piątek, 6 czerwca 2014

Niech cudowności nie umykają!

Trzeci i Czwarty uwielbiają spacery, najlepiej długie, najlepiej do lasu, i najlepiej z przygodami typu wieeelkie kałuże po drodze, czy też zające przecinające nam drogę.
Czwarty niezmordowany gna na małych girkach, niepomny na rodzicielskie wołania. Najczęściej próbuje dogonić Trzeciego - zmotoryzowanego, ale tylko tak dla fasonu, bo przecież "nie o to chodzi, by złapać króliczka, ale by goooonić go!".
W Hoteliku sezon zbiorowego linienia. Mój codziennie wynosi całe wory wyczesanego włosia, obłęd. Niektóre psiska pod starą, odchodzącą od ciała sierścią mają już piękną, czystobarwną. Szczególnie trikolorki wyglądają cudnie.
Zapytałam naszą blogową Miśkę, czy przypadkiem nie uchowały jej się gdzieś sandałki po Grzesiu, bo Trzeci i Czwarty nie "zgrali się" porami roku, jeśli chodzi o ciuchy (i buty) typowo letnie lub typowo zimowe. Sandałki po Trzecim są Czwartemu albo za małe, albo za duże.
Godzinę później Miśka dzwoni: Wysłałam ci sandałki!
Padłam ;)
Co za dziewczyna kochana!
Jestem po lekturze "Cmętarza zwieżąt" Kinga. Masssakra! Dreszcze miałam!
Przeczytałam w dwa dni i część nocy, nie dało się inaczej, rodzina była zmuszona zrozumieć i przeczekać. Na obiad były "Berlinki".
Choć czasem nie pasują mi u Kinga zakończenia. Lubię wiedzieć dokładnie, co i jak.
Dzień za dniem mija, czasem w sposób zwariowany, czasem całkiem spokojny.
Myślę sobie, marzę, dumam, coś tam mi się czasem nowego "urodzi", mam jakieś tam plany, które może zrealizuję, a może nie...
A Pawlikowska pisze: "Nie skupiaj swojej uwagi na szczycie góry, bo umknie ci mnóstwo cudowności, które znajdują się po drodze. Tuż obok ciebie. Przez cały czas."
I tego się trzymajmy!

 
 
 

poniedziałek, 5 maja 2014

Nie bawię się

Szukam w necie wzoru wniosku o urlop wychowawczy.
Bowiem tak właśnie postanowiłam, przy radosnej aprobacie młodszych członków rodziny, oraz przy - z ulgą - westchnieniu najstarszego: No tak, tak będzie najłatwiej.
Postanowiłam, że mnie nie zobaczą w robocie przez najbliższe co najmniej dwa lata.
Nie powiem, żeby to był taki hop siup! kamień z serca.
Bo owszem, tak, jest to najprostsze rozwiązanie, bez kombinowania, co z maluchami, bez rozeznania w kwestii opiekunek, bez szamotania się i tłuczenia głową o konieczność podejmowania obowiązków domowych i nie radzeniu sobie z nimi, no bo jak ogarnąć wszystko, kiedy nagle z dnia całego wypada ci dziewięć godzin. Bez wyrzutów sumienia, że zostawiam maluchy z rykiem (a zważywszy na ostatnie przywiązanie obojga do mamowej spódnicy...tfuuu...nogawki spodni...tak by pewnie bywało) i z własnym poczuciem dobrostanu psychicznego: że będę tam, gdzie mam być, gdzie moje miejsce, bo wszak najsampierw mamą jestem, a dopiero potem pracownikiem i realizatorem zawodu swego. Bez tęsknego spoglądania w okno biurowego pokoju - że oni TAM, a ja  tu, że coś przecież muszę, że chcę, że dzieci, i psy, i taras niepozamiatany a kołdry i koce psie niewytrzepane, niewymienione...
Ale... bowiem zawszeć to "ale" być musi - świecić oczami przed pracodawcą nie jest jakoś miło, choć rozmowę o takiej decyzji mojej mam dawno za sobą, i bardzo źle nie było. Samo wiecie jednakowoż, jak stereotypowo i zwyczajowo postrzegany jest tak długi "wypad" z zawodowej huśtawki - nie huśtasz się, nie bawisz, nie ma cię. Kit z zacofaniem  w kwestii przepisów prawnych, odwyknięciem od zawodowej rzeczywistości, od  takich a nie innych kontaktów z ludźmi, załatwiania miliona spraw, pewnością siebie i zręcznego poruszania się po niezmierzonych oceanach kontaktów niezbędnych do sukcesów w tej branży. Kit, bo to się da jakoś reanimować, jeżeli przyjdzie, i o ile przyjdzie na to czas. Gorzej z poczuciem naznaczenia, napiętnowania - to jest TA, co to świadomie daje się wkręcić w zacofanie. "A nie boisz się, że już potem nie dasz rady? Że nie wrócisz wcale?" Kochana, jeśli nie wrócę, to będzie to oznaczało, że znalazłam coś jeszcze bardziej SWOJEGO, i mogę sobie na to pozwolić. Tylko tyle.
Nie żebym się tym jakoś specjalnie przejmowała, ale spotykam się z zaskakującym niedowierzaniem, gdy odpowiadając na pytania lub spotykając się wręcz ze współczuciem mówię, że robię to, co lubię najbardziej, że uwielbiam być mamą, i być ze swoimi pociechami w domu, w sensie - z nimi, a teraz, gdy jeszcze te psiaki... to już w ogóle.... Nie wiem, nie jest to chyba standard, więc nie wierzą.
Mało ważne.
Najważniejsze jest to, że cieszę się z tego darowanego kawałka czasu przed sobą, bo to jest coś pięknego, kiedy sama mogę wyplątywać urwisy z piżam i ubierać je; kiedy wiem, jak zmienia się mój dom w różnych godzinach dnia, gdy słońce najpierw rano wita w kuchni, później nieśmiało zagląda do salonu, by popołudniami muskać zaledwie ramę okna od zachodniej strony, chowając się przy tym za drzewa...; kiedy wychodzę przed dom, kiedy tylko chcę i widzę zmieniające się wraz z upływem godzin barwy nieba...; kiedy mogę zaparzyć sobie kawę, kiedy chcę, porysować z Trzecim, porzucać piłkę z Czwartym, sprzątać, krzątać się, pichcić, prasować, nastawiać milionpięćdziesiąte pranie tego dnia... i nie myśleć! nie myśleć o papierach, decyzjach, pismach, ocenie kwartalnej, opinii asystenta rodziny, podpisie kierownika...
Czasem mam wrażenie, że w pracy biurowej, zamkniętej, bez chłonięcia powietrza... uciekło mi dużo życia. Że je jakoś tak, niezgodnie z naturą, zmarnowałam.
Choć przecież w gruncie rzeczy lubię tę pracę.
I nie zamartwiam się na razie tym, że nam się teraz dość porządnie sypnie finansowo. Pożyjemy zobaczymy.
Zgodnie z ustawowym nazewnictwem, zostaję zatem w domu co by syna najmłodszego "wychować", a przy okazji życiem rodzinnym się cieszyć i dobytek psi przydomowy wespół z Moim dopilnowywać.
13 czerwca, w piątek!!! - zaczynamy!
Headlong!



wtorek, 22 kwietnia 2014

Na full

I jeszcze kawałek świątecznego mazurka, do przedpołudniowej kawki, przy stole przykrytym lekko już zaplamionym obrusem w wielkanocne zajączki z palemkami.
 
