sobota, 18 kwietnia 2015

Zmiana szablonu ;)


Wracam do świata żywych powoli i mozolnie. Bowiem choróbsko, które mnie dręczy ostatnio - mega nieznośny, nie dający się poskromić kaszel  - momentami do umarłości prawdziwej przybliża mnie! Wymioty, spanie na siedząco, brak tchu, oraz niemoc pierońska, to tylko czubeczek góry lodowej.
A leki zakazane, i tylko metody naturalne przez dochtorów zalecane są.
Bowiem tak. Tak jest rzeczywiście. Niektórzy poinformowani są, inni zaś zgadli bez żadnego problemu - jak? :D
Otóż spodziewamy się kolejnej pociechy. Piątej, gdyby ktoś przypadkiem rachubę stracił.
Pisałam nie tak dawno, że planowanego macierzyństwa koniec?  Pisałam. Że mus ciuszki wydać i zająć się wychowywaniem przynależnego, obecnego dobytku? No.
No to sobie tak pisałam, ale jak to w życiu bywa - plany swoją drogą, a przypadki różne - swoją. I tym to sposobem dwie kreseczki na teście ciążowym utwierdziły mnie w przekonaniu, że cokolwiek w życiu postanowisz, zawsze zostawiaj margines na tak zwane niespodzianki ;)
I żeby nie było - taka niespodzianka to zawsze rewelka! :)
Choć reakcje społeczeństwa bywają różne. Ci, którzy nas znają, wiedzą. Ze radość i normalna rzecz to u nas - choćby tych dziecków miało być i dziesięć. Ci, co nie znają albo złośliwość uaktywniają, komentują: Co, wpadliście? Kurczę, przerąbane.
Mój, nieodmiennie, na pytanie, czy planowane czy wpadka, odpowiada: w małżeństwie nie ma wpadek. W małżeństwie jest miłość.
Cieszę się, jak prosię w deszcz, choć ciężko mi momentami ogarnąć i domowe sprawy, i dzieciaki duże i małe, i typowo ciążowe dolegliwości, i teraz jeszcze ten kaszel. Bywam kompletnie wypruta z sił, mając wrażenie, że ręcą i nogą już nie ruszę. Do tego kilka pomniejszych zmartwień - podwyższone toxo od początku ciąży, ryzyko wad, gdzieś tam po drodze wynik usg i trochę za duży brzuszek dzidzi w porównaniu do reszty ciałka... Martwimy się, potem się uspokajamy, potem staramy się trwać w optymistycznym poczuciu szczęścia, bo tu kopniaczek mały, tu rytmiczne podskoki czkawkowe, albo kończyna wystawiona przez powłoki brzuszne, w oczekiwaniu na głask. I tak kroczek po kroczku idziemy do przodu, rośniemy, czekamy. Przewidywany termin spotkania - szczęśliwo-siódemkowy - 07.07.
A, no i jakoś tak się złożyło, nie wiem doprawdy jakim cudem, że dochtorów zdaniem, tym razem, dziewczę ma to być.
Cieszę się i boję jednocześnie :)

poniedziałek, 30 marca 2015

Szafa

Zadziwiające.
Mimo mego karygodnego zaniedbalstwa, którego to się trochę wstydzę, blog jednakowoż żyje. Żyje dzięki Waszym wpisom - lista po-boczna wszak aktualizuje się, i trochę dzięki mej skromnej sumienności w uzupełnianiu listy czytelniczej, oraz wartych uwagi cytatów z książek.
Ja wiem, to tak jest - czasem się jest bardziej, a czasem mniej w blogowym świecie. Rzeczywistość absorbuje, zaprząta, zabiera maksimum uwagi. Ciągle jednak mam w pamięci czasy, kiedy mogłam być tu częściej - i jak mnie to, ch.olerka, pomagało, trzymało, bawiło.
Czwarty kończy dziś dwa lata. Trójkowa data urodzenia - 30.03.2013. A to tak niedawno było, kiedy pytałam Was, czy Maciuś, czy Nikodem? ;) Upływ czasu raduje mnie i przeraża jednocześnie. Bo tak jak przy starszych chłopakach, przy ich aktualnych problemach, dylematach, oraz wobec sprawności w posługiwaniu się wszelakim sprzętem elektronicznym (mamaaa, naprawdę nie wiesz, jak pobrać sterowniki???) czujemy się bardzo adekwatnie, jak na swój wiek, tak na maluchach naszych testujemy proces sukcesywnego odmładzania się. Tarzania z nimi po dywanie, zachwycania się pierdółkami wszelkim, cudami zwyczajnymi. Zauważania rzeczy, których dorośli z reguły już nie widzą.
I tak się wszystko genialnie wyrównuje.
Hotelik tętni życiem. Wracamy na prostą, ostatnie tygodnie bowiem to czas wirusów, nie tylko ludzkich, ale i psich: zwierza kichały, kasłały, chrząkały. Przechodziły terapię odpornościową, niektóre antybiotykową.  Ograniczyliśmy przyjęcia nowych czworonogów. Dziś już pierwsze wakacyjne-świąteczne się zjechały. Mimo, że teren z utrudnieniami, bo prace budowlane - powiększanie hotelikowych apartamentów - w pełnym rozkwicie.
Z ludźmi relacje się jakoś poukładały. Gdzieś tam jest chłodniej, niż było, gdzieś kontakt nikły a jeszcze gdzieś - prawie normalny.
Mimo zimna, wiatru, deszczu, budowlanego bałaganu... chwilo trwaj.
Wszystko, co nas czeka, czego mamy doświadczyć, posortowane jest sensownie, ułożone w szafie życia, niczym sweterki, apaszki i ręczniki, Czasem w większym czy mniejszym nieładzie, czasem w równych rządkach, albo spontanicznie rozrzucone w szufladzie. Wyjmujesz...i masz. Zamykasz szafę, idziesz dalej.
W mojej szafie już od jakiegoś czasu nowa, pachnąca świeżością, tajemnicza półka.
Ale o tym później. Niedługo.
Póki co - słoneczko Wam ślę, jako i sobie również!

poniedziałek, 23 lutego 2015

Test na człowieka

Czasem, na widok niektórych psiaków przybywających do Hotelu, łzy kapią spontanicznie i zupełnie wbrew woli.
Zaniedbane, wychudzone, wygasłe zupełnie, nieufne, kulące się w sobie, przerażone.
Człowiek uczynił ich los nędznym i pozbawionym nadziei, gdzie właściwie tylko wczesna śmierć byłaby w stanie uwolnić je od cierpień. Wyciągane interwencyjnie z różnych miejsc trafiają do schronisk i przytulisk, a stamtąd - do nas. Najczęściej przez pierwsze dni jeszcze nie dowierzają - że ruch ręki nie oznacza bicia, że jedzenia jest pełna miska, że deszcz nie pada na głowę, a w razie chłodu można zakopać się w koc lub kołdrę. I że istnieje coś takiego jak... głaskanie, drapanie za uszyskami, a dłoń człowieka może być ciepła i czuła. Nawet wtedy gdy zakłada obrożę, opatruje rany  lub podaje nielubiany lek.
Od jakiegoś czasu współpracujemy z Fundacją zajmującą się adopcją amstaffów. Jak powszechnie wiadomo, jest to jedna z bardziej "groźnych" ras psich. Groźnych, bo taką ukształtował ją człowiek, i opinia publiczna. Żaden pies nie ma w swej naturze agresji, pojawia się ona tylko w sytuacji zagrożenia, i tylko wtedy, gdy została sztucznie, poprzez odpowiednie techniki behawiorystyczne i szkolenie wdrukowana w psychikę psa. Do ras, wobec których często te techniki się stosuje jest właśnie rasa "bullowatych". I tak jak w stosunku do człowieka psiaki te bywają najczęściej w porządku, tak niestety w stosunku do innych psów już sympatii tutaj nie ma.
Przed kilkoma dniami trafił do nas taki "amstaffowaty" ...hm..."potwór", który w koszmarnych warunkach uczony był wściekłej agresji po to, by uczestniczyć w widowiskowej akcji zagryzania się na śmierć. Szkolony dla tzw. walk psów. Spodziewaliśmy się brytana ociekającego śliną, umięśnionego, z dzikim obłędem w oczach. Tymczasem z auta wolontariuszki wyskoczył niepozorny, wystraszony, chudy, drobny psiak. W stanie fizycznym koszmarnym - przetarta skóra pozbawiona sierści, z licznymi bliznami na pysku, poszarpanymi uszami. Kupa nieszczęścia. Agresor. Z zalęknionym spojrzeniem przerażonych bladych oczu.
Pies dwuletni o wyglądzie dziesięcioletniego.
Nie mogłam powstrzymać łez.
Szybko okazało się, że pozytywnie zdaje test "na człowieka" i  "na dzieci" (jeszcze tego samego dnia z zaciekawieniem chodził za Trzecim i lizał go po ...rękawiczkach), i nawet na inne psy, choć oczywiście dla bezpieczeństwa zapoznanie odbyło się przez kraty. Nie skakał jednak, nie chciał zagryźć lub wyciągnąć przez "oczko" kraty jakiegokolwiek psa. Inne się emocjonowały, on nawet merdnął ogonem na jednego czy drugiego. Wiadomo, pobyt u nas nie będzie dla niego oznaczał wolności na wybiegu takiej, jak maja inne psy - luz cały dzień. Wszystkie asty puszczamy na wybieg same, pojedynczo. Jednak przykład tego brytana pokazuje, że nie można szufladkować, nie można skazywać z góry i czasem wystarczy odrobina zaufania. Piksel miał szczęście, człowiek nie zdołał go złamać i mimo, że w jego psychice może tlić się jeszcze mocne "nielubienie" innego psa, będzie miał za kilka miesięcy, gdy dojdzie do siebie, szanse na normalny dom.
"Test na człowieka". Wiem, że brzmi to dziwnie, zabawnie. Czasem, gdy psiak ma trafić już od nas do domu, nowi właściciele proszą: zróbcie test na dzieci ;) Odpowiadamy wtedy, że wszystkie psy w Hotelu mają na co dzień test na dzieci, bo nasze latorośle mają kontakt z wszystkimi zwierzami. Najzabawniej jest jednak, gdy trzeba wykonać "test na kota". Bo akurat w domu, do którego ma trafić nasz podopieczny, jest kocisko. Delikwent wprowadzany jest do domu i wtedy dwie nasze gwiazdy leniwie unoszą zaspane głowiny celem przekonania się, o co cały raban. Wenus najczęściej dostojnym, obrażonym krokiem udaje się na piętro, z fochem, że jakiś taki ... hmmm...  dziwoląg... z gatunku stojącego na pewno niżej w hierarchii ewolucyjnej śmie zakłócać jej spokój . Bibi natomiast podnosi się, siada spokojnie i z góry spogląda na testowanego; nie przeszkadza jej obwąchiwanie i obserwowanie, nawet poszczekiwanie. Gdy jest zbyt nachalne, delikwent otrzymuje z pazura strzała w nos.
Tak.
Test na kota wypada zawsze pozytywnie. Czasem z odrobiną krwi na nosie. Nie kota rzecz jasna.

