niedziela, 16 sierpnia 2015

A na sesji noworodkowej...


... było między innymi tak:









I powróciwszy z owej, na gorąco napisałam tak:

Zamieszanie się skończyło. Modele płci męskiej, zabierając ze sobą szum, chaos i głosy, wybyli do domu. W jasnym, przestronnym pomieszczeniu zrobiło się cicho i przytulnie. Moja kochana ośmiodniowa Ania zasypia przy piersi, a Pani fotograf, niespiesznie, tworzy tło, klimat, ciepło, miękkość.
Układa tkaniny, wybiera stylowe, proste gadżety.
Podaję jej moją córkę.
Siadam wygodnie na kanapie, popijam herbatę, patrzę. Odpoczywam. Po ostatnich szalonych dniach związanych z pojawieniem się Nusi na świecie – nie wierzę – ale w końcu siedzę spokojnie, nie martwiąc się o nic. I naprawdę odpoczywam.
Jest ciepło i przyjemnie.
W telewizorze powieszonym na ścianie, ściszonym, leci jakiś serial. Zerkam z umiarkowanym zainteresowaniem.
Przeglądam albumy z sesji noworodkowych, rodzinnych, kobiecych. Podziwiam. Karmię zmysł wzroku obrazami niezwykłego uroku, magicznymi, i przy tym autentycznymi, prawdziwymi.
Od czasu do czasu wymieniamy kilka zdań.
Jest tak spokojnie.
Za dużymi oknami wiatr szarpie gałęziami drzew, buszuje w krzewach, goni po trawie suche listki. Ostatnie upały wszystkim dały się mocno we znaki, ale dziś pogoda zepsuła się nieco, można odetchnąć.
Pani fotograf ma dłonie ciepłe i pewne. Delikatnie i profesjonalnie układa małe ciałko w naturalne, noworodkowe pozy – wszędzie na śpiąco. Tu skulona jak w mamusinym brzuszku, tu z rączkami podpierającymi buzię, gdzieś widać bardziej stópki, gdzieś brzuszek. Pudrowy szal, różowe "gniazdko", wełniane spodenki. Wiaderko, koszyk. Kokardki i kwiatki na główce mojej córki. Koronkowa sukienka.
Wzruszam się. Patrzę, i patrzę, i patrzę....
Cichutko brzęczy elektryczny piecyk ogrzewający ciepłym powiewem ciałko małej. W tle rytmiczne bum-bum-bum – to dźwięk stylizowany na prawdziwe bicie serca mamy, które maluszek czuje i słyszy w życiu płodowym.
Ania śpi. Na jej buzi widać odprężenie, spokój, poczucie bezpieczeństwa. Przeciąga się czasem, prostuje nóżki, rozrzuca rączki – Pani fotograf czule tuli, szepcze do uszka, okrywa na chwilę, otula miękkim kocykiem, obejmuje dłonią główkę, kciukiem masuje czółko. Dziecko szybko się uspokaja, odpręża.
Można pstrykać dalej.
Jakimś cudem chyba mijają aż dwie godziny. Ostatnie ujęcia brzdąca w blaszanym wiaderku. Wstaję. Przyjeżdża S., żeby zabrać nas do domu. Karmię Nusię, ubieram, zbieram nasze rzeczy.
Leniwie i spokojnie. Gadamy jeszcze, śmiejemy się, dziękujemy sobie nawzajem.
Jestem szczęśliwa. Ania ma mnóstwo magicznych ujęć, a ja cudownie zrelaksowałam się, całkiem jak w profesjonalnym SPA.
Tak pięknie jest na fotograficznej sesji noworodkowej.

U Kasi M., rzecz jasna.


piątek, 31 lipca 2015

Księżniczka śpi


Matka Polka zmęczeniowa.
Nie narzekająca absolutnie.
Jednakowoż zmęczenie materiału dopada czasem pomimo poczucia szczęśliwości.
Piąta już po uroczystości. Wytrzymała pięknie, przespała modlitwy, dźwięki, śpiewy, polewanie główki.... oraz późniejsze z-rąk-do-rąk wędrowanie. Wieczorem w domu trochę marudziła, popłakiwała; takie małe toto, niby śpi, a jednak koduje i niewątpliwie nadmiar bodźców gdzieś ujście swe znaleźć musiał.





A dziś już końcówka kolejnego tygodnia. Piąta ma ich cztery - i jeden dzień. Wagowo - 1 kg na plusie, położna była, dziecię zważyła. Był też doktor - pokazał, jak fachowo sprawdzić prawidłowość odwodzenia stawów biodrowych.Na usg tychże córka już zapisana. 
Trzeci kładzie się na popołudniową sjestę. Mamo, przykjyj mnie gjubym kocem! prosi. Nie mogę, mam Anię na rękach, więc zrezygnowany przykrywa się sam. Słyszę spod koca zadowolony głos: Nie majtw się mamo, udało mi się, wsystko jest pod kontjoją!
Czwarty zachwycony wpatruje się w różową pościel z motywem Hello Kitty, którą Ania dostała w prezencie, Kiti, mama, kiti! woła i okrywa się powłoczką kołdry.
Hello Kitty to ostatnio ulubiona bajka Czwartego, hm.
Pierwszy i Drugi wybyli z kolegami do miasta. Kino, fast foody, lody. Młodzieżowo. Normalnie.
Księżniczka drzemie w wózku. Od czasu do czasu niepozorne yhyy, lub całkiem donośne łaaa sygnalizuje jej podstawowe potrzeby egzystencjalne. 
Przemyślała, dojrzała do decyzji i... przed kilkoma dniami poczęła obdarzać nas nieśmiałymi jeszcze, ale już całkiem świadomymi uśmiechami.
Których to magicznych momentów aparatem foto na razie nie profanujemy.

Na większości zdjęć, zdecydowanie, księżniczka śpi ;)




piątek, 24 lipca 2015

Wredny sąsiad, róż i narzucona wiara

Matka się wściekła otóż.
Bowiem umyła wczoraj okna, w bólach organizacyjnych - bo nie tak łatwo teraz o czas i logistykę tak karkołomnego przedsięwzięcia.
Tymczasem okrutny i generalnie złośliwy sąsiad postanowił dziś zwołać kombajn, który z nim w zmowie haniebnej bywa, i skosić zboże ze swoich trzech pól. Dokładnie z trzech stron naszego domu.
Kombajn, bucząc radośnie, przemierzał przez kilka godzin, entuzjastycznie, wte i wewte tereny za naszym płotem. Częściowo przysłonięty siwą, rozciągającą się na pinsetkilometrów chmurą kurzu i pyłu. W wyniku czego parapety,okna i moskitiery wyglądają jak odrzwia stodoły.
Trzeci i Czwarty zachwyceni.
No dobra. Rozumiem to. Raz w roku nie zawsze wszak. Dobrze, że udało mu się to na raz. Ale dlaczego akurat po umyciu okien, a nie przed? W efekcie czego okna po jednym dniu znów są przed?
Nie narzekam, naprawdę. Jeno czasem zmęczenie materiału dopada takie, że chowam zużyte pampersy do lodówki, a na poduszki mówię pieluszki - gdzie są te zielone pieluszki z kanapy? - i wtedy takie kombajnowe działanie, z premedytacją, pod górkę, na chwilę wytrąca człeka z codziennie pracowicie dopieszczanej i dookreślanej równowagi.
Mój mówi: nie przejmuj się, bądź ponad to.

W domu różowo nam. Jeszcze w ciąży zarzekałam się przed kobitami z pracy, że gdzie ja i róż, no bez przesady, przecież nie będę jej na różowo odziewać! Tymczasem dziecię się rodzi i cóż, wpada w róż! Matka sama, jakby bez rozumu funkcjonowała, kupuje trzypaki body w trzech odcieniach tegoż. Ludzie przynoszą w prezencie różowe kiecki, skarpetki, dresiki. Otwieram szafę małej - róż bije po oczach, co więcej, bicie po oczach nie przeszkadza matce w ogóle.
Dziecko kąpane jest aktualnie w owalnej misce używanej do prania (bo wanienkę Czwarty zajechał, pękając ją swego czasu). Mówię zatem do Mego, wybierającego się akuratnie do miasta: kup różową wanienkę bo z miski dziecko wyrasta. A dlaczego różową? pyta znienacka Mój. Noo, nie wiem właściwie. Aha, to kupię niebieską może.