Minęły nasze pierwsze nasze tak aktywne, zapracowane Święta. Zjechało się kilka, dokładnie 10 dodatkowych psów - z rezerwacjami uczynionymi dużo wcześniej. Popołudniami, w obydwa dni Świąt wybiegi zaroiły się od zwierzaków i ludziów - zaaferowani goście, tak nasi prywatni, jak i goście psiaków, które są pod opieką konkretnych fundacji bawili się z futrzastymi, częstowali smakołykami, zabierali na spacery do lasu, całowali i ściskali! W kącikach wybiegów, od czasu do czasu dostrzec można było Marcysię, wolontariuszkę pracującą ze "strachulcami" - jak nazywamy te najbardziej zalęknione i wycofane; cierpliwie wyciągała rękę, spokojnie przypinała smycz, siadała bokiem nie patrząc... i czasem prosiła nas, zerkając przez ażurowy płot, o różne dziwactwa typu: "Wpuśćcie mi tu szalonego Maksa, potrzebuję elementu rozproszenia!"
Wesoło, aktywnie, głośno.
Spokojnie też było - od rana, gdyśmy krzątali się po obejściu czy domu, wygłupiali z dzieciakami, podjadali... no i wieczorem, kiedy psy spały zmordowane, poprzytulane do siebie, a my sprzątaliśmy taras i wybiegi, ogarnialiśmy maluchy i cieszyliśmy pogodą, tym wieczornym ciepłem po dobrze spędzonym dniu.
 
Dziś i jutro większość psiaków wyjedzie, zostaniemy znów z tymi bidami naszymi bezdomnymi i dwójką czy trójką "komercyjnych". A za parę dni i tak się to pewnie zmieni, ktoś znajdzie domek, ktoś wróci z nieudanej adopcji, ktoś inny dojedzie interwencyjnie i będzie się adaptował do codzienności hotelowej.
Jak tylko uda mi się przysiąść, dokształcam się samorzutnie;) Książek nakupiłam, nie powiem, z przyjemnością. Jeszcze trochę, jeszcze ociupinkę, Czwarty podrośnie i więcej będę mogła zrobić, poudzielać się, popracować z psiakami, które nie są jeszcze do adopcji gotowe, lubię to bardzo, patrzeć, jak psisko powoli powolutku nabiera zaufania, nie ucieka, stoi w miejscu, czai się, żeby powąchać dłoń, ale jeszcze nie jest gotowe, podchodzi wolno do rzuconego smakołyku... a kontakt wzrokowy? ach, szczyt marzeń i pełnia szczęścia, kiedy choć przez ułamek sekundy zwierz spojrzy, "ślizgnie" wzrokiem zaledwie...
Mamy kilka sukcesów na swoim koncie, więc to mobilizuje straszliwie!
 
I jakże w tej sytuacji wrócić mam do codzienności biurowej? Dać się zamknąć na 9 prawie godzin, z dala zupełnego...?
No nie da się.
Napiszę o tym, napiszę!
 
Póki co zmykam, bowiem Czwarty już zbudzony, podwórko zalane słońcem, a  obowiązków sporo!
 
A, i jeszcze jedno. Całkiem niespodziewanie, bez przyczyny i miejmy nadzieję, już bezpowrotnie zakończył się "doopny" problem ;)
 
Ściskam Was!
 
 

środa, 16 kwietnia 2014

Miejsce, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę

 


Mam czworo dzieci. To wiecie. Dużo to, i mało, zależy jak spojrzeć. Na chwilę obecną - akurat. I to wcale nie jest, wbrew pozorom, tak, że przy tej czwórce człek już mądry, bezbłędny i pewny siebie w kwestii wychowania oraz szeroko pojętej opieki nad potomstwem. Błędy popełnia się, czy się ma jedno, czy piętnaścioro dzieci; owszem, doświadczenie sprawia, że wszystko jakoś tak przychodzi łatwiej, mniej się matka stresuje, bo wie, że to czy tamto jest normalne, oraz tego czy tamtego spodziewać się należy. Ale podkreślam: alfą i omegą się nie jest, i nie będzie, bo dziecię to twór na tyle ...dziwny, trudny i nieprzewidywalny, że choćbyś z papci wyskoczyła, pewnych "armagedonów" nie unikniesz. Bo ich nie przewidzisz. Tak jak nie przewidzisz swoich własnych reakcji.
W dodatku są takie typy i charaktery, jak na ten przykład ja, że szerokim łukiem omijają podręcznikowe teorie uważając je za dalece nieżyciowe. Poczytać można, coś tam uszczknąć można, ale książka jedno, a codzienność drugie. Znajoma niedawno powiedziała, że gdyby ona wychowywała dzieci tak, jak każą specjaliści, to byłyby one nieszczęśliwe. Smoczek po 1 roku życia? Jeśli dziecko potrzebuje, to dlaczego nie? Jedzenie przy telewizorze? Jeśli to jest jedyny sposób na niejadka, to od czasu do czasu - dlaczego nie? Sami również lubimy podjadać przy dobrym filmie.
Swego czasu, niedawnego zresztą, chwaliłam się publicznie, jakie to moje Trzecie dziecię mądre i "naumione", zasługę przy tym w dużej mierze przypisując starszym synom mym, a braciom rzekomego. No i nie odwołuję, tak właściwie jest; ostatniemi czasy chłopię zadziwiło mnie dopiero co nabytą umiejętnością jedzenia z zamkniętą buzią oraz posługiwania się nożem i widelcem - precyzja jeszcze wymaga doszlifowania, ale źle nie jest.
Natomiast zdolne dziecię "naumiało" się jeszcze czegoś. Przed tym chyba przestrzegali mnie ci "życzliwi" właśnie.
Bowiem Trzeci z namaszczeniem i w pełnym skupieniu wypowiedział słowo DUPA.
W dodatku wiedząc, cóż to słowo oznacza, gdyż dodał po namyśle: "Nie pupa. Dupa."
Po prostu.
Nie wiem, gdzie usłyszał. Mógł gdziekolwiek. W domu też, a jakże, bowiem zdarza się, że starsze pociechy moje, w pełnej zgodzie grając razem w komputerowe gry, gdzie są dla siebie nawzajem przeciwnikami, bywa, że w sposób niezwykle kulturalny wyrażają swoje niezadowolenie wobec poczynań drugiego, nazywając się na ten przykład, cyt: "Ooo tyyy doopo sapera!".
Cokolwiek to znaczy.
Cała ta historia nie osiągnęłaby może aż takiego rozdźwięku, gdyby nie mój karygodny błąd wychowawczy. Bowiem słysząc TO słowo po raz pierwszy wypowiadane przez Trzeciego, najpierw stanęłam zdumiona, później rzekłam: No co ty mówisz, nie wolno!!!, oraz widząc powagę na jego twarzy ryknęłam -  szczerym i spontanicznym śmiechem, czym pogrążyłam się zupełnie i na amen.
No i się zaczęło.
"Doopa, doopa, doopaaa..." - śpiewał sobie ostatnio Trzeci na korytarzu Ośrodka Opiekuńczego, gdyśmy pojechali odwiedzić babcię.
"Doopaaaa" - grzmiał syn w markecie, siedząc w marketowym wózku i wesoło majtając nogami.
"Doopppaaaa" - usiłował wymóc powtórzenie tegoż słówka przez zaciekawionego Czwartego.
"Myyję sobie doopę!" - tłumaczy Mojemu, siedząc w wannie.
"Yhyyy...doopa mnie boli" - płacze po zbyt intensywnym pokonaniu podwórkowej zjeżdżalni.
Ale nie to jest najgorsze.
Najgorsze jest to, że czasem, chcąc zachęcić mnie do zabawy, albo znów spowodować taką reakcję, jak za pierwszym razem, krzyczy często z chochlikową iskierką w oku: "Mama doopa"! Drze się w sensie: mama, zobacz, mówię TO słowo, no już, roześmiej się, goń mnie za to, złap i wyłaskotaj...
Ale czaicie, jak to brzmi dla niezorientowanych?
No właśnie.
Patologia, z podtekstem wulgarnym lub demoralizująco-erotycznym w tle.