Ferie trwają. W Hoteliku, oprócz bezdomniaków, kilka fajnych, stałych wakacjowiczów. Z tymi najprościej. Szaleją na swoim wybiegu, biegną oszczekać przejeżdżający traktor albo listonosza, cieszą się na wolontariuszy i smakołyki. Czasem trochę potęsknią, ale generalnie nie mają na to czasu. Nie pozwalamy im ;)

Psią i kocią łapką macham Wam :)




środa, 18 lutego 2015

Nienudna powtarzalność

"Ludzie rzadko są szczęśliwi, raczej szczęśliwi BYWAJĄ. Szczęście przychodzi, gdy nie ulegamy pragnieniom NAZBYT wygórowanym. Kiedy nie jesteśmy nazbyt chciwi i zachłanni. Jeśli potrafimy przyjąć do wiadomości, że NIE MOŻNA ani chcieć wszystkiego, ani mieć wszystkiego. Wtedy osiągamy ten upragniony wewnętrzny spokój. I POTRAFIMY CIESZYĆ SIĘ z tego, co OSIĄGALNE."

("Nigdy nie jest za późno", fragment rozmowy z prof. Wiesławem Łukaszewskim, "Twój Styl" nr ostatni,tj. marzec 2015)

No właśnie.
Chodził mi od jakiegoś czasu po głowie jakiś "ambitny" wpis, ale po lekturze ostatniego Twojego Stylu, i w ogóle w obliczu ostatnio dziejących się wydarzeń w moim życiu jakoś tak mi bliżej do zwyczajności i codzienności.
Tak się zastanawiam właściwie, nawiązując do fragmentu tej rozmowy, gdzie leży granica między tym, co rzeczywiście osiągalne w naszym życiu, a tym, co profesor Łukaszewski nazywa "zachłannością", wygórowanym pragnieniem? Gdzie w jego mniemaniu w takim razie umieścić popularne dziś hasła typu: Możesz Wszystko? Bo przecież skłania się nas do bezustannego poszukiwania, zdobywania, kupowania, przekraczania granic. Masz się rozwijać, pędzić gdzieś, realizować siebie, czerpać z życia pełnymi garściami.
No tak.
Tylko że wtedy chyba nie masz spokoju, i nie masz szczęścia. Bywasz szczęśliwa. Ale nie masz szczęścia na stałe. W szalonym biegu trudno ci je określić, skonkretyzować.
Zatem czy szczęście jest stagnacją? Jest małą stabilizacją? Osiągasz raz i masz na całe życie?

Trudne to dość i skomplikowane. Nie ma sensu się rozwodzić, bo każdy postrzega rzecz po swojemu.
Moje szczęście, czort wie, czy stałe, czy takie, które "bywa" (muszę przemyśleć ;), hula sobie po wszystkich kątach mojego domu, w załomkach muru na zewnątrz, w mniejszej i większej przestrzeni wybiegów psich, na drodze do lasu i między drzewami już w lesie. Takie, hm, szczęście lokalne.
Powtarzalne.
Wybrałam się wczoraj na spacer do lasu z najmłodszymi. Czwarty uwielbia długie spacery i może naprawdę długo "przebierać" niespełna dwuletnimi nożętami, nie odczuwając zmęczenia. Trzeci śmigał radośnie na ukochanej "biegówce". W samym już lesie natknęliśmy się na Mego, który wyprowadzał dwa hotelowe bezdomniaki, czyniąc przy okazji sesję zdjęciową do celów ogłoszeniowych - adopcyjnych. Psy, dzieci, słoneczna, ale dość chłodna aura. Wiosny ani kapki. Mimo słońca - same szarości i przybrudzenia. Pomyślałam sobie, że tak to się właśnie wszystko powtarza, z małymi szczegółami, ale... dziesięć lat temu też ganialiśmy często po lesie z dwojgiem chłopców w tym wieku, oni radośni, zarumienieni od zimna, z mokrymi i brudnymi rękawiczkami, bo przecież wszystkiego trzeba dotknąć... Tak samo rzucali garście zeschłych liści do sadzawki, nasłuchiwali stukania dzięcioła, rysowali patykiem po piaszczystej drodze. W tym samym lesie. W tych samych miejscach. Choć wtedy do lasu dojechać musieliśmy autem, no i psów, o zgrozo, nie było.
Życie się zmienia, lata upływają, ale tak, zdecydowanie! - szczęście to również powtarzalność.




poniedziałek, 5 stycznia 2015

Maki w zbożu

Nie no. Nie ma sensu.
Chciałam odświeżyć nieco facjatę bloga, wrzucić jakiś krajobraz zimowy w czołówkę... ale co to za zima, dziś pierwszy raz spadło trochę śniegu, który już zamienia się w brudo-białą zupę; ani to malownicze, ani ciekawe. Ostatnie dni jeszcze gorsze, na przemian silny wiatr z deszczem, trochę mrozu, a za chwilę roztopy i błoto po kolana.
Zostawię więc jednak te maki w dojrzewającym zbożu, co to mię tak urzekły latem.
Choć na wsi gadajo, że to zwykły chwast.

Wygląda na to, że nie wszystko, co piękne, jest pożądane i funkcjonalne.
Tak jak nie wszystkie wspaniałe relacje z ludźmi są szczere i czyste.
Przyszło nam ostatnio - Memu i mnie - spróbować porozwiązywać niektóre konflikty z ludźmi. Ot, taki kaprys, wymuszony trochę konkretnymi sytuacjami, ponaglony przez konieczność.
Konflikt - rzecz normalna i powszechna. Ludzie różnią się między sobą, mają odmienne zdania na pewne tematy, mają subiektywne opinie wyrażane dzięki takiemu a nie innemu podejściu do życia, czy też dzięki wcześniejszemu doświadczeniu. To jest więc naturalne, że czasem ta różnica zdań czy doświadczeń może spowodować pewien zgrzyt.
Ale choinka, przyznać muszę, ciężko z tym wyjaśnianiem.
Bo, dla przykładu, na sugestie typu: Kurczę, dlaczego powiedziałaś tak o nim? Użyłaś takich krzywdzących słów? Ja wiem, że możesz mieć swoje zdanie, ale tutaj akurat prawda jest inna, a ty nie chcesz jej nawet poznać... albo: Prosiłam cię w tym temacie o dyskrecję, szczególnie wobec jednej osoby, sama zresztą powiedziałaś, że ta osoba nie powinna o tym wiedzieć, ale wygadałaś jej to zaraz następnego dnia! reakcja jest taka, że się czepiamy, że po co drążymy, i w ogóle coś nam ciągle nie pasuje.
No nie pasuje, Nie pasuje układ: życzliwość w twarz, a w plecy nóż.
Na przykład.
I w  efekcie próba podjęcia konstruktywnej rozmowy na ten temat kończy się obrazą majestatu.

Też tak macie??? Bo to może my coś źle robimy?..

Doskonale zdaję sobie sprawę, że trudna rozmowa nie jest wygodna. Też za takową specjalnie nie przepadam. Generalnie ludzie wolą jakieś tam przyklepane pozory, niż konieczność podjęcia wysiłku wytłumaczenia, wyjaśnienia, może przyznania się do czegoś czy przeproszenia.
Nam też czasem ktoś coś zarzuca ale do tej pory raczej bywało tak, że człek się zastanawia: no faktycznie, źle to rozegrałam, coś tam chlapnęłam niepotrzebnie, przepraszam. Albo nie gada się, tylko stara coś naprawić. Albo się w duchu klnie, ale stwierdza jednocześnie: wredna rura baba (mój ulubiony tekst Luigiego z "Aut" ;) ale ma rację, niestety.
Staramy się nie stawać okoniem, tylko coś tam wytłumaczyć - bo czasami wystarczy się wybronić i już druga strona konfliktu zaczyna dostrzegać rzecz inaczej i utwierdzać się w przekonaniu, że złych intencji tu nie było.
Bywa że trzeba się ukorzyć i przeprosić. Albo nabrać pokory.
Tak czy tak stajemy się coraz ostrożniejsi w próbach rozwiązywania niełatwych spraw. Efektem tego jest ostatnio moja nieudolna próba wytłumaczenia czegoś Komuś ważnemu; nie wyjaśniłam w porę zostawiając to na później, nie przedstawiłam na gorąco swojej opinii i wątpliwości, i Ktoś dowiedział się o tym nie ode mnie bezpośrednio. Ale na szczęście Ktoś okazał się mądrzejszy.