W niedzielę dziecko chrzczone będzie. Jakoś tak nam się data spodobała, bo jej imieniny i w ogóle. A dlaczego tak wcześnie chrzcicie? Ona ma dopiero trzy tygodnie - pytają życzliwi.  A dlaczego w ogóle chrzcicie, dlaczego nie pozwolicie jej samej zdecydować, jak już będzie świadoma? - pytają zaprzyjaźnieni Zielonoświątkowcy.
Odp nr 1 - A dlaczego nie? Jakoś tak w tradycji mamy, że chrzcimy dzieci pomiędzy 2 a 4 tygodniem życia. Niech sobie dzieć ma wcześnie zapewnioną profesjonalną ochronę duchową.
Odp nr 2. Taka nasza wiara i nie kłócę się z zasadami. Nawet jeśli niektórzy zarzucają, że zasady to ludzie ustalili, i bez sensu, i w ogóle. A przecież nie skazuję jej niczym, i nic nie jest na zawsze wszak. Córka póki co, decyzyjności swojej posiadać nie może. Nie zdecyduje sama, czy woli być karmiona piersią, czy butelką. Nie powie mi, że woli jednak Pampersy a nie te Dada, co to matka w Biedrze kupujesz. I tak samo nie powie nam, czy chce być ochrzczona, czy może jednak nie. Ale Chrzest to nie tatuaż, czy wycięcie nerki. Jeśli taka będzie jej wola, nie musi z wiarą katolicką zostać na zawsze. Przyjdzie czas, kiedy będzie mogła zdecydować i określić się duchowo. Możliwości będzie miała mnóstwo. Teraz ja odpowiadam za nią i, no cóż, narzucam jej wiele.

Córka ma trzy tygodnie i jeden dzień. I tyleż samo czasu matka funkcjonuje BEZ CZYTANIA. Widać można.
Ostatnio czytnęła coś tam w szpitalu i książka rozgrzebana leży, pod kalendarzem i książeczką zdrowia dziecka. Bo ważniejsze jest zapisanie na badanie bioderek, umówienie się z położną, umówienie się z lekarzem. Zakup witaminy D3 i K. Uzupełnienie zapasu pieluch, bo się kończą. Zakupienie białych rajstopek w rozmiarze 56, bo przecież córka na swoje chrzcielne święto kiecki wymaga, a kiecka z kolei rajstop.

Ale matka wróci.
Do czytania.
Zawsze wraca.

Ściskam Was :)

środa, 22 lipca 2015

Ciepło i łzy

Będzie ckliwie.

Siedzimy przy śniadaniu. Ja z Nusią na rękach, nakarmioną, przytuloną w pozycji spionizowanej - niby do odbicia, ale obie tak lubimy, najbliżej jak się da. Mój wstaje, cmoka mnie w policzek, cmoka dziecię w łapkę zaciśniętą na ramiączku mojej koszulki. Idzie ogarniać zwierzyniec. Zostajemy w kuchni same. Nusik wzdycha przez sen. Dotykam ustami jej aksamitnej główki, powtarzam po raz milionpięćsetny: Boże, dziękuję Ci za nią... a łzy, kap kap, moczą jej ciemne włoski, i zamazuje mi się nagle blat stołu, szafki, okno z firanką całą w pomarańczach, i świat cały; zostaję tylko ja, moje łzy i to ciałko z uszkiem tuż przy moim sercu.
I żeby nie było - mantrę Boże, dziękuję Ci... powtarzam przy każdym moim osobistym niemowlęciu, bo wdzięczność za słodycz, za rozczulającą bezradność, za zapach, za granatowe zdziwione oczka, za małe dłonie zaciskające się na palcu... taka wdzięczność rodzi się automatycznie, z każdym narodzonym dzieckiem.
Tutaj jeno zaimek "nią" posiada inny wymiar. Magiczny. Niedowierzający.
Choć przecież taki zwyczajny.



czwartek, 16 lipca 2015

Ania i reszta


Córka.
Wypowiadam to słowo z lubością, ze słodyczą, z miłością... a ono mi rośnie na języku, unosi się, obejmując umysł i całą osobowościową mnie, po czym opada mięciutko w oparach ciągłego niedowierzania, zapadając się i chowając w różowych dziewczęcych łaszkach, wśród pudrowych bodziaków, opasek z kokardką i różowych skarpetek w kwiatki, które kupiłam spontanicznie w ciąży, nie znając jeszcze płci dziecka. Po czym rozsyłałam fotkę skarpetek znajomym, kiedy już wiedziałam.
Córka.
Jest krucha, delikatna, jeszcze noworodkowo-szczuplutka, lekuchna.
Ma ciemne, aksamitne włoski na krągłym łepku.
Urodziła się szybko i ciuchutko. Otoczona obcymi sobie, ale życzliwymi ludźmi - bo położna rozgadała, że po czterech chłopcach rodzi się dziewczynka. Wzbudziłyśmy zainteresowanie. Czterech lekarzy (bo akurat kręcili się gdzieś w pobliżu), dwie położne, dwie pielęgniarki noworodkowe i salowa. Moje łzy, uściski od kobiecej części ekipy i wzruszenie tejże również.
Telefon do Mojego, z trochę jeszcze plączącym się po dolarganie językiem: "Noo cześć, kochanie. Jest Mikołaj!" - i chwila zwątpienia w słuchawce ;)
Później sobie z Nusią gwiazdorzyłyśmy na oddziale przez dwie doby, bo stałyśmy się rozpoznawalne.
W domu też gwiazdorzymy.
Nusia, w dziewiątej dobie życia pogwiazdorzyła sobie na sesji noworodkowej - jedną próbną fotką dzielę się z Wami.
Bracia żywo zainteresowani. Trzeci, z racji tego, że starszy i mądrzejszy, usiłował dociec, jak to się stało, że mama miała duży brzuch, potem gdzieś zniknęła, potem wróciła bez brzucha, z maluteńkim człowiekiem, który rzekomo w tym brzuchu przebywał. Mało tego: pija mleko z mamy piersi ("A którędy je sobie wlewasz do cycusia?"). Oraz, przy pierwszej komisyjnej kąpieli okazało się, że... o matulu...nie ma siusiaka!!! "A gdzie ona ma siusiaka, mamooo?", "A czy ja, gdy się urodziłem, też byłem taką małą dziewczynką bez siusiaka, mamooo??"
"Ja kocham tą małą dziewczynkę, mama. Ona jest taka słodka. Ona jest taka maluteńka." - to na szczęście Trzeci stwierdza najczęściej.
Czwarty skupia się na głaskaniu po łepku, pokazywaniu oka (już z coraz mniejszym zapędem do wciśnięcia onego do środka), ucha, noska, trzymania za małą łapkę.
Pierwszy, nasza rodzinna niania, nosi, gada, całuje.
Drugi, nasza rodzinna PSIA niania, stwierdza: mama, ja się jej trochę boję... Taki mały kosmita, nie?

Ogarniamy. Każdy dzień przynosi mnóstwo zadań, wzruszeń, spontanicznych decyzji, zapachów, uśmiechów, bieganiny ale i spokojnego karmienia dziecka na kanapie.

Bardzo BARDZO dziękuję za wszystkie miłe słowa, gratulacje, życzenia!

W Hoteliku sezon, więc kilka zdjęć Wam zostawiam i mknę dalej - spełniać się :)










niedziela, 5 lipca 2015

Oto i ona

Niniejszym donoszę szybciutko, że w czwartek - dokładnie 2 lipca i dokładnie o godzinie 14.00 zostałam mamą po raz piąty. 
Po raz pierwszy zaś mamą córki zostałam.
Parametry córki - to 3400 g i 55 cm.
Od wczoraj jesteśmy z córką w domu.
Ogarniamy nową rzeczywistość, która, póki co, sielankowa jest, i ciepła, i tętniąca wzruszeniami.
Córka, póki co, niespecjalnie zainteresowana całym zamieszaniem. Pije, śpi, rozczula i pachnie.
Więcej napiszę później. 
Na razie walczę z własną obowiązkowością i koniecznością zapewnienia wszystkim dzieciom tego, czego potrzebują. Oraz jako Matka Polka Karmiąca z nawałem mlecznym czwartej doby walczę.
Ściskam Was mocno.
A, no i jeszcze!

Córka ma na imię Ania.





sobota, 9 maja 2015

Uśmiechnięte dziewczyny


Czwartkowa wizyta u Doktora, Który Wie Wszystko.

"Taaa... proszę na fotel, zbadamy... jakieś dodatkowe dolegliwości? szyjka skrócona, rozwarcie takie, jak było, główka niziutko...czy to boli? nie? a tutaj? o, tu mogło zaboleć, tu jest główka, ja ją teraz delikatnie przesuwam (???!), jest niziutko, proszę się oszczędzać... Taaa... teraz proszę na usg, podejrzymy szybciutko serduszko... jest, widzi pani, bije ładnie, dziecko się teraz ruszyło, o, proszę, jak nam się ładnie pokazuje.. płeć znamy? No ja pani mówię teraz, że na 100...nie! na 200! procent jest dziewczynka, nie ma najmniejszych wątpliwości... Taaa....dziękuję, może się pani ubrać, piszemy receptę, proszę brać dalej luteinę, musi pani wytrzymać jeszcze te 6 tygodni, wcześniej lepiej nie rodzić, proszę się oszczędzać i starać się nie tracić już na wadze, wysokobiałkowe produkty musi pani jeść w dużych ilościach, dziękuję bardzo, wszystkiego dobrego, widzimy się za dwa tygodnie..."