Bezsilność wychowawcza mnie dopadła, w dodatku bez perspektyw na  zmianę... bo ciągle mnie TO śmieszy.
I komu tu zlać za to doopę?

niedziela, 30 marca 2014

Roczniak

 
No i mamy Roczniaka!
Rok temu o tej porze była Wielka Sobota.
Przygotowałam chłopakom koszyczek do Święconki.... i pojechałam.
Po kilku godzinach urodził się On.
 
Pięknego życia, Synu! 
 
 
 
 
 


poniedziałek, 24 marca 2014

Hotelikowo

Mój przemierza podwórko przed domem, a za nim podąża kilkanaście sztuk ogoniastych zwierzów. Część stada.
Niesamowity to widok. Psiska cieszą się, plączą mu się pod nogami, skaczą, wywijają ogonami, domagają się czułości, zabawy.

Niektórzy ciągle nie dowierzają, że Hotelik funkcjonuje na zasadzie wolnego wybiegu i większość psów biega luzem, nie rzucając się na siebie przy byle okazji. Te, które musza być zamknięte z różnych względów (nie lubią innych psów, boją się, są chore, w pogoni za przygodą przeskakują płot, itp.) są wypuszczane cyklicznie lub biegają w mniejszej zagrodzie. Kiedy trafia do nas nowy pies, czy to adopcyjny, czy "od ludzi", testujemy go z innymi, w różnych kombinacjach, i z reguły bardzo szybko wiadomo, kto z kim się lubi, a kto kogo może chcieć "ustawić".

Czasem nie dowierzamy, że to wszystko się dzieje, że podporządkowaliśmy zwierzakom całą swoją codzienność, że nie mamy "wolnego", nie możemy razem nigdzie wyjechać, dotrzeć w pełnym składzie na imprezy rodzinne... ale jednocześnie nigdy chyba nie czuliśmy się bardziej na swoim miejscu. Dużo już wiemy, potrafimy, ale jeszcze więcej do nauczenia przed nami, doświadczenie wielkie do zebrania. Ciągle ktoś się u nas przewija, przyjeżdżają fundacje, stowarzyszenia, weterynarze, wolontariusze z przytulisk, ludzie prywatni zostawiający nam pod opieką swojego pupila lub chcący adoptować jakąś bezdomną bidę.. Futrzaki są tak przyzwyczajone, że cieszą się na widok każdego ludzia z osobna, i całych grup też... śmiejemy się, że choć czasem trzydziestka psiaków na stanie, to każdy złodziej zostałby przywitany wesołymi skokami, ogona merdaniem, zachęcaniem do zabawy.

Pożegnania są trudne - bezdomniaki wyjeżdżające do swoich domów żegnamy niekiedy z łzą w oku, myśli się potem o nich, wspomina, ale jednocześnie obecna jest świadomość, że jadą po lepsze życie, do domu, na kanapę. Trudniej jest z psami odchodzącymi na zawsze. W czasie 10 miesięcznej działalności Hoteliku pożegnaliśmy w ten sposób trzy psiaki, które przegrały żmudną walkę o życie.

Latorośle przyzwyczajone, zaangażowane. Drugi, najogromniejszy zwierzolub, deklarujący już teraz chęć studiowania weterynarii, udziela się najwięcej, i też on jest najczęściej na fotkach promujących jakiegoś czworonoga. Trzeci też chce pomagać, najlepiej jak umie - nosi puszki z karmą, podaje miski, trzyma szczeniaki. Szczeniaki to jest w ogóle jego ulubiony typ, i z nimi - i z Trzecim - bywa najtrudniej przy adopcjach. Ostatnio jakoś tak się złożyło, że był obecny podczas całej procedury - Mój wyjechał, Ania z fundacji nie zdążyła dotrzeć, tak  więc sama wydawałam malucha... Wypisywałam umowę adopcyjną, rozmawiałam z ludźmi, którzy trzymali sunię, a Trzeci wył mi w rękaw - "Mojaaaa Figaaaa, mojaaaa...Kooocham Figęęę...". Pocieszyło go nieco trzymanie Figi na rękach do końca oraz przyniesienie reszty szczeniąt na godzinę do domu.
Większość bezdomniaków otrzymuje od nas nie tylko czułość, opiekę, karmę, kocyk, ciepełko, ale też imię. To jest dopiero zabawa!
Najfajniej wypowiadanie imion przychodzi Trzeciemu. Zna je wszystkie, bardzo szybko zapamiętuje, nawet imiona tych psiaków, które są u nas na wakacjach przez kilka dni lub sam weekend. Ostatnio ubaw mieliśmy dzięki cudnemu labradorowi o "gwiazdorskim" imieniu Kurt. Trzeci wypowiadał je jako "Kuj". A że Kuj uwielbia zabawę z dziećmi i szaleje na punkcie piłeczek, które chłopaki mu rzucają do aportu, Trzeci wypowiada jego imię milion razy dziennie. "Mamaaaaa, wołaj Kujaaaa..."  - drze się na przykład na cały głos. Wyobrażam sobie, jak to "Kuj" może być słyszalne, i cieszę się, że nie mamy sąsiadów! A środowiska zwierzowe już się przyzwyczaiły ;)

Pozdrawiam Was ze Zwierzakowa, jak zawsze cieplutko!