Dziękuję P. za reakcję! Za to, że nie udawałaś, że nie wiesz. Dziękuję, że Ci zależy!

Wygląda na to, że są ludzie, z którymi można sobie coś wyjaśnić, i są tacy, z którymi poprzez takową próbę relacja może się jeszcze pogorszyć.
Kompletna paranoja!




sobota, 3 stycznia 2015

O nadrabianiu... i trudnym prezencie gwiazdkowym

No więc jestem.
Po wielu różnych perypetiach związanych ze złośliwością technologii komunikacyjnej (net), oraz przedmiotów martwych (komp), po normalnym codziennym zabieganiu, po wydarzeniach zwyczajnych ale i wstrząsających –  raczej pozytywnie, powracam na blogowe łono z prawdziwą radością. Ach!
Niestety pozbawiłam Was i siebie wielu oczyszczających opisów niektórych wydarzeń mojego życia; dni, które pamiętnymi mają pozostać, oraz zadziwień, zaskoczeń i zachwytów, zwykłych takich, codziennych. Nie nadrobię już tego, ale postaram się choć trochę, choć w dwóch słowach, choć między wierszami samą siebie przede wszystkim przekonać, że było to i to, i naprawdę czuło się to i to. Niekoniecznie wszystko na raz. Większość raczej tak przy okazji.

Ogólnie rzecz ujmując wszystko u mnie w porządku. A nawet bardziej.

Pławię się w szczęściu rodzinnym, tudzież psio-hotelikowym, oraz czytelniczym, choć tego ostatniego nieco brakuje, przyznam.
Chciałam Wam trochę popisać o Trzecim. Może mi się rozwlec, wybaczcie, ale to akurat, o czym chce napisać, jest dla mnie dość istotne, i dla Trzeciego, oraz jego psychicznego rozwoju – również.

Otóż.

Trzeci od września chodzi do przedszkola. Miejscowe wiejskie przedszkole „polega” na tym, że dzieci – w liczbie, zdaje się, 21 – spędzono w jedną grupę wiekową, tj. od 3 do 6 lat. Miałam wiele obaw w związku z tym, ale niepotrzebnie, jest  fajnie – starsze pomagają młodszym, młodsze przy starszych uczą się szybciej rzeczy bardziej i mniej ;) pożądanych. Atmosfera jest rodzinna, obie panie ciepłe i uczuciowe, a Trzeci z racji tego, że jest najmłodszy w grupie, szybko stał się ulubieńcem pań i starszych dziewczynek więc dzieć rozpieszczany bardziej, niż w domu. Mam nadzieję, że mu tak nie zostanie. Jego akceptacja nowej sytuacji tj. przedszkola przebiegła dość sprawnie. Pierwszy tydzień był dość trudny – dramatu nie było, ale bał się, nie chciał wyjść z szatni, nawet łykał łzy, choć starał się trzymać dzielnie, co u ledwo-trzylatka wyglądało dość rozbrajająco. No i cóż, moje powroty do domu wyglądały tak, że przez pierwszą godzinę sama chlipałam, a resztę czasu spędzałam przy telefonie, bo może zadzwonią. Później, stopniowo, było coraz lepiej. Rano zaczął wozić go Mój, no i pomogły wyjazdy – na pierwszy strzał, jeszcze we wrześniu, pojechali do kina na Pszczółkę Maję. Byłam zielona ze stresu. Nie był wcześniej w kinie! Dał radę. Kino polubił, ale teatrzyki pokochał. Uwielbia przedstawienia, pani mówi, że siedzi cichutko i z takim zainteresowaniem ogląda, że nic nie jest w stanie go oderwać.
Do tej pory nie było więc żadnego poruszającego wydarzenia w przedszkolnym życiu Trzeciego; takiego, które naruszyłoby w jakiś sposób jego w gruncie rzeczy pozytywne myślenie o tej instytucji.
Do tej pory. Do dnia, w którym tuż przed przerwą świąteczną przedszkole odwiedził Św. Mikołaj i rozdał dzieciom podarki. Bowiem jakoś tak się złożyło, że chłopcy (których jest siedmioro) otrzymali różne zabawki. Różne, to znaczy: pięcioro dostało takie same auta, dwoje koparki. Trzeci znalazł się w tej mniej uprzywilejowanej mniejszościowej grupie, która dostała koparki. I już pomijając fakt, że syn nie przepada za tego typu zabawkami – nie czuje tego, nie umie się tym bawić, nie miał zbyt wielu okazji by podpatrywać pojazdy na placu budowy – niestety auta (ciężarówki) były ładniejsze i bardziej funkcjonalne – kręcące się koła, otwierająca naczepa, kolorowe elementy. Koparka wyglądała przy nich dość biednie (choć była z tej samej „serii”)  i poza ruchomą łyżką „nic nie robiła”. Gdyby wszyscy chłopcy dostali takie koparki, nie byłoby o czym mówić, cieszyłby się na bank. No ale tak nie było, więc pojawił się problem. Trzeci tęsknie spoglądał na koniec przedszkolnego dnia na chłopców tulących do siebie autka; zaczął płakać w szatni, że chciałby takie auto, że auto jest fajniejsze. Strasznie mi go było żal i choć serce rozdzierało mi się na jego widok, pomyślałam sobie, że no cóż, bywa, jakoś to zniesiemy.  Nie znałam przyczyn dla których chłopców tak „podzielono”; pomyślałam też, że wrócimy do domu, porozmawiamy, bracia pokażą mu, jak koparką można się bawić i może wszystko jeszcze będzie ok.  Nie było. Trzeci płakał okropnie. Mój się wkurzył okrutnie, chciał wyjaśniać, rozmawiać z panią, bo przecież jak tak można, w tym wieku, na tym etapie tak potraktować dzieci – kupując im różne zabawki, że wiadomo, że oni są zbyt mali żeby to zrozumieć, że wiadomo, że będą porównywać, że zawsze któreś będzie poszkodowane, i jak można jeszcze dopuścić do tego, że różnice w tych zabawkach będą aż takie znaczące, nawet w kolorystyce, już nie mówiąc o funkcjach. I że nawet o Trzeciego mu nie chodzi bo gdyby on nawet dostał auto, to może on, Mój, nie reagowałby tak emocjonalnie ale byłby równie zaskoczony i zniesmaczony, oraz pełen współczucia dla chłopca z koparką! Pienił się strasznie ale go powstrzymałam przed powrotem do przedszkola tłumacząc, że pani niczemu winna, bo to nie ona kupowała, że przecież to rodzice. I że nie warto, naprawdę.
Fakt jest taki, że przerabialiśmy już przedszkole ze starszymi chłopcami i nigdy nie zdarzyło się, żeby wtedy kiedykolwiek kupiono dzieciom zabawki różniące się czymś więcej, niż tylko kolorem. Bo to było takie oczywiste u maluchów – że musi być po równo.
Mimo, że dzieć mój faktycznie został poniekąd skrzywdzony razem ze swym kolegą (bo dodać tutaj należy, że drugi właściciel koparki również szczęśliwy nie był), nie chciałam robić afery. Z prostej przyczyny takiej, że wiedziałam dobrze, jak zostanę zrozumiana i potraktowana – dzieciak nie jest zadowolony, ma fochy, bo mu się nie podoba zabawka, a powinien być wdzięczny. Nie jest przecież najważniejszy w przedszkolu. Nie jest jedyny.
Od razu tego samego dnia rozmawiałam z jedną z mam, które kupowały te zabawki. Mamą, która bardzo lubię i która jest dla mnie kimś więcej, niż zwykłą koleżanką. Starałam się sprawę przedstawić spokojnie i właściwie bardziej chodziło mi o namiary na sklep, w którym te auta kupiono. Pomyślałam, że może kupię Trzeciemu to nieszczęsne auto, wytłumaczę, że Mikołaj się pomylił, jakoś załagodzę sprawę. Mój mi to potem wybił z głowy, słusznie argumentując, że właściwie nie chodzi o samą zabawkę ale o wszystkie okoliczności wokół – miejsce, w którym Trzeci ją otrzymał, osobę Mikołaja, kolegów. Teraz to musztarda po obiedzie. W każdym bądź razie dowiedziałam się że, tak jak myślałam, nie było w hurtowni tylu autek, by otrzymali je wszyscy chłopcy, więc „dobrano” koparki. Wydawało mi się, że ta mama zrozumiała mnie właściwie, ale drugiego dnia rano zadzwoniła do mnie druga z mam i zaczęła rozmowę od słów: „No cześć, słyszałam że Trzeci nie jest zadowolony z prezentu bo nie lubi bawić się pojazdami budowlanymi”.  No i wymiękłam… oraz utwierdziłam się w przekonaniu, że nie ma co dalej drążyć sprawy, bo nic to nie da po pierwsze, a po drugie zaszufladkują nas tak właśnie, jak wspomniałam wyżej. Smarkacz ma fochy.
Tymczasem Trzeci przeżywał dalej. Po kilku dniach już nie płakał na widok koparki, ale zrezygnowany tonem stwierdzał, że ten Mikołaj z przedszkola go chyba nie lubi, bo nie dał mu takiego auta, jak innym chłopcom. Nie pomagały próby „bawienia” się koparką, bo właściwie poza staniem na placu budowy nic  nie czyniła ;). Łycha za mała, żeby cokolwiek zgarniać – klocki, czy cuś. W końcu pojazd budził na tyle smutne skojarzenia, że został głęboko schowany i czeka na lepsze może czasy. Albo na czas zabaw w piaskownicy.
Powiem Wam, że mimo że sprawa jest właściwie dość… hmm... prozaiczna?, syn mój przeszedł swoisty chrzest bojowy w kwestii szkoły życia. Bolesne doświadczenie, ale życie takie jest, dziecko moje, często niesprawiedliwe, często rządzą nim głupie przypadki i nieprzemyślane decyzje, bo w gruncie rzeczy  nie oskarżam owych mam o jakieś perfidne działanie. Raczej właśnie o działanie spontaniczne, bez przemyślenia.  I bez utożsamiania się z taką, a nie inną płcią dzieci – bowiem podarunki kupowały mamy, które w przedszkolu mają córki akurat.
Dla nas – trudna sytuacja wychowawcza. Myślę, że Trzeci traumy mieć nie będzie i w miarę szybko zapomni. Nam przyjdzie to trochę trudniej i potrwa dłużej, bo jednak i ten żal, i poczucie niesprawiedliwości, i świadomość, że mogło być zupełnie inaczej.
Wybaczcie rozwlekłość. I amatorską psychoanalizę. Streściłam się najbardziej, jak mogłam ;) Nie było mnie…  i ostrzegałam, ze nadrobię. Póki co – wyszło, że ilością.

