce, która w internetach uchodzi za wielkie odkrycie a mnie po prostu znudziła oraz jak odeprzeć atak krwiożerczych bestii atakujących mnie w zaciszu rzadko mi dostępnego kąta kanapy. Bestie posiadają broń w postaci książek i wrzeszczą jeden przez drugiego: Tą czytamy, teraz tą, mama powiedz mu coś, teraz moja kolej, ja miałam wybraaać!
Wstaję, strzepuję z siebie trzy hałaśliwe stwory, mówię: Chwila, zaraz zdecydujemy!, zbieram rozrzucone na dywanie karty Dobble, w które gramy namiętnie w atmosferze kłótni, fochów, entuzjazmu, podziwu i miłości rodzinnej na przemian.
Wytaczam broń najcięższego kalibru, która kupuje mi pół godzinki względnej ciszy.
Otwieram drzwi lodówki i pytam głośno: Kto chce lody?

środa, 1 maja 2019

Szósty

Z Szóstym było tak.
Dziesięciomiesięczna Piąta raczkowała z zapałem po świeżo-wiosennej trawie. Potrząsała palemką włosków ściągniętych gumką. Przysiadała co jakiś czas, dziwiąc się cudom natury, czyli grudkom ziemi, robakom, patykom. Wydłubana kulka karmy dla psa urosła do rangi niesamowitego rarytasu.
Przyglądała się braciom szalejącym na trampolinie.
Patrzyliśmy na nią, popijając kawę.
"Przydałaby jej się siostra" - rzekłam.
"Siostra nie siostra, przydałoby się jeszcze jedno dziecko, żeby jej nie rozpuścić zanadto. Bo taka jedna jedyna to całkiem materiał podatny" - wyraził swoje niezwykle przenikliwe zdanie Mój.
 "W sumie lepiej chłopiec"- dodał.

I już wtedy wiedziałam, że choćby nie wiem co, jeśli rzeczywiście pisane nam jest kolejne dziecię, będzie chłopiec. Mój, z niepojętym talentem przewidywalności i sprawczości, nie pomylił się nigdy w zgadywaniu płci naszych jeszcze nie narodzonych pociech. Może dlatego, że miał łatwo. I specjalnych komplikacji w różnorodności płci u nas nie było. A on chciał mieć zawsze synów.
Choć przy Piatej, nie powiem, rzekł na początku, że w kwestii płci odczuwa niejasne wątpliwości.
I zwariował, kiedy się urodziła. Porażał entuzjazmem i do dziś została mu taka lekko cieniowana poświata dumy, kiedy mówi: moja córa.

Wracając.

"Ale wiesz, że powiedzą, że nas pogięło... Wiesz, że powiedzą, że to dla 500+... Wiesz, że niektórzy odpowiednio skomentują".
"No. Wiem. Żyjemy po swojemu i żyjmy dalej. Oraz po raz kolejny".
"A może za stara już jestem... Na porodówce powiedzą, że babcia jakaś rodzić przyszła".
"E tam. Nie takie pewnie jeszcze rodzą. Średnia wieku się przesunęła".

I my tak gadu gadu, a w gwiazdach niniejszy fakt się zapisywał oraz zamówienie szło do realizacji.

Szósty urodził się w lutym. W dniu, którym Piąta skończyła dokładnie 19 miesięcy. Poród magiczny, nocne gnanie do szpitala ze skurczami wciskającymi w fotel pasażera. Wyremontowane wnętrza znajomych kątów. Znów nasza położna, znów zainteresowanie i znów ani lekko ani krótko, na przekór tym, którzy twierdzą, że szósty poród to musi być pewnie tak...och! Czyli większy wdech, większy wydech iiii jest! No nie.

Pojawił się krótko przed południem. Wzruszył do łez młodą lekarkę, której dłoń ściskałam w ostatnim trudnym etapie. Nie kryła tego wzruszenia, które i mnie się udzieliło, i tak sobie chlipałyśmy nad ciemną główką młodego, dwie obce sobie osoby, połączone nagle przypadkowym spotkaniem w okolicznościach nader niezwykłych. Nie wiem, co rozczuliło ją najbardziej, powtarzała, że taki... szósty, taki... urodziwy, tak... spokojnie urodzony i taki.... rozgadany! Obrazowo rzecz ujmując, Szósty wydał z siebie głos  zanim urodziło się całe jego ciałko. Ciekawostka położnicza, która podobno rzadko się zdarza.
Znow życzliwe zainteresowanie, komentarze podczas obchodów, dużo ciepła.
Trochę się chyba uzależniłam od zapachu, atmosfery i przytłumionych dźwieków  oddziału położniczego.