Na fotce Benio. Już w swoim domku.

niedziela, 16 marca 2014

Nauczyli

Kiedy okazało się, że jestem w ciąży z Trzecim, słyszałam różne komentarze. Oprócz tych mniej lub bardziej pozytywnych, także te odnoszące się do dużej różnicy wieku między Trzecim a starszymi synami, którzy mieli wówczas 11 i 9 lat. "Ooo... oni ci go dopiero nauczą..." - słyszałam sarkastyczno-kpiarski, przesycony pewnością prawdziwości tych słów ton - na przykład.
Ale niby czego mają go nauczyć? myślałam sobie w międzyczasie, biegając między starym mieszkaniem a budowanym nowym domem, w przerwie między wizytami u lekarza, wywiadówkami w szkole, spotkaniami, zakupami, w domu, na spacerach i w kościele.
Zwyczajowo chyba...nie wiem...przeklinania? "Fakju" pokazywania?
Pierwszy i Drugi, z racji takiej a nie innej organizacji życia domowego, angażowania się w rozwój rodzinnego przedsięwzięcia, mnogości najróżniejszych obowiązków, zajmują się młodszymi braćmi... no dużo. Zabawiają, karmią, wyprowadzają na spacery. Czasem z większą, a czasem mniejszą ochotą - ale nie psioczą, nie buntują się, nie krzyczą, że świat jest niesprawiedliwy. Na szczęście.   
No ale Trzeciego nauczyli, hmmm.
Mówienia proszę (pooochę mamo!), dziękuję (kunuję!) i przepraszam (lasiam!). 
Opowiadania treści przeczytanych książeczek w sposób logiczny, choć jeszcze nie zawsze gramatyczny. Nazywania zwierząt, owoców, warzyw.
Liczenia do 10, oraz prostego dodawania i odejmowania. Cyfry nazywane są po polsku, niektóre także po angielsku.
Nazw większości literek - co jest efektem uwielbienia przez Trzeciego gry w Scrabble - najczęściej wozi literki w autkach lub układa na planszy, gdzie potrafi złożyć proste słowa, jak "kot", "mama".
Bezbłędnego rozpoznawania kolorów i nazywania ich wszystkich... po angielsku! Wezwani na dywanik synowie oświadczyli, że jakoś tak "samo wyszło", poza tym łatwiej powiedzieć "łed, głin i blu" niż "czerwony, zielony i niebieski", prawda mamo?  Tak więc mamy łed jabłuszka, głin wagony i blu czapeczkę. Moje rozpaczliwe próby uratowania ojczystego języka i zakodowania go w świadomości syna dały efekt mianowicie taki, że wczoraj po kąpieli dziecię zadeklarowało chęć wytarcia się "jeloł-ziółtym lęćnikiem". 
Ten jakże haniebny proceder edukacyjny, stosowany przez moje starsze latorośle, a zmierzający w sposób nieunikniony do demoralizacji młodszego rodzeństwa, osiągnął rozmiary zatrważające i wysoce niepokojące w chwili, kiedy to przed godziną Trzeci skomentował moją blu koszulkę jako "chajną" (fajną), po czym wskazał, nazwał i z aprobatą przyjął nadrukowaną na niej cyfrę 7, oraz policzył wszystkie literki "o" (z wymową polską i "oł" angielską) w nadruku tegoż ciucha. 
 
                       

środa, 12 lutego 2014

chaotycznie o tu i teraz

Dobra.
Poskładane, zapakowane, niektóre zafoliowane.
Dziecięce, niemowlęce ubranka.
Część do oddania, bo pożyczone, część już w dobrych ręcach Kubusiowej mamy, która Kubusia owego jeszcze pod serduszkiem swym trzyma.
I, jak już Best Friend również była łaskawa stwierdzić - co? To koniec? Tak po prostu koniec dzidziusiowania, kołysania, przytulania,stópek całowania...? W sumie, obiektywnie rzecz biorąc, dzieci jest czworo, więc sobie możesz, mamo wiecznie niespełniona, całować te stópki choćby do końca twych dni.
Heh.
Całować - do rozmiaru powiedzmy 28. Bo takie 44 (osiąg Pierwszego), to ja, przepraszka, niespecjalnie chętna.
Tak czy tak, świadomego i planowanego macierzyństwa koniec. Mus zająć się teraz tym dobytkiem, który jest, wykształcić, na ludzi wyprowadzić, niektórych do przedszkola najsampierw posłać, chodzić nauczyć... Choć Mój powiada, że jak już czworo jest, to i sześcioro i - buahahaha - ośmioro może być, żadna to dla niego różnica, gromadka jest tak czy tak.
Ale czasem, szczególnie wieczorami, wymięka. Wraca od psiaków zmęczony, najczęściej akurat w porze przed-sennej krzątaniny...bo maluchy do kąpieli, kolacja tudzież mleczko, siusiu, bajeczka, książeczka i nyny... Zakasuje rękawy i bez zbędnych pytań bierze się do pierwszej najpilniejszej czynności, żeby sprawniej, szybciej, nienerwowo... i czasem, przy wspólnych dziecko-zajęciach, najczęściej w łazience, gdy jeden maluch jeszcze w wannie, drugi wycierany, kremowany, w piżamkę pakowany, zagaduje: może film obejrzymy? na tarasie posiedzimy? do zwierzów na chwile pójdziemy? I ja wtedy: tak, tak, jasne... Ale potem okazuje się, że właściwie prasowania cały stos, albo z sypialni głosik jakiś dobywa się jeszcze, niby w słodkim śnie pogrążony ale jednakowoż nie na tyle, by czujność utracić...albo psisko jakieś wymaga większej uwagi i on sam dłużej z nim posiedzieć musi, uspokoić niespokojnych, posprzątać nieopatrzne siku na legowisku... albo też starszemu naszemu któremuś przypomina się rzecz niecierpiącazwłoki - mamo, pomóż, bo to, bo tamto, a miałaś mi poszukać niebieskiej koszulki, a obiecałaś pomóc...
I tak to jest.
Dobrze jest.
Pierwszy ostatnio został przez kilka godzin z Czwartym. Mieliśmy wiele spraw do załatwienia w mieście, zakupy, psiaka do weterynarza - na prośbę fundacji, jakieś formalności, papiery... Zabraliśmy ze sobą Trzeciego, a Pierwszy i Drugi na stanowisku - co do Czwartego, i co do dobytku Hotelowego.
Psiak choruje okrutnie, chudnie, kostkami samymi grzechoce, nowotwór, anemia, i co tam jeszcze... jedna lecznica bezradna, więc diagnozowanie w drugiej... W samej przychodni półtorej godziny! Potem reszta. Zeszło ponad 5 godzin. Starsi już nieraz zostawali z niemowlęcymi braćmi więc nic nowego. Ale TEGO jeszcze nie było! Telefon - dzwoni Pierwszy. Mamo - on robi kupę!!! Przewijanie z siku - bywało. Kupa natomiast, jako substancja skażona i promieniotwórcza, jest z reguły omijana przez nastolatków naszych łukiem szerokim. Nic nie poradzisz, musisz go przewinąć, nam jeszcze trochę zejdzie... No więc we dwoje, uzbrojeni w foliowe reklamówki, chusteczki nawilżane, ręczniki (??) zabrali się do operacji, no i co, i dali radę. Mamo, zrobiliśmy to! Ale pampersa chyba założyłem mu tyłem do przodu, trudno, tak musi mieć, gna po raku jak zwykle więc chyba nie zauważył...