Życzę Wam miłego weekendu J




piątek, 6 czerwca 2014

Niech cudowności nie umykają!

Trzeci i Czwarty uwielbiają spacery, najlepiej długie, najlepiej do lasu, i najlepiej z przygodami typu wieeelkie kałuże po drodze, czy też zające przecinające nam drogę.
Czwarty niezmordowany gna na małych girkach, niepomny na rodzicielskie wołania. Najczęściej próbuje dogonić Trzeciego - zmotoryzowanego, ale tylko tak dla fasonu, bo przecież "nie o to chodzi, by złapać króliczka, ale by goooonić go!".
W Hoteliku sezon zbiorowego linienia. Mój codziennie wynosi całe wory wyczesanego włosia, obłęd. Niektóre psiska pod starą, odchodzącą od ciała sierścią mają już piękną, czystobarwną. Szczególnie trikolorki wyglądają cudnie.
Zapytałam naszą blogową Miśkę, czy przypadkiem nie uchowały jej się gdzieś sandałki po Grzesiu, bo Trzeci i Czwarty nie "zgrali się" porami roku, jeśli chodzi o ciuchy (i buty) typowo letnie lub typowo zimowe. Sandałki po Trzecim są Czwartemu albo za małe, albo za duże.
Godzinę później Miśka dzwoni: Wysłałam ci sandałki!
Padłam ;)
Co za dziewczyna kochana!
Jestem po lekturze "Cmętarza zwieżąt" Kinga. Masssakra! Dreszcze miałam!
Przeczytałam w dwa dni i część nocy, nie dało się inaczej, rodzina była zmuszona zrozumieć i przeczekać. Na obiad były "Berlinki".
Choć czasem nie pasują mi u Kinga zakończenia. Lubię wiedzieć dokładnie, co i jak.
Dzień za dniem mija, czasem w sposób zwariowany, czasem całkiem spokojny.
Myślę sobie, marzę, dumam, coś tam mi się czasem nowego "urodzi", mam jakieś tam plany, które może zrealizuję, a może nie...
A Pawlikowska pisze: "Nie skupiaj swojej uwagi na szczycie góry, bo umknie ci mnóstwo cudowności, które znajdują się po drodze. Tuż obok ciebie. Przez cały czas."
I tego się trzymajmy!

 
 
 

poniedziałek, 5 maja 2014

Nie bawię się

Szukam w necie wzoru wniosku o urlop wychowawczy.
Bowiem tak właśnie postanowiłam, przy radosnej aprobacie młodszych członków rodziny, oraz przy - z ulgą - westchnieniu najstarszego: No tak, tak będzie najłatwiej.
Postanowiłam, że mnie nie zobaczą w robocie przez najbliższe co najmniej dwa lata.
Nie powiem, żeby to był taki hop siup! kamień z serca.
Bo owszem, tak, jest to najprostsze rozwiązanie, bez kombinowania, co z maluchami, bez rozeznania w kwestii opiekunek, bez szamotania się i tłuczenia głową o konieczność podejmowania obowiązków domowych i nie radzeniu sobie z nimi, no bo jak ogarnąć wszystko, kiedy nagle z dnia całego wypada ci dziewięć godzin. Bez wyrzutów sumienia, że zostawiam maluchy z rykiem (a zważywszy na ostatnie przywiązanie obojga do mamowej spódnicy...tfuuu...nogawki spodni...tak by pewnie bywało) i z własnym poczuciem dobrostanu psychicznego: że będę tam, gdzie mam być, gdzie moje miejsce, bo wszak najsampierw mamą jestem, a dopiero potem pracownikiem i realizatorem zawodu swego. Bez tęsknego spoglądania w okno biurowego pokoju - że oni TAM, a ja  tu, że coś przecież muszę, że chcę, że dzieci, i psy, i taras niepozamiatany a kołdry i koce psie niewytrzepane, niewymienione...
Ale... bowiem zawszeć to "ale" być musi - świecić oczami przed pracodawcą nie jest jakoś miło, choć rozmowę o takiej decyzji mojej mam dawno za sobą, i bardzo źle nie było. Samo wiecie jednakowoż, jak stereotypowo i zwyczajowo postrzegany jest tak długi "wypad" z zawodowej huśtawki - nie huśtasz się, nie bawisz, nie ma cię. Kit z zacofaniem  w kwestii przepisów prawnych, odwyknięciem od zawodowej rzeczywistości, od  takich a nie innych kontaktów z ludźmi, załatwiania miliona spraw, pewnością siebie i zręcznego poruszania się po niezmierzonych oceanach kontaktów niezbędnych do sukcesów w tej branży. Kit, bo to się da jakoś reanimować, jeżeli przyjdzie, i o ile przyjdzie na to czas. Gorzej z poczuciem naznaczenia, napiętnowania - to jest TA, co to świadomie daje się wkręcić w zacofanie. "A nie boisz się, że już potem nie dasz rady? Że nie wrócisz wcale?" Kochana, jeśli nie wrócę, to będzie to oznaczało, że znalazłam coś jeszcze bardziej SWOJEGO, i mogę sobie na to pozwolić. Tylko tyle.
Nie żebym się tym jakoś specjalnie przejmowała, ale spotykam się z zaskakującym niedowierzaniem, gdy odpowiadając na pytania lub spotykając się wręcz ze współczuciem mówię, że robię to, co lubię najbardziej, że uwielbiam być mamą, i być ze swoimi pociechami w domu, w sensie - z nimi, a teraz, gdy jeszcze te psiaki... to już w ogóle.... Nie wiem, nie jest to chyba standard, więc nie wierzą.
Mało ważne.
Najważniejsze jest to, że cieszę się z tego darowanego kawałka czasu przed sobą, bo to jest coś pięknego, kiedy sama mogę wyplątywać urwisy z piżam i ubierać je; kiedy wiem, jak zmienia się mój dom w różnych godzinach dnia, gdy słońce najpierw rano wita w kuchni, później nieśmiało zagląda do salonu, by popołudniami muskać zaledwie ramę okna od zachodniej strony, chowając się przy tym za drzewa...; kiedy wychodzę przed dom, kiedy tylko chcę i widzę zmieniające się wraz z upływem godzin barwy nieba...; kiedy mogę zaparzyć sobie kawę, kiedy chcę, porysować z Trzecim, porzucać piłkę z Czwartym, sprzątać, krzątać się, pichcić, prasować, nastawiać milionpięćdziesiąte pranie tego dnia... i nie myśleć! nie myśleć o papierach, decyzjach, pismach, ocenie kwartalnej, opinii asystenta rodziny, podpisie kierownika...
Czasem mam wrażenie, że w pracy biurowej, zamkniętej, bez chłonięcia powietrza... uciekło mi dużo życia. Że je jakoś tak, niezgodnie z naturą, zmarnowałam.
Choć przecież w gruncie rzeczy lubię tę pracę.
I nie zamartwiam się na razie tym, że nam się teraz dość porządnie sypnie finansowo. Pożyjemy zobaczymy.
Zgodnie z ustawowym nazewnictwem, zostaję zatem w domu co by syna najmłodszego "wychować", a przy okazji życiem rodzinnym się cieszyć i dobytek psi przydomowy wespół z Moim dopilnowywać.
13 czerwca, w piątek!!! - zaczynamy!
Headlong!



wtorek, 22 kwietnia 2014

Na full

I jeszcze kawałek świątecznego mazurka, do przedpołudniowej kawki, przy stole przykrytym lekko już zaplamionym obrusem w wielkanocne zajączki z palemkami.
 
Minęły nasze pierwsze nasze tak aktywne, zapracowane Święta. Zjechało się kilka, dokładnie 10 dodatkowych psów - z rezerwacjami uczynionymi dużo wcześniej. Popołudniami, w obydwa dni Świąt wybiegi zaroiły się od zwierzaków i ludziów - zaaferowani goście, tak nasi prywatni, jak i goście psiaków, które są pod opieką konkretnych fundacji bawili się z futrzastymi, częstowali smakołykami, zabierali na spacery do lasu, całowali i ściskali! W kącikach wybiegów, od czasu do czasu dostrzec można było Marcysię, wolontariuszkę pracującą ze "strachulcami" - jak nazywamy te najbardziej zalęknione i wycofane; cierpliwie wyciągała rękę, spokojnie przypinała smycz, siadała bokiem nie patrząc... i czasem prosiła nas, zerkając przez ażurowy płot, o różne dziwactwa typu: "Wpuśćcie mi tu szalonego Maksa, potrzebuję elementu rozproszenia!"
Wesoło, aktywnie, głośno.
Spokojnie też było - od rana, gdyśmy krzątali się po obejściu czy domu, wygłupiali z dzieciakami, podjadali... no i wieczorem, kiedy psy spały zmordowane, poprzytulane do siebie, a my sprzątaliśmy taras i wybiegi, ogarnialiśmy maluchy i cieszyliśmy pogodą, tym wieczornym ciepłem po dobrze spędzonym dniu.
 