Wcześniej w poczekalni rozmowa z czterdziestodwuletnią ciężarną: Ja: Tak, to będzie moje piąte dziecko... Miła, zadbana pani: O, a moje ósme. I każde takie wyczekane, kochane, prawda? Płciowo u mnie po połowie, a u pani? 

Trwamy w tym pięknym, choć "dolegliwym" ciążowym stanie, niejako w uniesieniu. Każda ciąża wywołuje we mnie spokojną euforię i niedowierzanie, że to we mnie ten cud, a ja w nim; że mój organizm wie, jak to uczynić, by wszystko było, jak należy, i dzieje się zupełnie poza moją kontrolą.Co więcej: jeżeli świadomie robię coś źle, to mnie tenże mój organizm do porządku przywołuje, każe usiąść, zwymiotować, zaczerpnąć powietrza, rozmasować łydkę... cokolwiek, byle komfort organizmu tworzącego się, a niekoniecznie mojego, poprawić.
Cudem dla mnie są też próby porozumienia się, ba! konfrontacji! organizmu tworzącego się ze światem zewnętrznym. Pamiętam, jaka byłam zaskoczona podczas ciąży z Trzecim, gdy dowiedziałam się, że od pewnego tygodnia ciąży dziecko dobrze słyszy. No co ono może słyszeć, myślę ja sobie, pod wodą niejako zanurzone, bulgotania jakieś najwyżej, szumy, bumbum sercowe. I tyle. Ale kiedy w 8 miesiącu ciąży pomagałam Memu montować metalową balustradę przy schodach naszego nowego domu, i Mój włączył wiertarkę kilkadziesiąt centymetrów od brzucha, a dziecko wewnętrzne, dotąd spokojne, wykonało skok o takim natężeniu, że ja zamarłam, a Mój osłupiały wpatrywał się w ciążowy nasz brzuch... i z niedowierzaniem dopytywał: to on od hałasu tak skoczył?? nic mu nie będzie?? dobrze się czujesz??... wtedy to pogląd mój na sprawę został zweryfikowany i teraz już wiem - i wierzę!, że dziecko w brzuchu również zasłania się rączkami, gdy brzuch potraktowany zostanie zbyt ostrym światłem.
Kobietka nasza ożywia się wyraźnie na głos swoich braci - zaczyna gwałtowniej przeciągać się, kiedy Trzeci lub Czwarty gramolą mi się ze śmiechem na kolana... Nie podejrzewam jej o chęć zrzutu braci na podłogę i zaklepania sobie już teraz nakolanowej miejscówki, chociaż kto wie -  wszak codziennie powtarzam , że z dziewczynkami doświadczenia nie mam ;) Podobnie reaguje, gdy w chwilach relaksu siadam z książką na kanapie, i w minutę na moich kolanach jest już kocisko jakieś - najczęściej Wenus, która mrucząc niemiłosiernie, wydrapuje sobie najsampierw miejsce na moich udach, po czym układa się wygodnie, grzejąc nas trzy.
Nadal ogarniam wyprawkę. Odkrywam rzeczy dla mnie nowe i zaskakujące, bowiem tak jak garderoba chłopców obejmuje najczęściej, z racji dużej aktywności tychże, najczęściej dresy, bawełniane bluzeczki, nieskomplikowane koszulki, trampki, itp., tak nagle, OMG!, z dziewczyńskim odzieniem już tak łatwo nie jest. Dziewczyńskie odzienie określa spójnik LUB. Bowiem do sukienki może taka istota założyć nie tylko rajstopy, ale i leginsy, do leginsów może być bluzeczka, ale i sukienka lub tunika, lub sweterek, lub baskinka...lub...lub.. lub... Spodnie mogą być spodniami, ale do nich cały szereg możliwości LUB. Na główkę zakładamy czapeczkę, bawełnianą, wełnianą, z daszkiem, lub kapelusik, lub opaskę, lub chusteczkę. LUB określa też wachlarz barw, których u chłopców nie ma - wachlarz szeroki jak horyzont, z koniecznością umiejętności dobrania odpowiednich. M-a-s-a-k-r-a po prostu.
Masakrują mnie też wieszaki sklepowe. Opatrzności dziękuję za dobre przyjaciółki me, które żeńskim odzieniem nas obdarowały i niczego jako tako kupować nie muszę, bowiem różnorodność i cenowość sklepowa w kwestii garderoby dla noworodków i niemowląt prowadzić może do zawału serca. Refleksja zaś też taka dopadła mnie, że gdym rodziła starszych synów, jakość aparatury do badań usg pozostawiała niekiedy sporo do życzenia, tak więc nie zawsze wiadomo było, jakaż płeć wyskoczy przy porodzie. Ubranka dziecięce były raczej nieskomplikowane i w dużej mierze UNIWERSALNE. Teraz czasy są takie, że płeć malucha znana jest na długo przed jego urodzeniem, więc producenci korzystają na tym, tworząc ubranka już mniej unisex - w sklepie masz stronę, półkę, wieszaki - osobno z "girl" i osobno z "boy". Uniwersalna jedna półeczka z odzieniem w barwie najczęściej białej lub kremowej nie powala na kolana wyglądem, powala za to cenowo. Najczęściej.
Tym samym nie wszystkie ubranka po Czwartym nadają się dla gwiazdy naszej, bowiem bodziaki z napisem "synuś mamusi" lub "super chłopak" mogłyby być pretekstem do posądzenia rodzicieli dziewczęcia o daleko idącą, wręcz upośledzoną chęć zademonstrowania opatrznie rozumianej tendencji gender.
Jednakowoż... mimo tychże pewnych niedogodności związanych z stawaniem się rodzicem dla dziecka innej niż do tej pory - płci, cieszę się ogromnie dziewczątkiem naszym.
No córunia, na szczęście jesteś ty, jesteśmy we dwie, bo zobacz, zobacz!!,  co się dzieje za oknem - rzekłam rano do Rzekomej, gdy z furgonetek zaczęli wysypywać się fachowcy: pięcioro dekarzy do dachu, murarz z pomocnikiem, elektryk z pomocnikiem, do tego w obejściu okołodomowym pięciu naszych własnościowych, prywatnych facetów. Czternaście chłopa na raz.
A ja się uśmiecham, i czuję, że wewnętrzne dziewczę podobnież.

sobota, 2 maja 2015

Zadania dla wszystkich

Pracowita międzyświateczna sobota. Nie mogło być inaczej.Pierwszy zabrał Trzeciego i Czwartego na spacer, Drugi z Mym ogarniają psy, ogród i wybiegi. Murarze co jakiś czas odpalają betoniarkę, bowiem rozbudowa hotelowych apartamentów nadal trwa. Długo i żmudnie, bo systemem gospodarczym ale widać, no widać powoli, co z tego będzie.
Prace porządkowe z najmłodszymi często wyglądają tak...:





...i nie chcą, pierony, zejść z jednokołowego pojazdu, w związku z czym muszą być niniejszym, na czas niektórych działań, ewakuowani.
Matka Polka Brzuchata rozpoczęła dziś akcję pod kryptonimem "Córka". Na balkonie różowo. Trzy pralki tych nieco większych ciuszków łopoczą na wietrze. Wyprasuję potem, pochowam, kartonik opiszę, że taki a taki rozmiar. Najmniejsze przygotuję na końcu.
Ludzie dobrej woli obdarowali sukienkami, sweterkami, dziewczyńskimi pajacykami i śpiochami. Kupić muszę jeno bodziaki jakieś, półśpiochy może. Najzwyklejsze bieliźniane.
Patrzę na mnogość barw z przewagą pasteli i różu i nie dowierzam, że to ja - ja piorę i przygotowuję takie ubranka, no takie właśnie. Ciągle mi się wydaje, że to nierzeczywistość jakaś. A gdy zdarzyło mi się w ostatnim czasie kupić kilka używanych ubranek od dziewczyńskiej mamy, pomyślałam - jak urodzę jednak chłopca, oddam dalej. 
To jednakowoż nie jest mój naturalny stan ciążowy - nosić pod sercem dziewczynkę malusią.
Ciążowo zaś czuję się bardzo. Bardzooo. Młoda rozpycha się niemożebnie, sprawdza wytrzymałość trzewi matczynych i z dumą prezentuje twardość tudzież ostrość kolanek i łokci. 
Ma swoje zadanie. Rosnąć. Dojrzewać jak pomidorek w lipcu.
W ten sposób kontaktuje się także z młodszymi braćmi, którzy przytulając się do mamy, odsuwają się niekiedy na moment, wzrok zdziwiony utkwiwszy na matczynym brzuchu - co to, mamo, co to było?
Historia się powtarza. Tak samo Czwarty zapowiadał się Trzeciemu - tu jestem bracie, upakowany jak drops w papierku... ale jestem.
Tak więc kolejne jestem w drodze. Jeszcze dwa miesiące.