Tak mnie trzyma, i cieszy, i ładuje to rodzinne tu i teraz. Lubię wspominać, i myślę o przyszłości ale są to zaledwie okruchy świadomości - siłę daje mi dzisiaj, teraz, spokój i zamieszanie, radość i zmęczony "oklap". Garstka uśmiechów, filiżanka kawy, jakiś sms. Raczkujące stworzenie w zabawnych rajstopkach z samolotem na pupie. Wesoły Dwuipółlatek, wymawiający "si" jako "ch", więc: "Mamo, mamo, pać, Pucha (Pusia) i Michu (Misiu)!" Albo: "Moje ato, moje - Kamicha!" (auto Kamisia ;)

"Rób to co kochasz
i rób to z miłością
a będziesz kim zechcesz"
(Beata Pawlikowska)

Wielgachnymi krokami, nieubłaganie, zbliża się termin powrotu Matki Polki do pracy. I trwa burza mózgów - co uczynić, i w jaki sposób, żeby było dobrze. Dla wszystkich.


środa, 5 lutego 2014

Biegusiem...


O jaaa cie... naprawdę tyle czasu minęło było od ostatniego wpisu??
No naprawdę, hmmm...
Siadłam dziś w końcu na moment co by odświeżyć nieco facjatę bloga, aktualizować czytelnię, pozaglądać co u Was... i uwaga ludzie, siedzę nadal oraz robię wpis!
Wobec powyższego rzucam kilka fotek, i donoszę, że u mnie w porządku, ale czas wolny skurczony do takiego minimum, że dostrzec go doprawdy bez mikroskopu nie da się!
Dziecka małe rosną ...sposobem jakimś, nie wiem naprawdę jakim, Czwarty za niecałe dwa miesiące, albo dobre półtora, jak kto woli, zdmuchiwał będzie pierwszą świeczkę na torcie. Niech Was nie zwiedzie jego blond-anielski wygląd, gałgan to jakich mało, i pojęcie "spokojne dziecko" nabrało przy tymże osobniku nowego wymiaru, bowiem owszem, nadal spokojny w sensie mało płacze, rzadko marudzi, ale jego chęć poznawcza tudzież pęd ku eksploracji terenu i umiejętności fizyczne biją na głowę wszelkich olimpijskich medalistów w kategoriach skoki, biegi, rzuty, wspinaczki, itp. Raczkować począwszy przed ukończeniem 7 m-ca życia, w chwili obecnej nie ma dla chłopaczka tego tras, przedmiotów i mebli nie do pokonania, w try miga znajduje się w miejscach trudno dostępnych oraz wysokościowych, natomiast wyjście czy też wycofanie się z tych miejsc odbywa się z reguły na zasadzie prawa grawitacji. Bowiem swobodne (cokolwiek to znaczy) spadanie opanował "miszcz" nasz również do perfekcji ;)
Trzeci gada i poznaje, i charakteru tudzież osobowości nabiera całkiem fajnej.
Młodzież buduje swój niezależny świat, w którym na szczęście ciągle sporo miejsca dla rodzicieli i młodszych braci jest. Oby jak najdłużej. A może i - cichaczem marzę - na zawsze...
Hotelik psi rozwija się i przynosi niesamowite wrażenia, uczucia, mega satysfakcję... tyleśmy ludzi przez te kilka miesięcy poznali, tak "prywatnych", jak i organizacji, fundacji, stowarzyszeń... Dane nam jest poznawać te pomocowe instytucje od środka, od podszewki, więc powiem Wam, że podziw i szacunek, owszem, ale i niesmak często, bo jak wszędzie - konflikty, gra o władzę i prestiż, tudzież najzwyklejsza ludzka zazdrość, zawiść, na-złość-robienie... Czasem aż oczu wytrzeszcz dopada, bo człek myśli, że jak już się taka grupka ludzi zbiera, żeby zwierzętom pomagać, wyciągać z dna, to to janioły same są, i wspólną sprawą złączone o konfliktach mowy nie ma.. a tu zonk. Bo są. Tu i ówdzie.
Ale dla nas gry wewnętrzne mało ważne. Psiska najważniejsze, a te...kochane są! Bezdomniaki i te prywatne również. Aktualnie spora grupka, bo wakacyjne - z racji ferii zimowych - obłożenie mamy.
Na razie tyle. Biegnę dalej.
Ściskam Was mocno, szczególnie tych, co zaglądają wytrwale :)
 
 
 



 


czwartek, 17 października 2013

Czy dzieci, które widzą zaczytaną matkę, również płaczą?!


Czytam aktualnie trzy książki jednocześnie. Czasu na to nie mam w ogóle, więc w jakiś pokrętny sposób rekompensuję to sobie, umieszczając te księgi w różnych częściach domu i podczytując, ile się da, w najmniej sprzyjających okolicznościach.
Co czytam?
"Ono" Terakowskiej, po raz czwarty. Nie mogłam się oprzeć. Uwielbiam twórczość tej pisarki, a w związku z tym, że Pierwszy biegł do biblioteki po "Córkę czarownic", którą na jakiś konkurs czy cuś ma przeczytać, to rzekłam: Przynieś też Ono, syneczku!
"Zostań przy mnie" Cobena. Lektura od Best Friend, która mnie COBENozą niegdyś zaraziła, i z którą do tej pory czytujemy co smakowitsze kąski (ona wybiera ;-). Podobnie jest u nas z chorobą zwaną KINGozą.
No i "Dzieciozmagania" Kaz Cooke też, we fragmentach, czytam. We fragmentach, które akurat potrzebuję. Onegdaj, z wypiekami na twarzy, w dwóch cyklach ciążowych, przełknęłam "Ciężarówką przez 9 m-cy" tej autorki, no i teraz wspomagam się kontynuacją, tj. rozwój potomka przez pierwsze 5 lat. Księga genialna, bo obok fachowo podanych rad i wskazówek, czytelniczka znajduje tu błyskotliwe, niewymuszone poczucie humoru. Które mnie rozwala, nawiasem mówiąc - potrafię czytać kawalędek i hyhyhy...na głos, aż potomstwo głowięta podnosi i zdumione na matkę popatruje.
A tę akurat księgę czytam, bo z Trzecim problem, że tak powiem, goowniany, mam ostatnio. Zaczęło się od nocnikowania, i tak nam to genialnie poszło, że nocnikowanie, póki co,  odłożone w czasie zostało, dopóki się z TYM nie uporamy.  Z tym, czyli zaparciami. Dieta ok, Trzeci czekolady nie jada praktycznie w ogóle, słodycze od wielkiego dzwonu, owoce i takie tam - codziennie. Zaparcia pojawiły się nagle jakieś 2 m-ce temu, i nic nie wskazuje na to, żeby mijały. Poczytałam tu i ówdzie i dowiedziałam się, że problem nasz podchodzi już pod tzw. zaparcia nawykowe, i bardzo często zdarza się właśnie u dwu-trzylatków. Oczywiście podłoże psychiczne, bo dziecko nagle zaczyna mieć świadomość utraty czegoś, co z niego wychodzi (!?), lub boi się tego czegoś, co jest uznawane ogólnie za bleeee. No i tak chyba jest, Trzeci boi się i przerażeniem reaguje na potrzebę zrobienia kupy. Jest okropny płacz, wstrzymywanie, grymasy bólu. Matka dowiedziała się z mądrej książki oraz trochę z neta, co czynić powinna, by to nieco załagodzić, i instrukcje owe już dziś w czyn wprowadzone będą. Miejmy nadzieję - z powodzeniem. A że dziś nam wypada szczepienie Czwartego, to i przy okazji doktora radzić się będzie. Amen.
Czwarty za to problemów podobnych nie ma, powiedziałabym, że odkąd dostaje na podwieczorek deserek ze śliwką, znacznie wzrósł u nas wskaźnik zużycia pampersów.