Dziś i jutro większość psiaków wyjedzie, zostaniemy znów z tymi bidami naszymi bezdomnymi i dwójką czy trójką "komercyjnych". A za parę dni i tak się to pewnie zmieni, ktoś znajdzie domek, ktoś wróci z nieudanej adopcji, ktoś inny dojedzie interwencyjnie i będzie się adaptował do codzienności hotelowej.
Jak tylko uda mi się przysiąść, dokształcam się samorzutnie;) Książek nakupiłam, nie powiem, z przyjemnością. Jeszcze trochę, jeszcze ociupinkę, Czwarty podrośnie i więcej będę mogła zrobić, poudzielać się, popracować z psiakami, które nie są jeszcze do adopcji gotowe, lubię to bardzo, patrzeć, jak psisko powoli powolutku nabiera zaufania, nie ucieka, stoi w miejscu, czai się, żeby powąchać dłoń, ale jeszcze nie jest gotowe, podchodzi wolno do rzuconego smakołyku... a kontakt wzrokowy? ach, szczyt marzeń i pełnia szczęścia, kiedy choć przez ułamek sekundy zwierz spojrzy, "ślizgnie" wzrokiem zaledwie...
Mamy kilka sukcesów na swoim koncie, więc to mobilizuje straszliwie!
 
I jakże w tej sytuacji wrócić mam do codzienności biurowej? Dać się zamknąć na 9 prawie godzin, z dala zupełnego...?
No nie da się.
Napiszę o tym, napiszę!
 
Póki co zmykam, bowiem Czwarty już zbudzony, podwórko zalane słońcem, a  obowiązków sporo!
 
A, i jeszcze jedno. Całkiem niespodziewanie, bez przyczyny i miejmy nadzieję, już bezpowrotnie zakończył się "doopny" problem ;)
 
Ściskam Was!
 
 

środa, 16 kwietnia 2014

Miejsce, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę

 


Mam czworo dzieci. To wiecie. Dużo to, i mało, zależy jak spojrzeć. Na chwilę obecną - akurat. I to wcale nie jest, wbrew pozorom, tak, że przy tej czwórce człek już mądry, bezbłędny i pewny siebie w kwestii wychowania oraz szeroko pojętej opieki nad potomstwem. Błędy popełnia się, czy się ma jedno, czy piętnaścioro dzieci; owszem, doświadczenie sprawia, że wszystko jakoś tak przychodzi łatwiej, mniej się matka stresuje, bo wie, że to czy tamto jest normalne, oraz tego czy tamtego spodziewać się należy. Ale podkreślam: alfą i omegą się nie jest, i nie będzie, bo dziecię to twór na tyle ...dziwny, trudny i nieprzewidywalny, że choćbyś z papci wyskoczyła, pewnych "armagedonów" nie unikniesz. Bo ich nie przewidzisz. Tak jak nie przewidzisz swoich własnych reakcji.
W dodatku są takie typy i charaktery, jak na ten przykład ja, że szerokim łukiem omijają podręcznikowe teorie uważając je za dalece nieżyciowe. Poczytać można, coś tam uszczknąć można, ale książka jedno, a codzienność drugie. Znajoma niedawno powiedziała, że gdyby ona wychowywała dzieci tak, jak każą specjaliści, to byłyby one nieszczęśliwe. Smoczek po 1 roku życia? Jeśli dziecko potrzebuje, to dlaczego nie? Jedzenie przy telewizorze? Jeśli to jest jedyny sposób na niejadka, to od czasu do czasu - dlaczego nie? Sami również lubimy podjadać przy dobrym filmie.
Swego czasu, niedawnego zresztą, chwaliłam się publicznie, jakie to moje Trzecie dziecię mądre i "naumione", zasługę przy tym w dużej mierze przypisując starszym synom mym, a braciom rzekomego. No i nie odwołuję, tak właściwie jest; ostatniemi czasy chłopię zadziwiło mnie dopiero co nabytą umiejętnością jedzenia z zamkniętą buzią oraz posługiwania się nożem i widelcem - precyzja jeszcze wymaga doszlifowania, ale źle nie jest.
Natomiast zdolne dziecię "naumiało" się jeszcze czegoś. Przed tym chyba przestrzegali mnie ci "życzliwi" właśnie.
Bowiem Trzeci z namaszczeniem i w pełnym skupieniu wypowiedział słowo DUPA.
W dodatku wiedząc, cóż to słowo oznacza, gdyż dodał po namyśle: "Nie pupa. Dupa."
Po prostu.
Nie wiem, gdzie usłyszał. Mógł gdziekolwiek. W domu też, a jakże, bowiem zdarza się, że starsze pociechy moje, w pełnej zgodzie grając razem w komputerowe gry, gdzie są dla siebie nawzajem przeciwnikami, bywa, że w sposób niezwykle kulturalny wyrażają swoje niezadowolenie wobec poczynań drugiego, nazywając się na ten przykład, cyt: "Ooo tyyy doopo sapera!".
Cokolwiek to znaczy.
Cała ta historia nie osiągnęłaby może aż takiego rozdźwięku, gdyby nie mój karygodny błąd wychowawczy. Bowiem słysząc TO słowo po raz pierwszy wypowiadane przez Trzeciego, najpierw stanęłam zdumiona, później rzekłam: No co ty mówisz, nie wolno!!!, oraz widząc powagę na jego twarzy ryknęłam -  szczerym i spontanicznym śmiechem, czym pogrążyłam się zupełnie i na amen.
No i się zaczęło.
"Doopa, doopa, doopaaa..." - śpiewał sobie ostatnio Trzeci na korytarzu Ośrodka Opiekuńczego, gdyśmy pojechali odwiedzić babcię.
"Doopaaaa" - grzmiał syn w markecie, siedząc w marketowym wózku i wesoło majtając nogami.
"Doopppaaaa" - usiłował wymóc powtórzenie tegoż słówka przez zaciekawionego Czwartego.
"Myyję sobie doopę!" - tłumaczy Mojemu, siedząc w wannie.
"Yhyyy...doopa mnie boli" - płacze po zbyt intensywnym pokonaniu podwórkowej zjeżdżalni.
Ale nie to jest najgorsze.
Najgorsze jest to, że czasem, chcąc zachęcić mnie do zabawy, albo znów spowodować taką reakcję, jak za pierwszym razem, krzyczy często z chochlikową iskierką w oku: "Mama doopa"! Drze się w sensie: mama, zobacz, mówię TO słowo, no już, roześmiej się, goń mnie za to, złap i wyłaskotaj...
Ale czaicie, jak to brzmi dla niezorientowanych?
No właśnie.
Patologia, z podtekstem wulgarnym lub demoralizująco-erotycznym w tle.

Bezsilność wychowawcza mnie dopadła, w dodatku bez perspektyw na  zmianę... bo ciągle mnie TO śmieszy.
I komu tu zlać za to doopę?

niedziela, 30 marca 2014

Roczniak

 
No i mamy Roczniaka!
Rok temu o tej porze była Wielka Sobota.
Przygotowałam chłopakom koszyczek do Święconki.... i pojechałam.
Po kilku godzinach urodził się On.
 
Pięknego życia, Synu! 
 
 
 
 
 


poniedziałek, 24 marca 2014

Hotelikowo

Mój przemierza podwórko przed domem, a za nim podąża kilkanaście sztuk ogoniastych zwierzów. Część stada.
Niesamowity to widok. Psiska cieszą się, plączą mu się pod nogami, skaczą, wywijają ogonami, domagają się czułości, zabawy.

Niektórzy ciągle nie dowierzają, że Hotelik funkcjonuje na zasadzie wolnego wybiegu i większość psów biega luzem, nie rzucając się na siebie przy byle okazji. Te, które musza być zamknięte z różnych względów (nie lubią innych psów, boją się, są chore, w pogoni za przygodą przeskakują płot, itp.) są wypuszczane cyklicznie lub biegają w mniejszej zagrodzie. Kiedy trafia do nas nowy pies, czy to adopcyjny, czy "od ludzi", testujemy go z innymi, w różnych kombinacjach, i z reguły bardzo szybko wiadomo, kto z kim się lubi, a kto kogo może chcieć "ustawić".

Czasem nie dowierzamy, że to wszystko się dzieje, że podporządkowaliśmy zwierzakom całą swoją codzienność, że nie mamy "wolnego", nie możemy razem nigdzie wyjechać, dotrzeć w pełnym składzie na imprezy rodzinne... ale jednocześnie nigdy chyba nie czuliśmy się bardziej na swoim miejscu. Dużo już wiemy, potrafimy, ale jeszcze więcej do nauczenia przed nami, doświadczenie wielkie do zebrania. Ciągle ktoś się u nas przewija, przyjeżdżają fundacje, stowarzyszenia, weterynarze, wolontariusze z przytulisk, ludzie prywatni zostawiający nam pod opieką swojego pupila lub chcący adoptować jakąś bezdomną bidę.. Futrzaki są tak przyzwyczajone, że cieszą się na widok każdego ludzia z osobna, i całych grup też... śmiejemy się, że choć czasem trzydziestka psiaków na stanie, to każdy złodziej zostałby przywitany wesołymi skokami, ogona merdaniem, zachęcaniem do zabawy.

Pożegnania są trudne - bezdomniaki wyjeżdżające do swoich domów żegnamy niekiedy z łzą w oku, myśli się potem o nich, wspomina, ale jednocześnie obecna jest świadomość, że jadą po lepsze życie, do domu, na kanapę. Trudniej jest z psami odchodzącymi na zawsze. W czasie 10 miesięcznej działalności Hoteliku pożegnaliśmy w ten sposób trzy psiaki, które przegrały żmudną walkę o życie.