sobota, 18 kwietnia 2015

Zmiana szablonu ;)


Wracam do świata żywych powoli i mozolnie. Bowiem choróbsko, które mnie dręczy ostatnio - mega nieznośny, nie dający się poskromić kaszel  - momentami do umarłości prawdziwej przybliża mnie! Wymioty, spanie na siedząco, brak tchu, oraz niemoc pierońska, to tylko czubeczek góry lodowej.
A leki zakazane, i tylko metody naturalne przez dochtorów zalecane są.
Bowiem tak. Tak jest rzeczywiście. Niektórzy poinformowani są, inni zaś zgadli bez żadnego problemu - jak? :D
Otóż spodziewamy się kolejnej pociechy. Piątej, gdyby ktoś przypadkiem rachubę stracił.
Pisałam nie tak dawno, że planowanego macierzyństwa koniec?  Pisałam. Że mus ciuszki wydać i zająć się wychowywaniem przynależnego, obecnego dobytku? No.
No to sobie tak pisałam, ale jak to w życiu bywa - plany swoją drogą, a przypadki różne - swoją. I tym to sposobem dwie kreseczki na teście ciążowym utwierdziły mnie w przekonaniu, że cokolwiek w życiu postanowisz, zawsze zostawiaj margines na tak zwane niespodzianki ;)
I żeby nie było - taka niespodzianka to zawsze rewelka! :)
Choć reakcje społeczeństwa bywają różne. Ci, którzy nas znają, wiedzą. Ze radość i normalna rzecz to u nas - choćby tych dziecków miało być i dziesięć. Ci, co nie znają albo złośliwość uaktywniają, komentują: Co, wpadliście? Kurczę, przerąbane.
Mój, nieodmiennie, na pytanie, czy planowane czy wpadka, odpowiada: w małżeństwie nie ma wpadek. W małżeństwie jest miłość.
Cieszę się, jak prosię w deszcz, choć ciężko mi momentami ogarnąć i domowe sprawy, i dzieciaki duże i małe, i typowo ciążowe dolegliwości, i teraz jeszcze ten kaszel. Bywam kompletnie wypruta z sił, mając wrażenie, że ręcą i nogą już nie ruszę. Do tego kilka pomniejszych zmartwień - podwyższone toxo od początku ciąży, ryzyko wad, gdzieś tam po drodze wynik usg i trochę za duży brzuszek dzidzi w porównaniu do reszty ciałka... Martwimy się, potem się uspokajamy, potem staramy się trwać w optymistycznym poczuciu szczęścia, bo tu kopniaczek mały, tu rytmiczne podskoki czkawkowe, albo kończyna wystawiona przez powłoki brzuszne, w oczekiwaniu na głask. I tak kroczek po kroczku idziemy do przodu, rośniemy, czekamy. Przewidywany termin spotkania - szczęśliwo-siódemkowy - 07.07.
A, no i jakoś tak się złożyło, nie wiem doprawdy jakim cudem, że dochtorów zdaniem, tym razem, dziewczę ma to być.
Cieszę się i boję jednocześnie :)

poniedziałek, 30 marca 2015

Szafa

Zadziwiające.
Mimo mego karygodnego zaniedbalstwa, którego to się trochę wstydzę, blog jednakowoż żyje. Żyje dzięki Waszym wpisom - lista po-boczna wszak aktualizuje się, i trochę dzięki mej skromnej sumienności w uzupełnianiu listy czytelniczej, oraz wartych uwagi cytatów z książek.
Ja wiem, to tak jest - czasem się jest bardziej, a czasem mniej w blogowym świecie. Rzeczywistość absorbuje, zaprząta, zabiera maksimum uwagi. Ciągle jednak mam w pamięci czasy, kiedy mogłam być tu częściej - i jak mnie to, ch.olerka, pomagało, trzymało, bawiło.
Czwarty kończy dziś dwa lata. Trójkowa data urodzenia - 30.03.2013. A to tak niedawno było, kiedy pytałam Was, czy Maciuś, czy Nikodem? ;) Upływ czasu raduje mnie i przeraża jednocześnie. Bo tak jak przy starszych chłopakach, przy ich aktualnych problemach, dylematach, oraz wobec sprawności w posługiwaniu się wszelakim sprzętem elektronicznym (mamaaa, naprawdę nie wiesz, jak pobrać sterowniki???) czujemy się bardzo adekwatnie, jak na swój wiek, tak na maluchach naszych testujemy proces sukcesywnego odmładzania się. Tarzania z nimi po dywanie, zachwycania się pierdółkami wszelkim, cudami zwyczajnymi. Zauważania rzeczy, których dorośli z reguły już nie widzą.
I tak się wszystko genialnie wyrównuje.
Hotelik tętni życiem. Wracamy na prostą, ostatnie tygodnie bowiem to czas wirusów, nie tylko ludzkich, ale i psich: zwierza kichały, kasłały, chrząkały. Przechodziły terapię odpornościową, niektóre antybiotykową.  Ograniczyliśmy przyjęcia nowych czworonogów. Dziś już pierwsze wakacyjne-świąteczne się zjechały. Mimo, że teren z utrudnieniami, bo prace budowlane - powiększanie hotelikowych apartamentów - w pełnym rozkwicie.
Z ludźmi relacje się jakoś poukładały. Gdzieś tam jest chłodniej, niż było, gdzieś kontakt nikły a jeszcze gdzieś - prawie normalny.
Mimo zimna, wiatru, deszczu, budowlanego bałaganu... chwilo trwaj.
Wszystko, co nas czeka, czego mamy doświadczyć, posortowane jest sensownie, ułożone w szafie życia, niczym sweterki, apaszki i ręczniki, Czasem w większym czy mniejszym nieładzie, czasem w równych rządkach, albo spontanicznie rozrzucone w szufladzie. Wyjmujesz...i masz. Zamykasz szafę, idziesz dalej.
W mojej szafie już od jakiegoś czasu nowa, pachnąca świeżością, tajemnicza półka.
Ale o tym później. Niedługo.
Póki co - słoneczko Wam ślę, jako i sobie również!

poniedziałek, 23 lutego 2015

Test na człowieka

Czasem, na widok niektórych psiaków przybywających do Hotelu, łzy kapią spontanicznie i zupełnie wbrew woli.
Zaniedbane, wychudzone, wygasłe zupełnie, nieufne, kulące się w sobie, przerażone.
Człowiek uczynił ich los nędznym i pozbawionym nadziei, gdzie właściwie tylko wczesna śmierć byłaby w stanie uwolnić je od cierpień. Wyciągane interwencyjnie z różnych miejsc trafiają do schronisk i przytulisk, a stamtąd - do nas. Najczęściej przez pierwsze dni jeszcze nie dowierzają - że ruch ręki nie oznacza bicia, że jedzenia jest pełna miska, że deszcz nie pada na głowę, a w razie chłodu można zakopać się w koc lub kołdrę. I że istnieje coś takiego jak... głaskanie, drapanie za uszyskami, a dłoń człowieka może być ciepła i czuła. Nawet wtedy gdy zakłada obrożę, opatruje rany  lub podaje nielubiany lek.
Od jakiegoś czasu współpracujemy z Fundacją zajmującą się adopcją amstaffów. Jak powszechnie wiadomo, jest to jedna z bardziej "groźnych" ras psich. Groźnych, bo taką ukształtował ją człowiek, i opinia publiczna. Żaden pies nie ma w swej naturze agresji, pojawia się ona tylko w sytuacji zagrożenia, i tylko wtedy, gdy została sztucznie, poprzez odpowiednie techniki behawiorystyczne i szkolenie wdrukowana w psychikę psa. Do ras, wobec których często te techniki się stosuje jest właśnie rasa "bullowatych". I tak jak w stosunku do człowieka psiaki te bywają najczęściej w porządku, tak niestety w stosunku do innych psów już sympatii tutaj nie ma.
Przed kilkoma dniami trafił do nas taki "amstaffowaty" ...hm..."potwór", który w koszmarnych warunkach uczony był wściekłej agresji po to, by uczestniczyć w widowiskowej akcji zagryzania się na śmierć. Szkolony dla tzw. walk psów. Spodziewaliśmy się brytana ociekającego śliną, umięśnionego, z dzikim obłędem w oczach. Tymczasem z auta wolontariuszki wyskoczył niepozorny, wystraszony, chudy, drobny psiak. W stanie fizycznym koszmarnym - przetarta skóra pozbawiona sierści, z licznymi bliznami na pysku, poszarpanymi uszami. Kupa nieszczęścia. Agresor. Z zalęknionym spojrzeniem przerażonych bladych oczu.
Pies dwuletni o wyglądzie dziesięcioletniego.
Nie mogłam powstrzymać łez.
Szybko okazało się, że pozytywnie zdaje test "na człowieka" i  "na dzieci" (jeszcze tego samego dnia z zaciekawieniem chodził za Trzecim i lizał go po ...rękawiczkach), i nawet na inne psy, choć oczywiście dla bezpieczeństwa zapoznanie odbyło się przez kraty. Nie skakał jednak, nie chciał zagryźć lub wyciągnąć przez "oczko" kraty jakiegokolwiek psa. Inne się emocjonowały, on nawet merdnął ogonem na jednego czy drugiego. Wiadomo, pobyt u nas nie będzie dla niego oznaczał wolności na wybiegu takiej, jak maja inne psy - luz cały dzień. Wszystkie asty puszczamy na wybieg same, pojedynczo. Jednak przykład tego brytana pokazuje, że nie można szufladkować, nie można skazywać z góry i czasem wystarczy odrobina zaufania. Piksel miał szczęście, człowiek nie zdołał go złamać i mimo, że w jego psychice może tlić się jeszcze mocne "nielubienie" innego psa, będzie miał za kilka miesięcy, gdy dojdzie do siebie, szanse na normalny dom.
"Test na człowieka". Wiem, że brzmi to dziwnie, zabawnie. Czasem, gdy psiak ma trafić już od nas do domu, nowi właściciele proszą: zróbcie test na dzieci ;) Odpowiadamy wtedy, że wszystkie psy w Hotelu mają na co dzień test na dzieci, bo nasze latorośle mają kontakt z wszystkimi zwierzami. Najzabawniej jest jednak, gdy trzeba wykonać "test na kota". Bo akurat w domu, do którego ma trafić nasz podopieczny, jest kocisko. Delikwent wprowadzany jest do domu i wtedy dwie nasze gwiazdy leniwie unoszą zaspane głowiny celem przekonania się, o co cały raban. Wenus najczęściej dostojnym, obrażonym krokiem udaje się na piętro, z fochem, że jakiś taki ... hmmm...  dziwoląg... z gatunku stojącego na pewno niżej w hierarchii ewolucyjnej śmie zakłócać jej spokój . Bibi natomiast podnosi się, siada spokojnie i z góry spogląda na testowanego; nie przeszkadza jej obwąchiwanie i obserwowanie, nawet poszczekiwanie. Gdy jest zbyt nachalne, delikwent otrzymuje z pazura strzała w nos.
Tak.
Test na kota wypada zawsze pozytywnie. Czasem z odrobiną krwi na nosie. Nie kota rzecz jasna.