W domu spokojnie i naturalnie. Piąta niezbyt zainteresowana małym nietypowym czymś, żyjątkiem takim, pieskiem czy kotkiem, któż to wie. Obchodziła ostrożnie wózek ze śpiącym noworodkiem ale nie miała potrzeby dotykać czy patrzeć godzinami. Zdążyła się przez te dwa dni bardzo przykleić do Mego i do braci, i cieszyło mnie to bardzo, bo nie przeżyła traumy w związku z moim zniknięciem, a po powrocie ze szpitala nasze mamusiowo-córeczkowe relacje wrociły do dawnych zwyczajów. A w związku z dość częstym pojawianiem się małego nowego człowieka w ostatnim czasie w naszym domu, pozostali przeszli nad tymże faktem do porządku dziennego ot tak, od razu.

Szósty był niemowlakiem nieskomplikowanym, spokojnym. Nazwaliśmy go Aleksander.
Przejął od swojego rodzeństwa sporo pozytywnych cech i skumulował je wszystkie w sobie.
Taki z niego oryginał.
Często mówię do niego; Olo, skąd ty się nam wziąłeś?!

I to by było chyba na tyle. Chyba, bo Mój znów sobie żartuje, taki śmieszek z niego, żartowniś, taki fan komediowy i sympatyk kabaretowy, że haha przecież nigdy haha nie lubił cyfry sześć. Woli siedem.








niedziela, 28 kwietnia 2019

27 miesięcy

Na Piątą mówimy "mała małpka". Bo to takie ciągle skaczące, małpkowate, przyklejające się, pocieszne.
Bawią się w chowanego. Szósty liczy: "Siedem pięć dziewięć, śchowany cy nie, suuuukam!". Po czym stawiając wielkie kroki rozgląda się i powtarza: Gdzie jest ta mała małpa, gdzie jest ta mała małpa!
Zadziwiająca jest ich wzajemna relacja i więź. Gdzie jedno, tam i drugie. Uzupełniają się i dopełniają. Szósty uwielbia lalki bobasy, Piąta woli auta. Oboje kochają książki i układanki, klocki, figurki zwierzątek. Wiodą filozoficzne rozmowy o przemijaniu: "Ania, a ile Mati ma lat? 19, strasznie dużo! A tata? 42, oooo jak dużoooo, tyle ile do kosmosu i z powrotem, nie?", o przyrodzie:
"Ania pokaż mi, pokaż gąsienicę! Łooo, zielona, duża, mogę potrzymać?" Nie, Ojuś, nie możesz, bo umarnie i nie zrobi się w motyla" oraz edukują się: "Ania, patrz, lokomotywa!" "Ojuś, nie mówi się: lokomotywa tylko jo-mo-ko-ty-wa! Powtórz!" i "Ojuś, źle mówisz, ja cię nauczę, powtarzaj: Fi-po-po-tam! A nie hipopotam! "
Piąta ma prawie 4 lata, Szósty 2 i troszkę.
Półtoraroczna różnica wieku sprawia, że nie tylko wpływy starszych braci widać w ich rozwoju ale przede wszystkim na bieżąco uzupełniana wzajemna wiedza i interpretacja świata. Przy czym często jest tak, że wiedza Piątej, z racji starszeństwa jest nieco większa, ale interpretacja zadziwiającego w swym rozwoju Szóstego - bogatsza i nieszablonowa. Bowiem tak jak cała piątka rozwijała się standardowo, tak Szósty, z lekkością godną baletnicy zgrabnie przeskakuje etapy rozwojowe, sprawnie i bez zbędnego ambarasu. Wszystko szybciej i jakby od niechcenia.
Na własnym małym przyjęciu z okazji 1 roku życia podał Mojemu kubek i rzekł: Chcę soku (chcię sioku). Na co Mój, spojrzawszy na zaklętych w niemym zadziwieniu gości oraz pogłaskawszy ciemną czuprynę chłopca, spojrzawszy w brązowe ślepka i przytuliwszy drobne, ale mocne ciałko, wyszeptał ze łzami wzruszenia w oczach : Synku, jakiś ty mądry, jesteś naszą dumą i radością, ty zmienisz ten świat, zetrzesz z niego cały proch zła i nienawiści, usłyszą o tobie wszyscy na najdalszych krańcach ziemi, zapiszesz się w historii świata jako ten, który uzdrowił ludzkość!!
A nie.
Sorki.
To nie było tak.
Mój zabrał niebieski kubek z delfinem z dłoni Szóstego i powiedział: "Mówi się: poproszę".