Na koniec coś zabawnego, choć z praktycznego punktu widzenia rzecz ujmując wiem, że samym zainteresowanym, w obliczu owego stanu rzeczy, do śmiechu wcale nie jest!
Z książki Kaz Cooke oczywiście.

Dlaczego dziecięta nasze płaczą?


  • Dzieci z domów, gdzie rządzi stres płaczą
  • Dzieci ze spokojnych domów płaczą
  • Dzieci, które mają dobre mamy płaczą
  • Dzieci, które mają dobrych ojców płaczą
  • Samotne dzieci płaczą
  • Dzieci, które nigdy nie są same płaczą
  • Mądre dzieci płaczą
  • Chore dzieci płaczą
  • Zdrowe dzieci też płaczą
  • Dzieci w wieku około 6 tygodni płaczą (nawet przez 1,5 godz. non stop)
  • Pierwsze dzieci płaczą
  • Drugie i wszystkie następne też płaczą
  • Dzieci, które mają poczucie bezpieczeństwa płaczą
  • Dzieci, które wyrastają na wspaniałych dorosłych płaczą
  • Dzieci pewnych siebie rodziców płaczą
  • Dzieci nerwowych rodziców płaczą
  • Dzieci ekspertów od płaczu u dzieci płaczą także!
"Nie ma nic złego w tym, że dzieciom pozwoli się od czasu do czasu popłakać. Jeśli to najgorsze, co ich w życiu spotka, to prawdziwi z nich szczęściarze!".


wtorek, 15 października 2013

Dzień Dziecka Utraconego

 


Pamięci każdego Dziecka Utraconego, oraz dla wszystkich tych, którzy stracili..., którzy to bolesne doświadczenie zmuszeni byli "wpisać" w swoją życiową "oś czasu"...

Straciłam
Nie mam już
nic
choć wokół tak wiele

Nie chcę już, uwierz
mieć
niczego w zamian
Nie mów, że będzie dobrze
że czas zaleczy rany
Nie mów

w rozpaczliwym chaosie
pomilczmy


czwartek, 10 października 2013

W naszym domu są zasady...


Czyli - jak się zasady mają do rzeczywistości!

Zasada nr 1. Kot nie może łazić po stole.
Rzeczywistość:  Maciej je zupkę, za którą nie przepada, część w gębusi, część ciągle na brodzie. Zależy mi, żeby trochę jednak zjadł, więc walczę. Na stół wskakuje Aleksik, bezczelnie się przeciąga, siada i... sobie siedzi. Maciuś oczy okrągłe ze zdziwienia, szeroki uśmiech, zupka w try miga znika w brzuszku.
Zasada zmodyfikowana: kot chwilowo może łazić po stole.


Zasada nr 2. Choćby nie wiem, jak trudna była noc, nie mogę spać w dzień. Nie ma na to czasu, jak się zdarzy -  zaległości związane z obowiązkami rosną.
Rzeczywistość: Czwarty śpi trzy razy dziennie. Zasypia przy piersi, leżąc z mamuśką na dużym wyrku. Mamuśka oczarowana zapachem bejbika, przepełniona miłością i czułością, jeżeli tylko dwuletni potomek nie skacze wokół – zamyka oczy i odlatuje na przynajmniej kilkuminutową drzemkę.
Zasada zmodyfikowana: czasem można na chwilę przysnąć.


Zasada nr 3. Nie można chodzić po domu w skarpetkach tudzież boso. Chodzimy w papciach!
Rzeczywistość: Czwarty ma kiepski dzień. Zasypia na kilka minut, budzi się z płaczem, trochę kaszle, wkłada rączki do buzi… ząbkowanie? Jakiś wirus? Pewnie jedno i drugie. Udało się go ululać, śpi spokojnie, wychodzę po cichu z pokoju… a tu nagle z prędkością błyskawicy, przez mini przedpokój na piętrze przebiega Trzeci, tuptając radośnie podeszwą kapci po płytkach… Echo tupotu niesie się jeszcze po klatce schodowej, a Czwarty… oczy jak spodki, w dodatku wystraszone i …uaaaaaa…
Zasada zmodyfikowana: czasem można biegać po domu w samych skarpetkach.


Zasada nr 4. Nie wolno wchodzić na pole pana Henia. Coś już tam posiał i nie można deptać.
Rzeczywistość: Idziemy na spacer. Trzeci prowadzi swój rowerek, Czwarty siedzi w wózku i pastwi się nad gryzakiem. Słonko świeci, pola, łąki, las już blisko, full relaks i szczęśliwość po samą kokardę. „Ganga! Gaaaanga… U-U ganga”  - wydziera się Trzeci- syn mój. Tłumacząc: ganga to biedronka, u-u:  coś duże lub czegoś dużo. No tak, na polu pana Henia mnóstwo biedronek, całe stado w jednym miejscu, z 2 metry od drogi. Trzeci pozytywnego szału dostaje na widok biedronek, więc cóż robić,  biorę Czwartego na ręce i powoli wchodzimy na teren zakazany, pochylamy się, tkwimy tak dłuższy czas celebrując tę jakże doniosłą chwilę, Trzeciemu gęba się nie zamyka, śmieje się z radości w głos, och, matka nie wzięła komórki, nie możemy pstryknąć fotki  żeby tacie pokazać, kurczę, przyprowadzimy go tutaj, tak, zaraz…
Zasada zmodyfikowana: czasem można, delikatnie, na paluszkach, wejść na pana Henia pole (mam nadzieję, że pan Heniu tego nie czyta!).