Latorośle przyzwyczajone, zaangażowane. Drugi, najogromniejszy zwierzolub, deklarujący już teraz chęć studiowania weterynarii, udziela się najwięcej, i też on jest najczęściej na fotkach promujących jakiegoś czworonoga. Trzeci też chce pomagać, najlepiej jak umie - nosi puszki z karmą, podaje miski, trzyma szczeniaki. Szczeniaki to jest w ogóle jego ulubiony typ, i z nimi - i z Trzecim - bywa najtrudniej przy adopcjach. Ostatnio jakoś tak się złożyło, że był obecny podczas całej procedury - Mój wyjechał, Ania z fundacji nie zdążyła dotrzeć, tak  więc sama wydawałam malucha... Wypisywałam umowę adopcyjną, rozmawiałam z ludźmi, którzy trzymali sunię, a Trzeci wył mi w rękaw - "Mojaaaa Figaaaa, mojaaaa...Kooocham Figęęę...". Pocieszyło go nieco trzymanie Figi na rękach do końca oraz przyniesienie reszty szczeniąt na godzinę do domu.
Większość bezdomniaków otrzymuje od nas nie tylko czułość, opiekę, karmę, kocyk, ciepełko, ale też imię. To jest dopiero zabawa!
Najfajniej wypowiadanie imion przychodzi Trzeciemu. Zna je wszystkie, bardzo szybko zapamiętuje, nawet imiona tych psiaków, które są u nas na wakacjach przez kilka dni lub sam weekend. Ostatnio ubaw mieliśmy dzięki cudnemu labradorowi o "gwiazdorskim" imieniu Kurt. Trzeci wypowiadał je jako "Kuj". A że Kuj uwielbia zabawę z dziećmi i szaleje na punkcie piłeczek, które chłopaki mu rzucają do aportu, Trzeci wypowiada jego imię milion razy dziennie. "Mamaaaaa, wołaj Kujaaaa..."  - drze się na przykład na cały głos. Wyobrażam sobie, jak to "Kuj" może być słyszalne, i cieszę się, że nie mamy sąsiadów! A środowiska zwierzowe już się przyzwyczaiły ;)

Pozdrawiam Was ze Zwierzakowa, jak zawsze cieplutko!


Na fotce Benio. Już w swoim domku.

niedziela, 16 marca 2014

Nauczyli

Kiedy okazało się, że jestem w ciąży z Trzecim, słyszałam różne komentarze. Oprócz tych mniej lub bardziej pozytywnych, także te odnoszące się do dużej różnicy wieku między Trzecim a starszymi synami, którzy mieli wówczas 11 i 9 lat. "Ooo... oni ci go dopiero nauczą..." - słyszałam sarkastyczno-kpiarski, przesycony pewnością prawdziwości tych słów ton - na przykład.
Ale niby czego mają go nauczyć? myślałam sobie w międzyczasie, biegając między starym mieszkaniem a budowanym nowym domem, w przerwie między wizytami u lekarza, wywiadówkami w szkole, spotkaniami, zakupami, w domu, na spacerach i w kościele.
Zwyczajowo chyba...nie wiem...przeklinania? "Fakju" pokazywania?
Pierwszy i Drugi, z racji takiej a nie innej organizacji życia domowego, angażowania się w rozwój rodzinnego przedsięwzięcia, mnogości najróżniejszych obowiązków, zajmują się młodszymi braćmi... no dużo. Zabawiają, karmią, wyprowadzają na spacery. Czasem z większą, a czasem mniejszą ochotą - ale nie psioczą, nie buntują się, nie krzyczą, że świat jest niesprawiedliwy. Na szczęście.   
No ale Trzeciego nauczyli, hmmm.
Mówienia proszę (pooochę mamo!), dziękuję (kunuję!) i przepraszam (lasiam!). 
Opowiadania treści przeczytanych książeczek w sposób logiczny, choć jeszcze nie zawsze gramatyczny. Nazywania zwierząt, owoców, warzyw.
Liczenia do 10, oraz prostego dodawania i odejmowania. Cyfry nazywane są po polsku, niektóre także po angielsku.
Nazw większości literek - co jest efektem uwielbienia przez Trzeciego gry w Scrabble - najczęściej wozi literki w autkach lub układa na planszy, gdzie potrafi złożyć proste słowa, jak "kot", "mama".
Bezbłędnego rozpoznawania kolorów i nazywania ich wszystkich... po angielsku! Wezwani na dywanik synowie oświadczyli, że jakoś tak "samo wyszło", poza tym łatwiej powiedzieć "łed, głin i blu" niż "czerwony, zielony i niebieski", prawda mamo?  Tak więc mamy łed jabłuszka, głin wagony i blu czapeczkę. Moje rozpaczliwe próby uratowania ojczystego języka i zakodowania go w świadomości syna dały efekt mianowicie taki, że wczoraj po kąpieli dziecię zadeklarowało chęć wytarcia się "jeloł-ziółtym lęćnikiem". 
Ten jakże haniebny proceder edukacyjny, stosowany przez moje starsze latorośle, a zmierzający w sposób nieunikniony do demoralizacji młodszego rodzeństwa, osiągnął rozmiary zatrważające i wysoce niepokojące w chwili, kiedy to przed godziną Trzeci skomentował moją blu koszulkę jako "chajną" (fajną), po czym wskazał, nazwał i z aprobatą przyjął nadrukowaną na niej cyfrę 7, oraz policzył wszystkie literki "o" (z wymową polską i "oł" angielską) w nadruku tegoż ciucha. 
 
                       

środa, 12 lutego 2014

chaotycznie o tu i teraz

Dobra.
Poskładane, zapakowane, niektóre zafoliowane.
Dziecięce, niemowlęce ubranka.
Część do oddania, bo pożyczone, część już w dobrych ręcach Kubusiowej mamy, która Kubusia owego jeszcze pod serduszkiem swym trzyma.
I, jak już Best Friend również była łaskawa stwierdzić - co? To koniec? Tak po prostu koniec dzidziusiowania, kołysania, przytulania,stópek całowania...? W sumie, obiektywnie rzecz biorąc, dzieci jest czworo, więc sobie możesz, mamo wiecznie niespełniona, całować te stópki choćby do końca twych dni.
Heh.
Całować - do rozmiaru powiedzmy 28. Bo takie 44 (osiąg Pierwszego), to ja, przepraszka, niespecjalnie chętna.
Tak czy tak, świadomego i planowanego macierzyństwa koniec. Mus zająć się teraz tym dobytkiem, który jest, wykształcić, na ludzi wyprowadzić, niektórych do przedszkola najsampierw posłać, chodzić nauczyć... Choć Mój powiada, że jak już czworo jest, to i sześcioro i - buahahaha - ośmioro może być, żadna to dla niego różnica, gromadka jest tak czy tak.
Ale czasem, szczególnie wieczorami, wymięka. Wraca od psiaków zmęczony, najczęściej akurat w porze przed-sennej krzątaniny...bo maluchy do kąpieli, kolacja tudzież mleczko, siusiu, bajeczka, książeczka i nyny... Zakasuje rękawy i bez zbędnych pytań bierze się do pierwszej najpilniejszej czynności, żeby sprawniej, szybciej, nienerwowo... i czasem, przy wspólnych dziecko-zajęciach, najczęściej w łazience, gdy jeden maluch jeszcze w wannie, drugi wycierany, kremowany, w piżamkę pakowany, zagaduje: może film obejrzymy? na tarasie posiedzimy? do zwierzów na chwile pójdziemy? I ja wtedy: tak, tak, jasne... Ale potem okazuje się, że właściwie prasowania cały stos, albo z sypialni głosik jakiś dobywa się jeszcze, niby w słodkim śnie pogrążony ale jednakowoż nie na tyle, by czujność utracić...albo psisko jakieś wymaga większej uwagi i on sam dłużej z nim posiedzieć musi, uspokoić niespokojnych, posprzątać nieopatrzne siku na legowisku... albo też starszemu naszemu któremuś przypomina się rzecz niecierpiącazwłoki - mamo, pomóż, bo to, bo tamto, a miałaś mi poszukać niebieskiej koszulki, a obiecałaś pomóc...
I tak to jest.
Dobrze jest.
Pierwszy ostatnio został przez kilka godzin z Czwartym. Mieliśmy wiele spraw do załatwienia w mieście, zakupy, psiaka do weterynarza - na prośbę fundacji, jakieś formalności, papiery... Zabraliśmy ze sobą Trzeciego, a Pierwszy i Drugi na stanowisku - co do Czwartego, i co do dobytku Hotelowego.
Psiak choruje okrutnie, chudnie, kostkami samymi grzechoce, nowotwór, anemia, i co tam jeszcze... jedna lecznica bezradna, więc diagnozowanie w drugiej... W samej przychodni półtorej godziny! Potem reszta. Zeszło ponad 5 godzin. Starsi już nieraz zostawali z niemowlęcymi braćmi więc nic nowego. Ale TEGO jeszcze nie było! Telefon - dzwoni Pierwszy. Mamo - on robi kupę!!! Przewijanie z siku - bywało. Kupa natomiast, jako substancja skażona i promieniotwórcza, jest z reguły omijana przez nastolatków naszych łukiem szerokim. Nic nie poradzisz, musisz go przewinąć, nam jeszcze trochę zejdzie... No więc we dwoje, uzbrojeni w foliowe reklamówki, chusteczki nawilżane, ręczniki (??) zabrali się do operacji, no i co, i dali radę. Mamo, zrobiliśmy to! Ale pampersa chyba założyłem mu tyłem do przodu, trudno, tak musi mieć, gna po raku jak zwykle więc chyba nie zauważył...