czwartek, 25 kwietnia 2019

Tymczasem

Nie będę pisać, co się wydarzyło przez te trzy lata mojej nieobecności tutaj. To bez sensu. Wydarzyło się wiele, tyle, i to, co u każdego z Was. Czyjeś narodziny, i czyjeś pożegnania. Dużo radości i garstka smutków. Trochę troski i strachu. Nowe znajomości, świeże, fascynujące, oraz stare, znikające na horyzoncie, żegnane bez żalu.
Mnóstwo emocji. Wzruszeń. Energii. Miłości.
Kilka nieistotnych rozczarowań bo przecież najważniejsze nie rozczarowuje.
O dzieciach napiszę. O każdym. Mimochodem i z wtrąceniami, może między wierszami. O fascynacjach książkowych. O swoich słabościach. O decyzjach, które muszę za chwilę popodejmować. O tym, co mnie teraz napędza do życia. Co mi się chce.  I czego nie jestem w stanie uczynić, choćby nie wiem co.

Tymczasem dom śpi. Kot drapie w drzwi tarasowe, koniec nocnych wędrówek. Za chwilę zwinie się w kłębuszek na ciepłym laptopie i będzie tak drzemać do rana a dnia następnego, jak każdego dnia następnego, Mój zasiądzie do pracy i powie - jak każdego dnia następnego: Co ten kot robił na moim laptopie? Sierści wszędzie tyle!
Tymczasem patrzę na wyprasowaną koszulę Pierwszego i próbuję przejąć jego rozemocjonowaną energię, syconą jutrzejszym Ważnym Egzaminem.
Tymczasem zastanawiam się, czy posprzątać w kuchni, załadować zmywarkę, czy jednak z czytnikiem pod pachą udać się do sypialni, wtulić w rozespane ciało z jednej a ciałko z drugiej strony.
Tymczasem jestem na wylocie, pomiędzy końcem nocy a początkiem dnia, w tej błogiej przestrzeni nieokreślonej godziny, kiedy cisza rośnie a myśli nieuśpione niepokoją, próbując wydostać się spomiędzy opadających ze zmęczenia powiek.
O, poszczekuje pies, gdzieś daleko, po sąsiedzku. To dobrze. Cisza pękła. Nie lubię jej takiej nabrzmiałej.
Wolę ciszę, z której powoli uchodzi powietrze.
Noc niezbyt czarną, kawę niezbyt gorzką i ciszę niezbyt cichą.
Idę.



wtorek, 23 kwietnia 2019

Że

Dzień dobry! Czy ktoś uchyla jeszcze te zardzewiałe i skrzypiące drzwi mojego bloga?? Pewnie niezbyt.
Tym zatem, którzy próbowali oraz aby spróbować podważyć je lekko i wpuścić cienką strużkę światła reanimacji donoszę, że żyję i miewam się dobrze. Że nadal funkcjonuję w gromadnym otoczeniu psów i dzieci. Z tym samym facetem i tymi samymi widokami za oknem, zmieniającymi się cyklicznie i zgodnie z naturą. Że Piąta pozostała Piątą ale oprócz niej jest jeszcze Szósty, w związku z czym ona jest Piątą Jedyną.  Że Pierworodny zrobił mi się dorosły, ma prawo jazdy, dziewczynę i własnoręcznie zarabiany hajs. Że nadal kocham książki. I że spróbuję naprawić te okrutnie porzucone i zapomniane drzwi.
Dzień dobry :)

poniedziałek, 11 stycznia 2016

Nie dam się!