Zasada nr 5: Pod żadnym pozorem nie wolno wylewać psom wody z misek.
Rzeczywistość: Misek z wodą jest wokół domu kilka. W małej zagrodzie jedna. Mój otwiera zagrodę, wpuszcza do niej Kinkę, chorą sunię, która jest u nas na leczeniu. Między nogami, wychodząc z zagrody, przechodzi mu Trzeci ze swoją taczką, berbeć lubi tam się bawić. Pamiętaj, mówi Mój do mnie, Kinka nie może teraz nic jeść ani pić… Tak, wiem, za chwilę jedziemy z nią na badania krwi, musi być na czczo… Po chwili: kurczę, zostawiłem wodę w tej misce w zagrodzie, Kinka pewnie już wychłeptała… Idziemy, patrzymy, micha pusta… Nieopodal chyłkiem przemyka Trzeci z taczką pełną… wody, uśmiecha się do nas niepewnie, świadom tego, że będzie skarcony… Ech!
 Zasada zmodyfikowana: są jednakowoż sytuacje, gdy można wylać wodę z psiej miski.


Zasada nr 6: Nie można dotykać ekranu TV i laptopa. Oraz telefonu komórkowego.
Rzeczywistość: O jakże solidnym przestrzeganiu tej zasady świadczą u nas niezliczone, milionowe odciski małych paluszków tudzież łapek na onych ekranach, kiedy są czarne czyli wyłączone. Trzeci ostatnio uwielbia niektóre filmiki edukacyjne, które odtwarzamy mu przez youtube, i które ogląda albo na laptopie, albo przez podłączony do laptopa telewizor. No i nie da się inaczej: kiedy jeden filmik się kończy, zbój podbiega i paluchem – łuup - w ekran, pokazując, który chce następny. Trzymam jego paluszek  i delikatnie zatrzymuję go kilka milimetrów od ekranu, chce, żeby zrozumiał, o co mi chodzi, śmieje się, cieszy, niby wie… a za chwilę to samo, paluch zostawia milion pięćdziesiąty ósmy odcisk.
Mój prowadzi ważną rozmowę przez telefon. Dyskutuje. Czwarty zaczyna śpiewać, kwiczeć radośnie, nie mogę wyjść z pomieszczenia, więc by go uciszyć, wyjmuję swoją komórkę i pokazuje mu zdjęcia, patrzy jak urzeczony, strużki śliny kapią na monitorek i przyciski, Czwarty usiłuje wziąć komórkę w swoje łapki i „zaciągnąć” do buzi, siłuję się z nim, w końcu na chwilę pozwalam, później szybko znów włączam zdjęcia…
Zasada zmodyfikowana: póki Trzeci nie zrozumie wyrażenia „kilka centymetrów od ekranu” – czasem można dotknąć tegoż. Póki Czwarty nie zrozumie wyrażenia „bądź przez chwilę cichutko” – czasem można oślinić mamie telefon.


Zasada nr 7: Młodzież nie korzysta z komputera po 20.00.
Rzeczywistość: Popołudnie. Pierwszy wchodzi do kuchni: mogę włączyć kompa? Chcę pogadać na forum  z kumplami… Drugi dopowiada: a ja mogę na laptopie pograć? Łomatko, synkowie kochani, jesteście potrzebni na już, tata ma przyjęcie nowego psa, Drugi - biegnij mu pomóc, bo trzeba oswoić z gromadką, zobaczyć, czy zgodzi się ze wszystkimi, i  jak inne zareagują… Pierwszy – obiecałeś Trzeciemu przejażdżkę rowerową, chodzi za mną od rana i powtarza, czeka…. mógłbyś go wziąć, poszłabym spokojnie Czwartego nakarmić, położyć… Ale będziemy mogli pograć wieczorem? Tak, dziś piątek, więc gdy maluchy zasną, możecie pograć, ile chcecie.
Zasada zmodyfikowana: w związku z tym, że starsi mają dość dużo obowiązków, czasami można włączyć kompa po 20.00.


I tak dalej, i tak dalej….
Konkluzja jest jedna:   Masz dzieci  = masz zasady!

J

 

środa, 2 października 2013

Coś... strasznego!

No i nadszedł ten dzień.
Nie spodziewałam się, że kiedykolwiek nastąpi! Wydawało mi się, że to niemożliwe, i nie będzie tego, choćby nie wiem co!
Wieczora pewnego, dokładnie: wczorajszego udałam się do łazienki celem ablucji cielesnej. Ubranie zdjąwszy, krok uczyniłam w kierunku kabiny prysznicowej i noga prawa zamarła mi była w bezruchu, centymetrów kilka nad brodzikiem, bowiem usłyszałam ciche pukanie do drzwi. Na moje: taaaaak? głos syna swego pierworodnego usłyszałam: mamooo Maciej się obudził! obudził się? ale jak? pewnie chce pić jeszcze, kurka siwa, co teraz... No nic, rzuciwszy naprędce na siebie przygotowane odzienie pokąpielowe, piżamę znaczy się, opuściłam łaźnię i pomknęłam do sypialni, sytuację sprawdzić. Syn rzeczywiście rozbudzony, w łóżeczku rozkopany z kołderki, pojękujący, do snu ponownie utulić się nie dający... więc rzut synem na wyrko i karmienie na życzenie. No iiiiii?
I zasnęłam!!!!
Przytulone ciepłe ciałko, pachnące rumiankiem kłaczki, cisza i półmrok... nic dziwnego więc, wiem. Nie pierwszy, i nie ostatni raz, wręcz codzienny.
Ale tak bez kąpieli??? Bez umytych włosów i zębów???
Gotowam stwierdzić, że zdarzyło mnie się to pierwszy raz w życiu, nie licząc pierwszych lat dziecięcych, nieświadomych.
Rano akcja: woda ciepła...jest czy nie ma? bo ja muszę MUSZĘ się wykąpać, zanim dzień rozpocznę na dobre. Jest! Uffff.... Czysty dres, mokre włosy, krem na policzkach...teraz mogę wszystko.
Paranoja!
;-)

poniedziałek, 30 września 2013

Dla Oliwki

Poniedziałkowym porankiem zachęcam Was do małego gestu, który będzie wiele znaczył.

http://walczymyozycieszymka-olkamk.blogspot.de/2013/09/akcja-dla-oliwkii_22.html

Pozdrawiam cieplutko i życzę Wam wspaniałego tygodnia :)

wtorek, 24 września 2013

Dziś zrobię wpis na blogu...