Ferie trwają. W Hoteliku, oprócz bezdomniaków, kilka fajnych, stałych wakacjowiczów. Z tymi najprościej. Szaleją na swoim wybiegu, biegną oszczekać przejeżdżający traktor albo listonosza, cieszą się na wolontariuszy i smakołyki. Czasem trochę potęsknią, ale generalnie nie mają na to czasu. Nie pozwalamy im ;)

Psią i kocią łapką macham Wam :)




środa, 18 lutego 2015

Nienudna powtarzalność

"Ludzie rzadko są szczęśliwi, raczej szczęśliwi BYWAJĄ. Szczęście przychodzi, gdy nie ulegamy pragnieniom NAZBYT wygórowanym. Kiedy nie jesteśmy nazbyt chciwi i zachłanni. Jeśli potrafimy przyjąć do wiadomości, że NIE MOŻNA ani chcieć wszystkiego, ani mieć wszystkiego. Wtedy osiągamy ten upragniony wewnętrzny spokój. I POTRAFIMY CIESZYĆ SIĘ z tego, co OSIĄGALNE."

("Nigdy nie jest za późno", fragment rozmowy z prof. Wiesławem Łukaszewskim, "Twój Styl" nr ostatni,tj. marzec 2015)

No właśnie.
Chodził mi od jakiegoś czasu po głowie jakiś "ambitny" wpis, ale po lekturze ostatniego Twojego Stylu, i w ogóle w obliczu ostatnio dziejących się wydarzeń w moim życiu jakoś tak mi bliżej do zwyczajności i codzienności.
Tak się zastanawiam właściwie, nawiązując do fragmentu tej rozmowy, gdzie leży granica między tym, co rzeczywiście osiągalne w naszym życiu, a tym, co profesor Łukaszewski nazywa "zachłannością", wygórowanym pragnieniem? Gdzie w jego mniemaniu w takim razie umieścić popularne dziś hasła typu: Możesz Wszystko? Bo przecież skłania się nas do bezustannego poszukiwania, zdobywania, kupowania, przekraczania granic. Masz się rozwijać, pędzić gdzieś, realizować siebie, czerpać z życia pełnymi garściami.
No tak.
Tylko że wtedy chyba nie masz spokoju, i nie masz szczęścia. Bywasz szczęśliwa. Ale nie masz szczęścia na stałe. W szalonym biegu trudno ci je określić, skonkretyzować.
Zatem czy szczęście jest stagnacją? Jest małą stabilizacją? Osiągasz raz i masz na całe życie?

Trudne to dość i skomplikowane. Nie ma sensu się rozwodzić, bo każdy postrzega rzecz po swojemu.
Moje szczęście, czort wie, czy stałe, czy takie, które "bywa" (muszę przemyśleć ;), hula sobie po wszystkich kątach mojego domu, w załomkach muru na zewnątrz, w mniejszej i większej przestrzeni wybiegów psich, na drodze do lasu i między drzewami już w lesie. Takie, hm, szczęście lokalne.
Powtarzalne.
Wybrałam się wczoraj na spacer do lasu z najmłodszymi. Czwarty uwielbia długie spacery i może naprawdę długo "przebierać" niespełna dwuletnimi nożętami, nie odczuwając zmęczenia. Trzeci śmigał radośnie na ukochanej "biegówce". W samym już lesie natknęliśmy się na Mego, który wyprowadzał dwa hotelowe bezdomniaki, czyniąc przy okazji sesję zdjęciową do celów ogłoszeniowych - adopcyjnych. Psy, dzieci, słoneczna, ale dość chłodna aura. Wiosny ani kapki. Mimo słońca - same szarości i przybrudzenia. Pomyślałam sobie, że tak to się właśnie wszystko powtarza, z małymi szczegółami, ale... dziesięć lat temu też ganialiśmy często po lesie z dwojgiem chłopców w tym wieku, oni radośni, zarumienieni od zimna, z mokrymi i brudnymi rękawiczkami, bo przecież wszystkiego trzeba dotknąć... Tak samo rzucali garście zeschłych liści do sadzawki, nasłuchiwali stukania dzięcioła, rysowali patykiem po piaszczystej drodze. W tym samym lesie. W tych samych miejscach. Choć wtedy do lasu dojechać musieliśmy autem, no i psów, o zgrozo, nie było.
Życie się zmienia, lata upływają, ale tak, zdecydowanie! - szczęście to również powtarzalność.




poniedziałek, 5 stycznia 2015

Maki w zbożu

Nie no. Nie ma sensu.
Chciałam odświeżyć nieco facjatę bloga, wrzucić jakiś krajobraz zimowy w czołówkę... ale co to za zima, dziś pierwszy raz spadło trochę śniegu, który już zamienia się w brudo-białą zupę; ani to malownicze, ani ciekawe. Ostatnie dni jeszcze gorsze, na przemian silny wiatr z deszczem, trochę mrozu, a za chwilę roztopy i błoto po kolana.
Zostawię więc jednak te maki w dojrzewającym zbożu, co to mię tak urzekły latem.
Choć na wsi gadajo, że to zwykły chwast.

Wygląda na to, że nie wszystko, co piękne, jest pożądane i funkcjonalne.
Tak jak nie wszystkie wspaniałe relacje z ludźmi są szczere i czyste.
Przyszło nam ostatnio - Memu i mnie - spróbować porozwiązywać niektóre konflikty z ludźmi. Ot, taki kaprys, wymuszony trochę konkretnymi sytuacjami, ponaglony przez konieczność.
Konflikt - rzecz normalna i powszechna. Ludzie różnią się między sobą, mają odmienne zdania na pewne tematy, mają subiektywne opinie wyrażane dzięki takiemu a nie innemu podejściu do życia, czy też dzięki wcześniejszemu doświadczeniu. To jest więc naturalne, że czasem ta różnica zdań czy doświadczeń może spowodować pewien zgrzyt.
Ale choinka, przyznać muszę, ciężko z tym wyjaśnianiem.
Bo, dla przykładu, na sugestie typu: Kurczę, dlaczego powiedziałaś tak o nim? Użyłaś takich krzywdzących słów? Ja wiem, że możesz mieć swoje zdanie, ale tutaj akurat prawda jest inna, a ty nie chcesz jej nawet poznać... albo: Prosiłam cię w tym temacie o dyskrecję, szczególnie wobec jednej osoby, sama zresztą powiedziałaś, że ta osoba nie powinna o tym wiedzieć, ale wygadałaś jej to zaraz następnego dnia! reakcja jest taka, że się czepiamy, że po co drążymy, i w ogóle coś nam ciągle nie pasuje.
No nie pasuje, Nie pasuje układ: życzliwość w twarz, a w plecy nóż.
Na przykład.
I w  efekcie próba podjęcia konstruktywnej rozmowy na ten temat kończy się obrazą majestatu.