No i tak.
Obiecałam, że napiszę. Dziewczę miało cztery miesiące. Teraz ma ponad sześć i siadam w przelocie. Bo zupa na kuchence, Czwarty na nocniku, pranie już wiruje, a spod sterty prasowania nie widać fotela wcale.
Kocham Was i całą blogosferę miłością absolutną, dlatego nikt i nic nie zmusi mnie do opuszczenia tego miejsca, zamknięcia go czy choćby zawieszenia. 5 lat pisania i mnóstwo fajnych znajomości - no nie mogę! Cały czas żyję myślą i nadzieją, że jeszcze trochę, gdy tylko maluchy podrosną trochę i będą bardziej samodzielni, wrócę do częstego pisania i bywania u Was. Nie uznaję innej możliwości. Dlatego też wybaczcie chwile zawieszenia oraz niebytności, oraz nie skreślajcie, nie wyrzucajcie z linkowni - jestem i będę, choćby nie wiem co. Taka wredota zawzięta jestem!
Krótko, co u mnie. Pławię się w tym szczęściu rodzinnym, cały czas. Chłopcy są kochani, cudowni, ale w dziewczęciu mym, przyznaję nieskromnie, jestem po prostu zakochana. Tym bardziej, że to dziecko doprawdy niewymagające, oraz porównanie mając teraz, potwierdzam z całą stanowczością, że istotnie, dziewczynki rozwijają się trochę inaczej, są spokojniejsze i w krótszym czasie rozwinięte społecznie. I tak jak twierdziłam niedawno, presji na płeć żeńską nie odczuwając, że wcale nie muszę mieć córki, tak teraz uważam, że każda mama nastawiona macierzyńsko przynajmniej jedną mieć powinna. Choć wiem doskonale, że nie każdemu jest to pisane. Gawędziliśmy ostatnio z Mym w przychodni, przy okazji szczepień małej, z pewnym dopiero co poznanym panem, który oznajmił nam, że ma sześciu synów. Żona bardzo chciała dziewczynkę, ale ostatecznie stwierdziła, że może wnuczkami się nacieszy. No i póki co nic z tego, bo czworo synów tego pana ma już własne dzieci, i są to również sami chłopcy. Wyobrażacie sobie? Takie to przypadki po ludziach chodzą!
Oprócz domowego słodkiego kieratu, udzielam się także ostatnio na portalu Duża Rodzina. Zaprosili do współpracy w pisaniu artykułów, wysłałam próbne, spodobały się i tak zostałam. Lubię to bardzo; w ciągu dnia robię coś, noszę Piątą, odkurzam, prasuję, a teksty całe układają mi się w głowie. Tylko zasiąść i pisać - większy problem. Jestem współautorką bodajże od października, i opublikowano kilkanaście moich wypocin, gdybyście mieli ochotę poczytać - są opatrzone podpisem "Ala, mama 5 dzieci" (głównie w dziale "blogi").
Brygada dzieckowa i psia rozwija się pomyślnie. Hotelik rozbudowaliśmy, psiska mają teraz apartamenty. Trzeci broi - etap żywiołowości i ekspansywności, że tak fachową terminologią pozwolę sobie rzucić. Czwarty - walczymy z nocnikowaniem, średnio nam to idzie, jestem przerażona bo jego bracia już dawno ten problem mieli z głowy, a on oporny strasznie. Na szczęście zaczął w końcu gadać. Pierwszy stoi przed wyborem szkoły średniej, oraz w końcu począł ludzkim głosem przemawiać, bo wcześniej hormonalna karuzela sprawiała, że różnie z tym bywało. Drugi jak zwykle w swoim świecie - psy, koty, keaboard, komiksy i książki fantasy - cały on.
Z zadziwiającego świata sukienek, opasek z kokardką oraz różowych legginsów - bo właśnie przeglądam szafę dziewczęcia i dokładam większe, a odkładam za małe strzępki odzieży - żegnam Was serdecznie i dziękuję tym, którzy są.
<3





poniedziałek, 2 listopada 2015

odpowiadam


Wszystkim zainteresowanym, drążącym temat, zaintrygowanym, oraz wścibsko -ciekawskim, dopytującym, czy teraz, kiedy wreszcie mamy córkę widać różnicę w szeroko rozumianej kwestii wychowywania dzieci... no, czy po prostu z chłopakami było jakoś inaczej, niż z nią... odpowiadam niniejszym, co następuje: zasadnicza różnica jest taka, że przy zmianie pieluszki córka nie sika matce w twarz.
:D


Anna ma dziś 4 miesiące.
Ściskam!
Niebawem napiszę więcej :)

niedziela, 16 sierpnia 2015

A na sesji noworodkowej...