Tak mnie trzyma, i cieszy, i ładuje to rodzinne tu i teraz. Lubię wspominać, i myślę o przyszłości ale są to zaledwie okruchy świadomości - siłę daje mi dzisiaj, teraz, spokój i zamieszanie, radość i zmęczony "oklap". Garstka uśmiechów, filiżanka kawy, jakiś sms. Raczkujące stworzenie w zabawnych rajstopkach z samolotem na pupie. Wesoły Dwuipółlatek, wymawiający "si" jako "ch", więc: "Mamo, mamo, pać, Pucha (Pusia) i Michu (Misiu)!" Albo: "Moje ato, moje - Kamicha!" (auto Kamisia ;)

"Rób to co kochasz
i rób to z miłością
a będziesz kim zechcesz"
(Beata Pawlikowska)

Wielgachnymi krokami, nieubłaganie, zbliża się termin powrotu Matki Polki do pracy. I trwa burza mózgów - co uczynić, i w jaki sposób, żeby było dobrze. Dla wszystkich.


środa, 5 lutego 2014

Biegusiem...


O jaaa cie... naprawdę tyle czasu minęło było od ostatniego wpisu??
No naprawdę, hmmm...
Siadłam dziś w końcu na moment co by odświeżyć nieco facjatę bloga, aktualizować czytelnię, pozaglądać co u Was... i uwaga ludzie, siedzę nadal oraz robię wpis!
Wobec powyższego rzucam kilka fotek, i donoszę, że u mnie w porządku, ale czas wolny skurczony do takiego minimum, że dostrzec go doprawdy bez mikroskopu nie da się!
Dziecka małe rosną ...sposobem jakimś, nie wiem naprawdę jakim, Czwarty za niecałe dwa miesiące, albo dobre półtora, jak kto woli, zdmuchiwał będzie pierwszą świeczkę na torcie. Niech Was nie zwiedzie jego blond-anielski wygląd, gałgan to jakich mało, i pojęcie "spokojne dziecko" nabrało przy tymże osobniku nowego wymiaru, bowiem owszem, nadal spokojny w sensie mało płacze, rzadko marudzi, ale jego chęć poznawcza tudzież pęd ku eksploracji terenu i umiejętności fizyczne biją na głowę wszelkich olimpijskich medalistów w kategoriach skoki, biegi, rzuty, wspinaczki, itp. Raczkować począwszy przed ukończeniem 7 m-ca życia, w chwili obecnej nie ma dla chłopaczka tego tras, przedmiotów i mebli nie do pokonania, w try miga znajduje się w miejscach trudno dostępnych oraz wysokościowych, natomiast wyjście czy też wycofanie się z tych miejsc odbywa się z reguły na zasadzie prawa grawitacji. Bowiem swobodne (cokolwiek to znaczy) spadanie opanował "miszcz" nasz również do perfekcji ;)
Trzeci gada i poznaje, i charakteru tudzież osobowości nabiera całkiem fajnej.
Młodzież buduje swój niezależny świat, w którym na szczęście ciągle sporo miejsca dla rodzicieli i młodszych braci jest. Oby jak najdłużej. A może i - cichaczem marzę - na zawsze...
Hotelik psi rozwija się i przynosi niesamowite wrażenia, uczucia, mega satysfakcję... tyleśmy ludzi przez te kilka miesięcy poznali, tak "prywatnych", jak i organizacji, fundacji, stowarzyszeń... Dane nam jest poznawać te pomocowe instytucje od środka, od podszewki, więc powiem Wam, że podziw i szacunek, owszem, ale i niesmak często, bo jak wszędzie - konflikty, gra o władzę i prestiż, tudzież najzwyklejsza ludzka zazdrość, zawiść, na-złość-robienie... Czasem aż oczu wytrzeszcz dopada, bo człek myśli, że jak już się taka grupka ludzi zbiera, żeby zwierzętom pomagać, wyciągać z dna, to to janioły same są, i wspólną sprawą złączone o konfliktach mowy nie ma.. a tu zonk. Bo są. Tu i ówdzie.
Ale dla nas gry wewnętrzne mało ważne. Psiska najważniejsze, a te...kochane są! Bezdomniaki i te prywatne również. Aktualnie spora grupka, bo wakacyjne - z racji ferii zimowych - obłożenie mamy.
Na razie tyle. Biegnę dalej.
Ściskam Was mocno, szczególnie tych, co zaglądają wytrwale :)
 
 
 



 


czwartek, 17 października 2013

Czy dzieci, które widzą zaczytaną matkę, również płaczą?!


Czytam aktualnie trzy książki jednocześnie. Czasu na to nie mam w ogóle, więc w jakiś pokrętny sposób rekompensuję to sobie, umieszczając te księgi w różnych częściach domu i podczytując, ile się da, w najmniej sprzyjających okolicznościach.
Co czytam?
"Ono" Terakowskiej, po raz czwarty. Nie mogłam się oprzeć. Uwielbiam twórczość tej pisarki, a w związku z tym, że Pierwszy biegł do biblioteki po "Córkę czarownic", którą na jakiś konkurs czy cuś ma przeczytać, to rzekłam: Przynieś też Ono, syneczku!
"Zostań przy mnie" Cobena. Lektura od Best Friend, która mnie COBENozą niegdyś zaraziła, i z którą do tej pory czytujemy co smakowitsze kąski (ona wybiera ;-). Podobnie jest u nas z chorobą zwaną KINGozą.
No i "Dzieciozmagania" Kaz Cooke też, we fragmentach, czytam. We fragmentach, które akurat potrzebuję. Onegdaj, z wypiekami na twarzy, w dwóch cyklach ciążowych, przełknęłam "Ciężarówką przez 9 m-cy" tej autorki, no i teraz wspomagam się kontynuacją, tj. rozwój potomka przez pierwsze 5 lat. Księga genialna, bo obok fachowo podanych rad i wskazówek, czytelniczka znajduje tu błyskotliwe, niewymuszone poczucie humoru. Które mnie rozwala, nawiasem mówiąc - potrafię czytać kawalędek i hyhyhy...na głos, aż potomstwo głowięta podnosi i zdumione na matkę popatruje.
A tę akurat księgę czytam, bo z Trzecim problem, że tak powiem, goowniany, mam ostatnio. Zaczęło się od nocnikowania, i tak nam to genialnie poszło, że nocnikowanie, póki co,  odłożone w czasie zostało, dopóki się z TYM nie uporamy.  Z tym, czyli zaparciami. Dieta ok, Trzeci czekolady nie jada praktycznie w ogóle, słodycze od wielkiego dzwonu, owoce i takie tam - codziennie. Zaparcia pojawiły się nagle jakieś 2 m-ce temu, i nic nie wskazuje na to, żeby mijały. Poczytałam tu i ówdzie i dowiedziałam się, że problem nasz podchodzi już pod tzw. zaparcia nawykowe, i bardzo często zdarza się właśnie u dwu-trzylatków. Oczywiście podłoże psychiczne, bo dziecko nagle zaczyna mieć świadomość utraty czegoś, co z niego wychodzi (!?), lub boi się tego czegoś, co jest uznawane ogólnie za bleeee. No i tak chyba jest, Trzeci boi się i przerażeniem reaguje na potrzebę zrobienia kupy. Jest okropny płacz, wstrzymywanie, grymasy bólu. Matka dowiedziała się z mądrej książki oraz trochę z neta, co czynić powinna, by to nieco załagodzić, i instrukcje owe już dziś w czyn wprowadzone będą. Miejmy nadzieję - z powodzeniem. A że dziś nam wypada szczepienie Czwartego, to i przy okazji doktora radzić się będzie. Amen.
Czwarty za to problemów podobnych nie ma, powiedziałabym, że odkąd dostaje na podwieczorek deserek ze śliwką, znacznie wzrósł u nas wskaźnik zużycia pampersów.

Na koniec coś zabawnego, choć z praktycznego punktu widzenia rzecz ujmując wiem, że samym zainteresowanym, w obliczu owego stanu rzeczy, do śmiechu wcale nie jest!
Z książki Kaz Cooke oczywiście.

Dlaczego dziecięta nasze płaczą?


  • Dzieci z domów, gdzie rządzi stres płaczą
  • Dzieci ze spokojnych domów płaczą
  • Dzieci, które mają dobre mamy płaczą
  • Dzieci, które mają dobrych ojców płaczą
  • Samotne dzieci płaczą
  • Dzieci, które nigdy nie są same płaczą
  • Mądre dzieci płaczą
  • Chore dzieci płaczą
  • Zdrowe dzieci też płaczą
  • Dzieci w wieku około 6 tygodni płaczą (nawet przez 1,5 godz. non stop)
  • Pierwsze dzieci płaczą
  • Drugie i wszystkie następne też płaczą
  • Dzieci, które mają poczucie bezpieczeństwa płaczą
  • Dzieci, które wyrastają na wspaniałych dorosłych płaczą
  • Dzieci pewnych siebie rodziców płaczą
  • Dzieci nerwowych rodziców płaczą
  • Dzieci ekspertów od płaczu u dzieci płaczą także!
"Nie ma nic złego w tym, że dzieciom pozwoli się od czasu do czasu popłakać. Jeśli to najgorsze, co ich w życiu spotka, to prawdziwi z nich szczęściarze!".


wtorek, 15 października 2013

Dzień Dziecka Utraconego

 


Pamięci każdego Dziecka Utraconego, oraz dla wszystkich tych, którzy stracili..., którzy to bolesne doświadczenie zmuszeni byli "wpisać" w swoją życiową "oś czasu"...

Straciłam
Nie mam już
nic
choć wokół tak wiele

Nie chcę już, uwierz
mieć
niczego w zamian
Nie mów, że będzie dobrze
że czas zaleczy rany
Nie mów

w rozpaczliwym chaosie
pomilczmy


czwartek, 10 października 2013

W naszym domu są zasady...