Też tak macie??? Bo to może my coś źle robimy?..

Doskonale zdaję sobie sprawę, że trudna rozmowa nie jest wygodna. Też za takową specjalnie nie przepadam. Generalnie ludzie wolą jakieś tam przyklepane pozory, niż konieczność podjęcia wysiłku wytłumaczenia, wyjaśnienia, może przyznania się do czegoś czy przeproszenia.
Nam też czasem ktoś coś zarzuca ale do tej pory raczej bywało tak, że człek się zastanawia: no faktycznie, źle to rozegrałam, coś tam chlapnęłam niepotrzebnie, przepraszam. Albo nie gada się, tylko stara coś naprawić. Albo się w duchu klnie, ale stwierdza jednocześnie: wredna rura baba (mój ulubiony tekst Luigiego z "Aut" ;) ale ma rację, niestety.
Staramy się nie stawać okoniem, tylko coś tam wytłumaczyć - bo czasami wystarczy się wybronić i już druga strona konfliktu zaczyna dostrzegać rzecz inaczej i utwierdzać się w przekonaniu, że złych intencji tu nie było.
Bywa że trzeba się ukorzyć i przeprosić. Albo nabrać pokory.
Tak czy tak stajemy się coraz ostrożniejsi w próbach rozwiązywania niełatwych spraw. Efektem tego jest ostatnio moja nieudolna próba wytłumaczenia czegoś Komuś ważnemu; nie wyjaśniłam w porę zostawiając to na później, nie przedstawiłam na gorąco swojej opinii i wątpliwości, i Ktoś dowiedział się o tym nie ode mnie bezpośrednio. Ale na szczęście Ktoś okazał się mądrzejszy.

Dziękuję P. za reakcję! Za to, że nie udawałaś, że nie wiesz. Dziękuję, że Ci zależy!

Wygląda na to, że są ludzie, z którymi można sobie coś wyjaśnić, i są tacy, z którymi poprzez takową próbę relacja może się jeszcze pogorszyć.
Kompletna paranoja!




piątek, 6 czerwca 2014

Niech cudowności nie umykają!

Trzeci i Czwarty uwielbiają spacery, najlepiej długie, najlepiej do lasu, i najlepiej z przygodami typu wieeelkie kałuże po drodze, czy też zające przecinające nam drogę.
Czwarty niezmordowany gna na małych girkach, niepomny na rodzicielskie wołania. Najczęściej próbuje dogonić Trzeciego - zmotoryzowanego, ale tylko tak dla fasonu, bo przecież "nie o to chodzi, by złapać króliczka, ale by goooonić go!".
W Hoteliku sezon zbiorowego linienia. Mój codziennie wynosi całe wory wyczesanego włosia, obłęd. Niektóre psiska pod starą, odchodzącą od ciała sierścią mają już piękną, czystobarwną. Szczególnie trikolorki wyglądają cudnie.
Zapytałam naszą blogową Miśkę, czy przypadkiem nie uchowały jej się gdzieś sandałki po Grzesiu, bo Trzeci i Czwarty nie "zgrali się" porami roku, jeśli chodzi o ciuchy (i buty) typowo letnie lub typowo zimowe. Sandałki po Trzecim są Czwartemu albo za małe, albo za duże.
Godzinę później Miśka dzwoni: Wysłałam ci sandałki!
Padłam ;)
Co za dziewczyna kochana!
Jestem po lekturze "Cmętarza zwieżąt" Kinga. Masssakra! Dreszcze miałam!
Przeczytałam w dwa dni i część nocy, nie dało się inaczej, rodzina była zmuszona zrozumieć i przeczekać. Na obiad były "Berlinki".
Choć czasem nie pasują mi u Kinga zakończenia. Lubię wiedzieć dokładnie, co i jak.
Dzień za dniem mija, czasem w sposób zwariowany, czasem całkiem spokojny.
Myślę sobie, marzę, dumam, coś tam mi się czasem nowego "urodzi", mam jakieś tam plany, które może zrealizuję, a może nie...
A Pawlikowska pisze: "Nie skupiaj swojej uwagi na szczycie góry, bo umknie ci mnóstwo cudowności, które znajdują się po drodze. Tuż obok ciebie. Przez cały czas."
I tego się trzymajmy!

 
 
 

poniedziałek, 5 maja 2014

Nie bawię się

Szukam w necie wzoru wniosku o urlop wychowawczy.
Bowiem tak właśnie postanowiłam, przy radosnej aprobacie młodszych członków rodziny, oraz przy - z ulgą - westchnieniu najstarszego: No tak, tak będzie najłatwiej.
Postanowiłam, że mnie nie zobaczą w robocie przez najbliższe co najmniej dwa lata.
Nie powiem, żeby to był taki hop siup! kamień z serca.
Bo owszem, tak, jest to najprostsze rozwiązanie, bez kombinowania, co z maluchami, bez rozeznania w kwestii opiekunek, bez szamotania się i tłuczenia głową o konieczność podejmowania obowiązków domowych i nie radzeniu sobie z nimi, no bo jak ogarnąć wszystko, kiedy nagle z dnia całego wypada ci dziewięć godzin. Bez wyrzutów sumienia, że zostawiam maluchy z rykiem (a zważywszy na ostatnie przywiązanie obojga do mamowej spódnicy...tfuuu...nogawki spodni...tak by pewnie bywało) i z własnym poczuciem dobrostanu psychicznego: że będę tam, gdzie mam być, gdzie moje miejsce, bo wszak najsampierw mamą jestem, a dopiero potem pracownikiem i realizatorem zawodu swego. Bez tęsknego spoglądania w okno biurowego pokoju - że oni TAM, a ja  tu, że coś przecież muszę, że chcę, że dzieci, i psy, i taras niepozamiatany a kołdry i koce psie niewytrzepane, niewymienione...
Ale... bowiem zawszeć to "ale" być musi - świecić oczami przed pracodawcą nie jest jakoś miło, choć rozmowę o takiej decyzji mojej mam dawno za sobą, i bardzo źle nie było. Samo wiecie jednakowoż, jak stereotypowo i zwyczajowo postrzegany jest tak długi "wypad" z zawodowej huśtawki - nie huśtasz się, nie bawisz, nie ma cię. Kit z zacofaniem  w kwestii przepisów prawnych, odwyknięciem od zawodowej rzeczywistości, od  takich a nie innych kontaktów z ludźmi, załatwiania miliona spraw, pewnością siebie i zręcznego poruszania się po niezmierzonych oceanach kontaktów niezbędnych do sukcesów w tej branży. Kit, bo to się da jakoś reanimować, jeżeli przyjdzie, i o ile przyjdzie na to czas. Gorzej z poczuciem naznaczenia, napiętnowania - to jest TA, co to świadomie daje się wkręcić w zacofanie. "A nie boisz się, że już potem nie dasz rady? Że nie wrócisz wcale?" Kochana, jeśli nie wrócę, to będzie to oznaczało, że znalazłam coś jeszcze bardziej SWOJEGO, i mogę sobie na to pozwolić. Tylko tyle.
Nie żebym się tym jakoś specjalnie przejmowała, ale spotykam się z zaskakującym niedowierzaniem, gdy odpowiadając na pytania lub spotykając się wręcz ze współczuciem mówię, że robię to, co lubię najbardziej, że uwielbiam być mamą, i być ze swoimi pociechami w domu, w sensie - z nimi, a teraz, gdy jeszcze te psiaki... to już w ogóle.... Nie wiem, nie jest to chyba standard, więc nie wierzą.
Mało ważne.
Najważniejsze jest to, że cieszę się z tego darowanego kawałka czasu przed sobą, bo to jest coś pięknego, kiedy sama mogę wyplątywać urwisy z piżam i ubierać je; kiedy wiem, jak zmienia się mój dom w różnych godzinach dnia, gdy słońce najpierw rano wita w kuchni, później nieśmiało zagląda do salonu, by popołudniami muskać zaledwie ramę okna od zachodniej strony, chowając się przy tym za drzewa...; kiedy wychodzę przed dom, kiedy tylko chcę i widzę zmieniające się wraz z upływem godzin barwy nieba...; kiedy mogę zaparzyć sobie kawę, kiedy chcę, porysować z Trzecim, porzucać piłkę z Czwartym, sprzątać, krzątać się, pichcić, prasować, nastawiać milionpięćdziesiąte pranie tego dnia... i nie myśleć! nie myśleć o papierach, decyzjach, pismach, ocenie kwartalnej, opinii asystenta rodziny, podpisie kierownika...
Czasem mam wrażenie, że w pracy biurowej, zamkniętej, bez chłonięcia powietrza... uciekło mi dużo życia. Że je jakoś tak, niezgodnie z naturą, zmarnowałam.
Choć przecież w gruncie rzeczy lubię tę pracę.
I nie zamartwiam się na razie tym, że nam się teraz dość porządnie sypnie finansowo. Pożyjemy zobaczymy.
Zgodnie z ustawowym nazewnictwem, zostaję zatem w domu co by syna najmłodszego "wychować", a przy okazji życiem rodzinnym się cieszyć i dobytek psi przydomowy wespół z Moim dopilnowywać.
13 czerwca, w piątek!!! - zaczynamy!
Headlong!



wtorek, 22 kwietnia 2014

Na full

I jeszcze kawałek świątecznego mazurka, do przedpołudniowej kawki, przy stole przykrytym lekko już zaplamionym obrusem w wielkanocne zajączki z palemkami.
 