... było między innymi tak:









I powróciwszy z owej, na gorąco napisałam tak:

Zamieszanie się skończyło. Modele płci męskiej, zabierając ze sobą szum, chaos i głosy, wybyli do domu. W jasnym, przestronnym pomieszczeniu zrobiło się cicho i przytulnie. Moja kochana ośmiodniowa Ania zasypia przy piersi, a Pani fotograf, niespiesznie, tworzy tło, klimat, ciepło, miękkość.
Układa tkaniny, wybiera stylowe, proste gadżety.
Podaję jej moją córkę.
Siadam wygodnie na kanapie, popijam herbatę, patrzę. Odpoczywam. Po ostatnich szalonych dniach związanych z pojawieniem się Nusi na świecie – nie wierzę – ale w końcu siedzę spokojnie, nie martwiąc się o nic. I naprawdę odpoczywam.
Jest ciepło i przyjemnie.
W telewizorze powieszonym na ścianie, ściszonym, leci jakiś serial. Zerkam z umiarkowanym zainteresowaniem.
Przeglądam albumy z sesji noworodkowych, rodzinnych, kobiecych. Podziwiam. Karmię zmysł wzroku obrazami niezwykłego uroku, magicznymi, i przy tym autentycznymi, prawdziwymi.
Od czasu do czasu wymieniamy kilka zdań.
Jest tak spokojnie.
Za dużymi oknami wiatr szarpie gałęziami drzew, buszuje w krzewach, goni po trawie suche listki. Ostatnie upały wszystkim dały się mocno we znaki, ale dziś pogoda zepsuła się nieco, można odetchnąć.
Pani fotograf ma dłonie ciepłe i pewne. Delikatnie i profesjonalnie układa małe ciałko w naturalne, noworodkowe pozy – wszędzie na śpiąco. Tu skulona jak w mamusinym brzuszku, tu z rączkami podpierającymi buzię, gdzieś widać bardziej stópki, gdzieś brzuszek. Pudrowy szal, różowe "gniazdko", wełniane spodenki. Wiaderko, koszyk. Kokardki i kwiatki na główce mojej córki. Koronkowa sukienka.
Wzruszam się. Patrzę, i patrzę, i patrzę....
Cichutko brzęczy elektryczny piecyk ogrzewający ciepłym powiewem ciałko małej. W tle rytmiczne bum-bum-bum – to dźwięk stylizowany na prawdziwe bicie serca mamy, które maluszek czuje i słyszy w życiu płodowym.
Ania śpi. Na jej buzi widać odprężenie, spokój, poczucie bezpieczeństwa. Przeciąga się czasem, prostuje nóżki, rozrzuca rączki – Pani fotograf czule tuli, szepcze do uszka, okrywa na chwilę, otula miękkim kocykiem, obejmuje dłonią główkę, kciukiem masuje czółko. Dziecko szybko się uspokaja, odpręża.
Można pstrykać dalej.
Jakimś cudem chyba mijają aż dwie godziny. Ostatnie ujęcia brzdąca w blaszanym wiaderku. Wstaję. Przyjeżdża S., żeby zabrać nas do domu. Karmię Nusię, ubieram, zbieram nasze rzeczy.
Leniwie i spokojnie. Gadamy jeszcze, śmiejemy się, dziękujemy sobie nawzajem.
Jestem szczęśliwa. Ania ma mnóstwo magicznych ujęć, a ja cudownie zrelaksowałam się, całkiem jak w profesjonalnym SPA.
Tak pięknie jest na fotograficznej sesji noworodkowej.