Czyli - jak się zasady mają do rzeczywistości!

Zasada nr 1. Kot nie może łazić po stole.
Rzeczywistość:  Maciej je zupkę, za którą nie przepada, część w gębusi, część ciągle na brodzie. Zależy mi, żeby trochę jednak zjadł, więc walczę. Na stół wskakuje Aleksik, bezczelnie się przeciąga, siada i... sobie siedzi. Maciuś oczy okrągłe ze zdziwienia, szeroki uśmiech, zupka w try miga znika w brzuszku.
Zasada zmodyfikowana: kot chwilowo może łazić po stole.


Zasada nr 2. Choćby nie wiem, jak trudna była noc, nie mogę spać w dzień. Nie ma na to czasu, jak się zdarzy -  zaległości związane z obowiązkami rosną.
Rzeczywistość: Czwarty śpi trzy razy dziennie. Zasypia przy piersi, leżąc z mamuśką na dużym wyrku. Mamuśka oczarowana zapachem bejbika, przepełniona miłością i czułością, jeżeli tylko dwuletni potomek nie skacze wokół – zamyka oczy i odlatuje na przynajmniej kilkuminutową drzemkę.
Zasada zmodyfikowana: czasem można na chwilę przysnąć.


Zasada nr 3. Nie można chodzić po domu w skarpetkach tudzież boso. Chodzimy w papciach!
Rzeczywistość: Czwarty ma kiepski dzień. Zasypia na kilka minut, budzi się z płaczem, trochę kaszle, wkłada rączki do buzi… ząbkowanie? Jakiś wirus? Pewnie jedno i drugie. Udało się go ululać, śpi spokojnie, wychodzę po cichu z pokoju… a tu nagle z prędkością błyskawicy, przez mini przedpokój na piętrze przebiega Trzeci, tuptając radośnie podeszwą kapci po płytkach… Echo tupotu niesie się jeszcze po klatce schodowej, a Czwarty… oczy jak spodki, w dodatku wystraszone i …uaaaaaa…
Zasada zmodyfikowana: czasem można biegać po domu w samych skarpetkach.


Zasada nr 4. Nie wolno wchodzić na pole pana Henia. Coś już tam posiał i nie można deptać.
Rzeczywistość: Idziemy na spacer. Trzeci prowadzi swój rowerek, Czwarty siedzi w wózku i pastwi się nad gryzakiem. Słonko świeci, pola, łąki, las już blisko, full relaks i szczęśliwość po samą kokardę. „Ganga! Gaaaanga… U-U ganga”  - wydziera się Trzeci- syn mój. Tłumacząc: ganga to biedronka, u-u:  coś duże lub czegoś dużo. No tak, na polu pana Henia mnóstwo biedronek, całe stado w jednym miejscu, z 2 metry od drogi. Trzeci pozytywnego szału dostaje na widok biedronek, więc cóż robić,  biorę Czwartego na ręce i powoli wchodzimy na teren zakazany, pochylamy się, tkwimy tak dłuższy czas celebrując tę jakże doniosłą chwilę, Trzeciemu gęba się nie zamyka, śmieje się z radości w głos, och, matka nie wzięła komórki, nie możemy pstryknąć fotki  żeby tacie pokazać, kurczę, przyprowadzimy go tutaj, tak, zaraz…
Zasada zmodyfikowana: czasem można, delikatnie, na paluszkach, wejść na pana Henia pole (mam nadzieję, że pan Heniu tego nie czyta!).


Zasada nr 5: Pod żadnym pozorem nie wolno wylewać psom wody z misek.
Rzeczywistość: Misek z wodą jest wokół domu kilka. W małej zagrodzie jedna. Mój otwiera zagrodę, wpuszcza do niej Kinkę, chorą sunię, która jest u nas na leczeniu. Między nogami, wychodząc z zagrody, przechodzi mu Trzeci ze swoją taczką, berbeć lubi tam się bawić. Pamiętaj, mówi Mój do mnie, Kinka nie może teraz nic jeść ani pić… Tak, wiem, za chwilę jedziemy z nią na badania krwi, musi być na czczo… Po chwili: kurczę, zostawiłem wodę w tej misce w zagrodzie, Kinka pewnie już wychłeptała… Idziemy, patrzymy, micha pusta… Nieopodal chyłkiem przemyka Trzeci z taczką pełną… wody, uśmiecha się do nas niepewnie, świadom tego, że będzie skarcony… Ech!
 Zasada zmodyfikowana: są jednakowoż sytuacje, gdy można wylać wodę z psiej miski.


Zasada nr 6: Nie można dotykać ekranu TV i laptopa. Oraz telefonu komórkowego.
Rzeczywistość: O jakże solidnym przestrzeganiu tej zasady świadczą u nas niezliczone, milionowe odciski małych paluszków tudzież łapek na onych ekranach, kiedy są czarne czyli wyłączone. Trzeci ostatnio uwielbia niektóre filmiki edukacyjne, które odtwarzamy mu przez youtube, i które ogląda albo na laptopie, albo przez podłączony do laptopa telewizor. No i nie da się inaczej: kiedy jeden filmik się kończy, zbój podbiega i paluchem – łuup - w ekran, pokazując, który chce następny. Trzymam jego paluszek  i delikatnie zatrzymuję go kilka milimetrów od ekranu, chce, żeby zrozumiał, o co mi chodzi, śmieje się, cieszy, niby wie… a za chwilę to samo, paluch zostawia milion pięćdziesiąty ósmy odcisk.
Mój prowadzi ważną rozmowę przez telefon. Dyskutuje. Czwarty zaczyna śpiewać, kwiczeć radośnie, nie mogę wyjść z pomieszczenia, więc by go uciszyć, wyjmuję swoją komórkę i pokazuje mu zdjęcia, patrzy jak urzeczony, strużki śliny kapią na monitorek i przyciski, Czwarty usiłuje wziąć komórkę w swoje łapki i „zaciągnąć” do buzi, siłuję się z nim, w końcu na chwilę pozwalam, później szybko znów włączam zdjęcia…
Zasada zmodyfikowana: póki Trzeci nie zrozumie wyrażenia „kilka centymetrów od ekranu” – czasem można dotknąć tegoż. Póki Czwarty nie zrozumie wyrażenia „bądź przez chwilę cichutko” – czasem można oślinić mamie telefon.


Zasada nr 7: Młodzież nie korzysta z komputera po 20.00.
Rzeczywistość: Popołudnie. Pierwszy wchodzi do kuchni: mogę włączyć kompa? Chcę pogadać na forum  z kumplami… Drugi dopowiada: a ja mogę na laptopie pograć? Łomatko, synkowie kochani, jesteście potrzebni na już, tata ma przyjęcie nowego psa, Drugi - biegnij mu pomóc, bo trzeba oswoić z gromadką, zobaczyć, czy zgodzi się ze wszystkimi, i  jak inne zareagują… Pierwszy – obiecałeś Trzeciemu przejażdżkę rowerową, chodzi za mną od rana i powtarza, czeka…. mógłbyś go wziąć, poszłabym spokojnie Czwartego nakarmić, położyć… Ale będziemy mogli pograć wieczorem? Tak, dziś piątek, więc gdy maluchy zasną, możecie pograć, ile chcecie.
Zasada zmodyfikowana: w związku z tym, że starsi mają dość dużo obowiązków, czasami można włączyć kompa po 20.00.


I tak dalej, i tak dalej….
Konkluzja jest jedna:   Masz dzieci  = masz zasady!

J

 

środa, 2 października 2013

Coś... strasznego!

No i nadszedł ten dzień.
Nie spodziewałam się, że kiedykolwiek nastąpi! Wydawało mi się, że to niemożliwe, i nie będzie tego, choćby nie wiem co!
Wieczora pewnego, dokładnie: wczorajszego udałam się do łazienki celem ablucji cielesnej. Ubranie zdjąwszy, krok uczyniłam w kierunku kabiny prysznicowej i noga prawa zamarła mi była w bezruchu, centymetrów kilka nad brodzikiem, bowiem usłyszałam ciche pukanie do drzwi. Na moje: taaaaak? głos syna swego pierworodnego usłyszałam: mamooo Maciej się obudził! obudził się? ale jak? pewnie chce pić jeszcze, kurka siwa, co teraz... No nic, rzuciwszy naprędce na siebie przygotowane odzienie pokąpielowe, piżamę znaczy się, opuściłam łaźnię i pomknęłam do sypialni, sytuację sprawdzić. Syn rzeczywiście rozbudzony, w łóżeczku rozkopany z kołderki, pojękujący, do snu ponownie utulić się nie dający... więc rzut synem na wyrko i karmienie na życzenie. No iiiiii?
I zasnęłam!!!!
Przytulone ciepłe ciałko, pachnące rumiankiem kłaczki, cisza i półmrok... nic dziwnego więc, wiem. Nie pierwszy, i nie ostatni raz, wręcz codzienny.
Ale tak bez kąpieli??? Bez umytych włosów i zębów???
Gotowam stwierdzić, że zdarzyło mnie się to pierwszy raz w życiu, nie licząc pierwszych lat dziecięcych, nieświadomych.
Rano akcja: woda ciepła...jest czy nie ma? bo ja muszę MUSZĘ się wykąpać, zanim dzień rozpocznę na dobre. Jest! Uffff.... Czysty dres, mokre włosy, krem na policzkach...teraz mogę wszystko.
Paranoja!
;-)

poniedziałek, 30 września 2013

Dla Oliwki

Poniedziałkowym porankiem zachęcam Was do małego gestu, który będzie wiele znaczył.

http://walczymyozycieszymka-olkamk.blogspot.de/2013/09/akcja-dla-oliwkii_22.html

Pozdrawiam cieplutko i życzę Wam wspaniałego tygodnia :)