Minęły nasze pierwsze nasze tak aktywne, zapracowane Święta. Zjechało się kilka, dokładnie 10 dodatkowych psów - z rezerwacjami uczynionymi dużo wcześniej. Popołudniami, w obydwa dni Świąt wybiegi zaroiły się od zwierzaków i ludziów - zaaferowani goście, tak nasi prywatni, jak i goście psiaków, które są pod opieką konkretnych fundacji bawili się z futrzastymi, częstowali smakołykami, zabierali na spacery do lasu, całowali i ściskali! W kącikach wybiegów, od czasu do czasu dostrzec można było Marcysię, wolontariuszkę pracującą ze "strachulcami" - jak nazywamy te najbardziej zalęknione i wycofane; cierpliwie wyciągała rękę, spokojnie przypinała smycz, siadała bokiem nie patrząc... i czasem prosiła nas, zerkając przez ażurowy płot, o różne dziwactwa typu: "Wpuśćcie mi tu szalonego Maksa, potrzebuję elementu rozproszenia!"
Wesoło, aktywnie, głośno.
Spokojnie też było - od rana, gdyśmy krzątali się po obejściu czy domu, wygłupiali z dzieciakami, podjadali... no i wieczorem, kiedy psy spały zmordowane, poprzytulane do siebie, a my sprzątaliśmy taras i wybiegi, ogarnialiśmy maluchy i cieszyliśmy pogodą, tym wieczornym ciepłem po dobrze spędzonym dniu.
 
Dziś i jutro większość psiaków wyjedzie, zostaniemy znów z tymi bidami naszymi bezdomnymi i dwójką czy trójką "komercyjnych". A za parę dni i tak się to pewnie zmieni, ktoś znajdzie domek, ktoś wróci z nieudanej adopcji, ktoś inny dojedzie interwencyjnie i będzie się adaptował do codzienności hotelowej.
Jak tylko uda mi się przysiąść, dokształcam się samorzutnie;) Książek nakupiłam, nie powiem, z przyjemnością. Jeszcze trochę, jeszcze ociupinkę, Czwarty podrośnie i więcej będę mogła zrobić, poudzielać się, popracować z psiakami, które nie są jeszcze do adopcji gotowe, lubię to bardzo, patrzeć, jak psisko powoli powolutku nabiera zaufania, nie ucieka, stoi w miejscu, czai się, żeby powąchać dłoń, ale jeszcze nie jest gotowe, podchodzi wolno do rzuconego smakołyku... a kontakt wzrokowy? ach, szczyt marzeń i pełnia szczęścia, kiedy choć przez ułamek sekundy zwierz spojrzy, "ślizgnie" wzrokiem zaledwie...
Mamy kilka sukcesów na swoim koncie, więc to mobilizuje straszliwie!
 
I jakże w tej sytuacji wrócić mam do codzienności biurowej? Dać się zamknąć na 9 prawie godzin, z dala zupełnego...?
No nie da się.
Napiszę o tym, napiszę!
 
Póki co zmykam, bowiem Czwarty już zbudzony, podwórko zalane słońcem, a  obowiązków sporo!
 
A, i jeszcze jedno. Całkiem niespodziewanie, bez przyczyny i miejmy nadzieję, już bezpowrotnie zakończył się "doopny" problem ;)
 
Ściskam Was!
 
 

niedziela, 30 marca 2014

Roczniak

 
No i mamy Roczniaka!
Rok temu o tej porze była Wielka Sobota.
Przygotowałam chłopakom koszyczek do Święconki.... i pojechałam.
Po kilku godzinach urodził się On.
 
Pięknego życia, Synu! 
 
 
 
 
 


poniedziałek, 24 marca 2014

Hotelikowo

Mój przemierza podwórko przed domem, a za nim podąża kilkanaście sztuk ogoniastych zwierzów. Część stada.
Niesamowity to widok. Psiska cieszą się, plączą mu się pod nogami, skaczą, wywijają ogonami, domagają się czułości, zabawy.

Niektórzy ciągle nie dowierzają, że Hotelik funkcjonuje na zasadzie wolnego wybiegu i większość psów biega luzem, nie rzucając się na siebie przy byle okazji. Te, które musza być zamknięte z różnych względów (nie lubią innych psów, boją się, są chore, w pogoni za przygodą przeskakują płot, itp.) są wypuszczane cyklicznie lub biegają w mniejszej zagrodzie. Kiedy trafia do nas nowy pies, czy to adopcyjny, czy "od ludzi", testujemy go z innymi, w różnych kombinacjach, i z reguły bardzo szybko wiadomo, kto z kim się lubi, a kto kogo może chcieć "ustawić".

Czasem nie dowierzamy, że to wszystko się dzieje, że podporządkowaliśmy zwierzakom całą swoją codzienność, że nie mamy "wolnego", nie możemy razem nigdzie wyjechać, dotrzeć w pełnym składzie na imprezy rodzinne... ale jednocześnie nigdy chyba nie czuliśmy się bardziej na swoim miejscu. Dużo już wiemy, potrafimy, ale jeszcze więcej do nauczenia przed nami, doświadczenie wielkie do zebrania. Ciągle ktoś się u nas przewija, przyjeżdżają fundacje, stowarzyszenia, weterynarze, wolontariusze z przytulisk, ludzie prywatni zostawiający nam pod opieką swojego pupila lub chcący adoptować jakąś bezdomną bidę.. Futrzaki są tak przyzwyczajone, że cieszą się na widok każdego ludzia z osobna, i całych grup też... śmiejemy się, że choć czasem trzydziestka psiaków na stanie, to każdy złodziej zostałby przywitany wesołymi skokami, ogona merdaniem, zachęcaniem do zabawy.

Pożegnania są trudne - bezdomniaki wyjeżdżające do swoich domów żegnamy niekiedy z łzą w oku, myśli się potem o nich, wspomina, ale jednocześnie obecna jest świadomość, że jadą po lepsze życie, do domu, na kanapę. Trudniej jest z psami odchodzącymi na zawsze. W czasie 10 miesięcznej działalności Hoteliku pożegnaliśmy w ten sposób trzy psiaki, które przegrały żmudną walkę o życie.

Latorośle przyzwyczajone, zaangażowane. Drugi, najogromniejszy zwierzolub, deklarujący już teraz chęć studiowania weterynarii, udziela się najwięcej, i też on jest najczęściej na fotkach promujących jakiegoś czworonoga. Trzeci też chce pomagać, najlepiej jak umie - nosi puszki z karmą, podaje miski, trzyma szczeniaki. Szczeniaki to jest w ogóle jego ulubiony typ, i z nimi - i z Trzecim - bywa najtrudniej przy adopcjach. Ostatnio jakoś tak się złożyło, że był obecny podczas całej procedury - Mój wyjechał, Ania z fundacji nie zdążyła dotrzeć, tak  więc sama wydawałam malucha... Wypisywałam umowę adopcyjną, rozmawiałam z ludźmi, którzy trzymali sunię, a Trzeci wył mi w rękaw - "Mojaaaa Figaaaa, mojaaaa...Kooocham Figęęę...". Pocieszyło go nieco trzymanie Figi na rękach do końca oraz przyniesienie reszty szczeniąt na godzinę do domu.
Większość bezdomniaków otrzymuje od nas nie tylko czułość, opiekę, karmę, kocyk, ciepełko, ale też imię. To jest dopiero zabawa!
Najfajniej wypowiadanie imion przychodzi Trzeciemu. Zna je wszystkie, bardzo szybko zapamiętuje, nawet imiona tych psiaków, które są u nas na wakacjach przez kilka dni lub sam weekend. Ostatnio ubaw mieliśmy dzięki cudnemu labradorowi o "gwiazdorskim" imieniu Kurt. Trzeci wypowiadał je jako "Kuj". A że Kuj uwielbia zabawę z dziećmi i szaleje na punkcie piłeczek, które chłopaki mu rzucają do aportu, Trzeci wypowiada jego imię milion razy dziennie. "Mamaaaaa, wołaj Kujaaaa..."  - drze się na przykład na cały głos. Wyobrażam sobie, jak to "Kuj" może być słyszalne, i cieszę się, że nie mamy sąsiadów! A środowiska zwierzowe już się przyzwyczaiły ;)

Pozdrawiam Was ze Zwierzakowa, jak zawsze cieplutko!