U Kasi M., rzecz jasna.


piątek, 31 lipca 2015

Księżniczka śpi


Matka Polka zmęczeniowa.
Nie narzekająca absolutnie.
Jednakowoż zmęczenie materiału dopada czasem pomimo poczucia szczęśliwości.
Piąta już po uroczystości. Wytrzymała pięknie, przespała modlitwy, dźwięki, śpiewy, polewanie główki.... oraz późniejsze z-rąk-do-rąk wędrowanie. Wieczorem w domu trochę marudziła, popłakiwała; takie małe toto, niby śpi, a jednak koduje i niewątpliwie nadmiar bodźców gdzieś ujście swe znaleźć musiał.





A dziś już końcówka kolejnego tygodnia. Piąta ma ich cztery - i jeden dzień. Wagowo - 1 kg na plusie, położna była, dziecię zważyła. Był też doktor - pokazał, jak fachowo sprawdzić prawidłowość odwodzenia stawów biodrowych.Na usg tychże córka już zapisana. 
Trzeci kładzie się na popołudniową sjestę. Mamo, przykjyj mnie gjubym kocem! prosi. Nie mogę, mam Anię na rękach, więc zrezygnowany przykrywa się sam. Słyszę spod koca zadowolony głos: Nie majtw się mamo, udało mi się, wsystko jest pod kontjoją!
Czwarty zachwycony wpatruje się w różową pościel z motywem Hello Kitty, którą Ania dostała w prezencie, Kiti, mama, kiti! woła i okrywa się powłoczką kołdry.
Hello Kitty to ostatnio ulubiona bajka Czwartego, hm.
Pierwszy i Drugi wybyli z kolegami do miasta. Kino, fast foody, lody. Młodzieżowo. Normalnie.
Księżniczka drzemie w wózku. Od czasu do czasu niepozorne yhyy, lub całkiem donośne łaaa sygnalizuje jej podstawowe potrzeby egzystencjalne. 
Przemyślała, dojrzała do decyzji i... przed kilkoma dniami poczęła obdarzać nas nieśmiałymi jeszcze, ale już całkiem świadomymi uśmiechami.
Których to magicznych momentów aparatem foto na razie nie profanujemy.

Na większości zdjęć, zdecydowanie, księżniczka śpi ;)




piątek, 24 lipca 2015

Wredny sąsiad, róż i narzucona wiara

Matka się wściekła otóż.
Bowiem umyła wczoraj okna, w bólach organizacyjnych - bo nie tak łatwo teraz o czas i logistykę tak karkołomnego przedsięwzięcia.
Tymczasem okrutny i generalnie złośliwy sąsiad postanowił dziś zwołać kombajn, który z nim w zmowie haniebnej bywa, i skosić zboże ze swoich trzech pól. Dokładnie z trzech stron naszego domu.
Kombajn, bucząc radośnie, przemierzał przez kilka godzin, entuzjastycznie, wte i wewte tereny za naszym płotem. Częściowo przysłonięty siwą, rozciągającą się na pinsetkilometrów chmurą kurzu i pyłu. W wyniku czego parapety,okna i moskitiery wyglądają jak odrzwia stodoły.
Trzeci i Czwarty zachwyceni.
No dobra. Rozumiem to. Raz w roku nie zawsze wszak. Dobrze, że udało mu się to na raz. Ale dlaczego akurat po umyciu okien, a nie przed? W efekcie czego okna po jednym dniu znów są przed?
Nie narzekam, naprawdę. Jeno czasem zmęczenie materiału dopada takie, że chowam zużyte pampersy do lodówki, a na poduszki mówię pieluszki - gdzie są te zielone pieluszki z kanapy? - i wtedy takie kombajnowe działanie, z premedytacją, pod górkę, na chwilę wytrąca człeka z codziennie pracowicie dopieszczanej i dookreślanej równowagi.
Mój mówi: nie przejmuj się, bądź ponad to.

W domu różowo nam. Jeszcze w ciąży zarzekałam się przed kobitami z pracy, że gdzie ja i róż, no bez przesady, przecież nie będę jej na różowo odziewać! Tymczasem dziecię się rodzi i cóż, wpada w róż! Matka sama, jakby bez rozumu funkcjonowała, kupuje trzypaki body w trzech odcieniach tegoż. Ludzie przynoszą w prezencie różowe kiecki, skarpetki, dresiki. Otwieram szafę małej - róż bije po oczach, co więcej, bicie po oczach nie przeszkadza matce w ogóle.
Dziecko kąpane jest aktualnie w owalnej misce używanej do prania (bo wanienkę Czwarty zajechał, pękając ją swego czasu). Mówię zatem do Mego, wybierającego się akuratnie do miasta: kup różową wanienkę bo z miski dziecko wyrasta. A dlaczego różową? pyta znienacka Mój. Noo, nie wiem właściwie. Aha, to kupię niebieską może.

W niedzielę dziecko chrzczone będzie. Jakoś tak nam się data spodobała, bo jej imieniny i w ogóle. A dlaczego tak wcześnie chrzcicie? Ona ma dopiero trzy tygodnie - pytają życzliwi.  A dlaczego w ogóle chrzcicie, dlaczego nie pozwolicie jej samej zdecydować, jak już będzie świadoma? - pytają zaprzyjaźnieni Zielonoświątkowcy.
Odp nr 1 - A dlaczego nie? Jakoś tak w tradycji mamy, że chrzcimy dzieci pomiędzy 2 a 4 tygodniem życia. Niech sobie dzieć ma wcześnie zapewnioną profesjonalną ochronę duchową.
Odp nr 2. Taka nasza wiara i nie kłócę się z zasadami. Nawet jeśli niektórzy zarzucają, że zasady to ludzie ustalili, i bez sensu, i w ogóle. A przecież nie skazuję jej niczym, i nic nie jest na zawsze wszak. Córka póki co, decyzyjności swojej posiadać nie może. Nie zdecyduje sama, czy woli być karmiona piersią, czy butelką. Nie powie mi, że woli jednak Pampersy a nie te Dada, co to matka w Biedrze kupujesz. I tak samo nie powie nam, czy chce być ochrzczona, czy może jednak nie. Ale Chrzest to nie tatuaż, czy wycięcie nerki. Jeśli taka będzie jej wola, nie musi z wiarą katolicką zostać na zawsze. Przyjdzie czas, kiedy będzie mogła zdecydować i określić się duchowo. Możliwości będzie miała mnóstwo. Teraz ja odpowiadam za nią i, no cóż, narzucam jej wiele.

Córka ma trzy tygodnie i jeden dzień. I tyleż samo czasu matka funkcjonuje BEZ CZYTANIA. Widać można.
Ostatnio czytnęła coś tam w szpitalu i książka rozgrzebana leży, pod kalendarzem i książeczką zdrowia dziecka. Bo ważniejsze jest zapisanie na badanie bioderek, umówienie się z położną, umówienie się z lekarzem. Zakup witaminy D3 i K. Uzupełnienie zapasu pieluch, bo się kończą. Zakupienie białych rajstopek w rozmiarze 56, bo przecież córka na swoje chrzcielne święto kiecki wymaga, a kiecka z kolei rajstop.

Ale matka wróci.
Do czytania.
Zawsze wraca.

Ściskam Was :)

środa, 22 lipca 2015

Ciepło i łzy

Będzie ckliwie.

Siedzimy przy śniadaniu. Ja z Nusią na rękach, nakarmioną, przytuloną w pozycji spionizowanej - niby do odbicia, ale obie tak lubimy, najbliżej jak się da. Mój wstaje, cmoka mnie w policzek, cmoka dziecię w łapkę zaciśniętą na ramiączku mojej koszulki. Idzie ogarniać zwierzyniec. Zostajemy w kuchni same. Nusik wzdycha przez sen. Dotykam ustami jej aksamitnej główki, powtarzam po raz milionpięćsetny: Boże, dziękuję Ci za nią... a łzy, kap kap, moczą jej ciemne włoski, i zamazuje mi się nagle blat stołu, szafki, okno z firanką całą w pomarańczach, i świat cały; zostaję tylko ja, moje łzy i to ciałko z uszkiem tuż przy moim sercu.
I żeby nie było - mantrę Boże, dziękuję Ci... powtarzam przy każdym moim osobistym niemowlęciu, bo wdzięczność za słodycz, za rozczulającą bezradność, za zapach, za granatowe zdziwione oczka, za małe dłonie zaciskające się na palcu... taka wdzięczność rodzi się automatycznie, z każdym narodzonym dzieckiem.
Tutaj jeno zaimek "nią" posiada inny wymiar. Magiczny. Niedowierzający.
Choć przecież taki zwyczajny.