Na fotce Benio. Już w swoim domku.

niedziela, 16 marca 2014

Nauczyli

Kiedy okazało się, że jestem w ciąży z Trzecim, słyszałam różne komentarze. Oprócz tych mniej lub bardziej pozytywnych, także te odnoszące się do dużej różnicy wieku między Trzecim a starszymi synami, którzy mieli wówczas 11 i 9 lat. "Ooo... oni ci go dopiero nauczą..." - słyszałam sarkastyczno-kpiarski, przesycony pewnością prawdziwości tych słów ton - na przykład.
Ale niby czego mają go nauczyć? myślałam sobie w międzyczasie, biegając między starym mieszkaniem a budowanym nowym domem, w przerwie między wizytami u lekarza, wywiadówkami w szkole, spotkaniami, zakupami, w domu, na spacerach i w kościele.
Zwyczajowo chyba...nie wiem...przeklinania? "Fakju" pokazywania?
Pierwszy i Drugi, z racji takiej a nie innej organizacji życia domowego, angażowania się w rozwój rodzinnego przedsięwzięcia, mnogości najróżniejszych obowiązków, zajmują się młodszymi braćmi... no dużo. Zabawiają, karmią, wyprowadzają na spacery. Czasem z większą, a czasem mniejszą ochotą - ale nie psioczą, nie buntują się, nie krzyczą, że świat jest niesprawiedliwy. Na szczęście.   
No ale Trzeciego nauczyli, hmmm.
Mówienia proszę (pooochę mamo!), dziękuję (kunuję!) i przepraszam (lasiam!). 
Opowiadania treści przeczytanych książeczek w sposób logiczny, choć jeszcze nie zawsze gramatyczny. Nazywania zwierząt, owoców, warzyw.
Liczenia do 10, oraz prostego dodawania i odejmowania. Cyfry nazywane są po polsku, niektóre także po angielsku.
Nazw większości literek - co jest efektem uwielbienia przez Trzeciego gry w Scrabble - najczęściej wozi literki w autkach lub układa na planszy, gdzie potrafi złożyć proste słowa, jak "kot", "mama".
Bezbłędnego rozpoznawania kolorów i nazywania ich wszystkich... po angielsku! Wezwani na dywanik synowie oświadczyli, że jakoś tak "samo wyszło", poza tym łatwiej powiedzieć "łed, głin i blu" niż "czerwony, zielony i niebieski", prawda mamo?  Tak więc mamy łed jabłuszka, głin wagony i blu czapeczkę. Moje rozpaczliwe próby uratowania ojczystego języka i zakodowania go w świadomości syna dały efekt mianowicie taki, że wczoraj po kąpieli dziecię zadeklarowało chęć wytarcia się "jeloł-ziółtym lęćnikiem". 
Ten jakże haniebny proceder edukacyjny, stosowany przez moje starsze latorośle, a zmierzający w sposób nieunikniony do demoralizacji młodszego rodzeństwa, osiągnął rozmiary zatrważające i wysoce niepokojące w chwili, kiedy to przed godziną Trzeci skomentował moją blu koszulkę jako "chajną" (fajną), po czym wskazał, nazwał i z aprobatą przyjął nadrukowaną na niej cyfrę 7, oraz policzył wszystkie literki "o" (z wymową polską i "oł" angielską) w nadruku tegoż ciucha. 
 
                       

środa, 12 lutego 2014

chaotycznie o tu i teraz

Dobra.
Poskładane, zapakowane, niektóre zafoliowane.
Dziecięce, niemowlęce ubranka.
Część do oddania, bo pożyczone, część już w dobrych ręcach Kubusiowej mamy, która Kubusia owego jeszcze pod serduszkiem swym trzyma.
I, jak już Best Friend również była łaskawa stwierdzić - co? To koniec? Tak po prostu koniec dzidziusiowania, kołysania, przytulania,stópek całowania...? W sumie, obiektywnie rzecz biorąc, dzieci jest czworo, więc sobie możesz, mamo wiecznie niespełniona, całować te stópki choćby do końca twych dni.
Heh.
Całować - do rozmiaru powiedzmy 28. Bo takie 44 (osiąg Pierwszego), to ja, przepraszka, niespecjalnie chętna.
Tak czy tak, świadomego i planowanego macierzyństwa koniec. Mus zająć się teraz tym dobytkiem, który jest, wykształcić, na ludzi wyprowadzić, niektórych do przedszkola najsampierw posłać, chodzić nauczyć... Choć Mój powiada, że jak już czworo jest, to i sześcioro i - buahahaha - ośmioro może być, żadna to dla niego różnica, gromadka jest tak czy tak.
Ale czasem, szczególnie wieczorami, wymięka. Wraca od psiaków zmęczony, najczęściej akurat w porze przed-sennej krzątaniny...bo maluchy do kąpieli, kolacja tudzież mleczko, siusiu, bajeczka, książeczka i nyny... Zakasuje rękawy i bez zbędnych pytań bierze się do pierwszej najpilniejszej czynności, żeby sprawniej, szybciej, nienerwowo... i czasem, przy wspólnych dziecko-zajęciach, najczęściej w łazience, gdy jeden maluch jeszcze w wannie, drugi wycierany, kremowany, w piżamkę pakowany, zagaduje: może film obejrzymy? na tarasie posiedzimy? do zwierzów na chwile pójdziemy? I ja wtedy: tak, tak, jasne... Ale potem okazuje się, że właściwie prasowania cały stos, albo z sypialni głosik jakiś dobywa się jeszcze, niby w słodkim śnie pogrążony ale jednakowoż nie na tyle, by czujność utracić...albo psisko jakieś wymaga większej uwagi i on sam dłużej z nim posiedzieć musi, uspokoić niespokojnych, posprzątać nieopatrzne siku na legowisku... albo też starszemu naszemu któremuś przypomina się rzecz niecierpiącazwłoki - mamo, pomóż, bo to, bo tamto, a miałaś mi poszukać niebieskiej koszulki, a obiecałaś pomóc...
I tak to jest.
Dobrze jest.
Pierwszy ostatnio został przez kilka godzin z Czwartym. Mieliśmy wiele spraw do załatwienia w mieście, zakupy, psiaka do weterynarza - na prośbę fundacji, jakieś formalności, papiery... Zabraliśmy ze sobą Trzeciego, a Pierwszy i Drugi na stanowisku - co do Czwartego, i co do dobytku Hotelowego.
Psiak choruje okrutnie, chudnie, kostkami samymi grzechoce, nowotwór, anemia, i co tam jeszcze... jedna lecznica bezradna, więc diagnozowanie w drugiej... W samej przychodni półtorej godziny! Potem reszta. Zeszło ponad 5 godzin. Starsi już nieraz zostawali z niemowlęcymi braćmi więc nic nowego. Ale TEGO jeszcze nie było! Telefon - dzwoni Pierwszy. Mamo - on robi kupę!!! Przewijanie z siku - bywało. Kupa natomiast, jako substancja skażona i promieniotwórcza, jest z reguły omijana przez nastolatków naszych łukiem szerokim. Nic nie poradzisz, musisz go przewinąć, nam jeszcze trochę zejdzie... No więc we dwoje, uzbrojeni w foliowe reklamówki, chusteczki nawilżane, ręczniki (??) zabrali się do operacji, no i co, i dali radę. Mamo, zrobiliśmy to! Ale pampersa chyba założyłem mu tyłem do przodu, trudno, tak musi mieć, gna po raku jak zwykle więc chyba nie zauważył...

Tak mnie trzyma, i cieszy, i ładuje to rodzinne tu i teraz. Lubię wspominać, i myślę o przyszłości ale są to zaledwie okruchy świadomości - siłę daje mi dzisiaj, teraz, spokój i zamieszanie, radość i zmęczony "oklap". Garstka uśmiechów, filiżanka kawy, jakiś sms. Raczkujące stworzenie w zabawnych rajstopkach z samolotem na pupie. Wesoły Dwuipółlatek, wymawiający "si" jako "ch", więc: "Mamo, mamo, pać, Pucha (Pusia) i Michu (Misiu)!" Albo: "Moje ato, moje - Kamicha!" (auto Kamisia ;)

"Rób to co kochasz
i rób to z miłością
a będziesz kim zechcesz"
(Beata Pawlikowska)

Wielgachnymi krokami, nieubłaganie, zbliża się termin powrotu Matki Polki do pracy. I trwa burza mózgów - co uczynić, i w jaki sposób, żeby było dobrze. Dla wszystkich.