.... powtarzam sobie każdego dnia rano.
I każdego dnia jest to samo - ranek, południe, popołudnie, wieczorne zamieszanie, i nagle opadające powieki, mała drzemka przy usypianiu któregoś z maluchów, szykowanie prania, jakieś tam prasowanie, sprzątanie... i koniec. A rano od nowa. Czasem mówię: wczoraj, a okazuje się, że to było trzy-cztery dni temu; tak uciekają, że traci się rachubę. Szkoda, że tak szybko, ale z drugiej strony chwile są tak przeładowane zajęciami, emocjami, słowami, że nic tylko czerpać z nich całymi garściami - energię, siły, uczucia, które stanowią sens naszego życia.
Zakwitł nasz pierwszy słonecznik. Jaka radocha! Okazuje się, że słoneczniki, jako jedne z nielicznych "niezabezpieczonych" roślin, odporne są na psie siki ;) Inne okładamy wokół kamieniami, więc parę kamienistych wysepek cieszy zielonością. Trzeci podbiera kamienie i wozi swoją taczką, taki się z niego farmer zrobił, wszystko z tatą, łazi za Moim krok w krok, Mój napełnia psiakom miski wodą, Trzeci za jego plecami wlewa wodę sobie do taczki. Minął na szczęście etap podjadania psiej karmy, zresztą teraz już zwierzaki mają stałe pory karmienia i karmy na odkryciu nie ma. Czwarty szerokim uśmiechem wita każde psisko, tak się zastanawiam - bo generalnie dzieci w jego wieku odpowiadają uśmiechem na uśmiechniętą twarz...więc gdzie on taki ludzki uśmiech widzi w psiej gębuli... Widać na psią sympatyczną facjatę jakoś wyczulony.
Ostatnio toczyła się w kręgu zwierzolubów rozmowa, że tyle się w kwestii opieki nad zwierzętami, szczególnie psami i kotami - zmieniło. Mniej ingeruje natura, a więcej człowiek. Żywienie, pielęgnacja, warunki życia, organizacja czasu nawet. Niektóre bajki dla dzieci zdezaktualizowały się - Filemon i Bonifacy ciągle pijają mleko, a Reksio nadal przy budzie, na łańcuchu czasem!

ściskam Was :)

poniedziałek, 9 września 2013

Zboża ścięte, i włosy... I prośba jeszcze!


No i mamy jesień. Dopiero co narzekaliśmy na upały, skwar i duszne noce, a już deszcz, chłodek i apaszka na szyi. Niedzielny, jeszcze "ciepły" spacer, pierwszy od kilku tygodni - bo czasu brakuje i małolaty przeważnie dotleniają się zabawą, tudzież spaniem w wózku, na własnym podwórku. Czwarty w wózku w pozycji pół-siedzącej, zaciekawiony, obraca łepek w jedną i drugą stronę... Droga piaszczysta, ale pola już puste, poorane, trawa sucha, jedynie pędy ziemniaków rozkładają się po ziemi i kukurydza - dumna, strzelista, zwarta niczym żołnierze w szyku.
W lesie cicho. Pachnie grzybami, ale tych na razie brak.
W końcu długo odkładana wizyta u fryzjera. Włosy ścięte do ramion, nawet krócej, bo doprowadzenie ich do ładu po dwóch ciążach i karmieniu piersią w małym odstępie czasu okazało się niemożliwe. Teraz opanować wypadanie i porządnie nawilżyć, odżywić, o farbowaniu na razie nie myślę.
Fryzjer - właśnie! Apel mam do Was gorący, naglący! Czy wiecie może, gdzie można w necie znaleźć prostą instrukcję strzyżenia chłopców? Szukałam, szukałam...i nic! Problem mam z Trzecim takowy, że chłopię moje, bujnym włosem obdarzone, ścinane być musi raz w miesiącu ale po pierwsze primo - panicznie "boja" się maszynki, więc tylko nożyczki wchodzą w grę, a po drugie primo, ostatnio również nożyczki pani fryzjerki wywołują u niego lament i strach, więc każde strzyżenie to rodzinny popis kaskaderski: tata siedzi na fotelu, na jego kolanach Trzeci, a mama biega wokół z Czwartym na rękach, pakuje do buzi ścinanego cukierasy oraz gada jak najęta, co by dialog z synem wywołać i od czynności nieprzyjemnej uwagę odwrócić, tudzież zapobiec ścięciu ucha na przykład, czy nosa. W związku z powyższym matka Polka postanowiła spróbować tymczasem siama syna strzyc, ale wiadomo, mus to robić mając wiedzę w tym zakresie chociażby elementarną. Podpatrzenie fryzjerki niezbyt się udaje, bo próba odwrócenia uwagi syna wymaga jednakowoż skupienia uwagi znacznego. Chodzi mię o prostą zupełnie fryzurkę, żadnych tam cudów i wygibasów. Wiecie, gdzie instrukcji szukać? A może jest wśród Was ktoś, kto zawodowo zna się na rzeczy i nie zlinczuje mnie za próbę odebrania zarobku kobiecie fryzjerskiej.
Inna zupełnie sprawa, że przy okazji oszczędność jakowąś się też uszczknie, bo w miesiącu czterech chłopa do strzyżenia mam! A piąty dojdzie jeszcze, choć onego fryzura na razie nie rokująca.

Jesiennie Was ściskam - ciepło, złoto-kolorowo, słonecznie, z kubkiem herbaty w łapce!

niedziela, 8 września 2013

Człowiek jak zwierz... czy zwierz jak człowiek?


Psiaki w większej gromadzie muszą ustawić się „po swojemu”. Na nic ingerencja człowieka – natura każe im egzystować w określonej hierarchii. Ustalanie hierarchii odbywa się czasem w dość agresywny sposób (warczenie, skakanie na tył),  a czasem w naturalny, spokojny (obwąchiwanie, okrążanie). Najczęściej pies, który stoi w hierarchii niżej, kładzie się na plecy i pozwala obwąchiwać temu „wyżej”. Wtedy już jest w porządku i między tymi zwierzami do konfliktu już nigdy nie dojdzie. Hierarchia jest czasem zaskakująca – np. mniejszy nad większym. W stadzie zazwyczaj istnieje jedna główna hierarchia i kilka pomniejszych. Najszybciej „ustawiają się” psy – one w minutę już wiedzą, kto gdzie leży. Inna, trudniejsza sprawa jest z sukami; nie dość, że mają silne poczucie swojego terytorium, to jeszcze często nie lubią się ze sobą na zasadzie „bo tak”. Wyznaczanie granic między pannicami bywa najbardziej szokujące – kiedy nie spodobają się sobie, bądź jedna nie chce drugiej ustąpić, rzucają się na siebie i gotowe są walczyć na śmierć i życie. Trzeba rozdzielać, i potem pilnować, bo najmniejsze zamieszanie może powtórzyć akcję. Panowie czasem też powarczą, czy rzucą się jeden na drugiego, ale po kilku sekundach odskakują, i już nie powtarzają tego, bo się „dogadały”.
Na szczęście takie spektakularne widowiska są rzadko. Niektóre psiaki nie przepadają za sobą, wtedy obchodzą się z daleka. Prawie każdy ma swojego „przyjaciela”, z którym lubi się bawić; niektóre mają też takich, z którymi odpoczywają czy spacerują. Najciekawszy duet stanowi nasza Teri z Mimi, dwie baby, a jakże! W chwilach zamieszania (ktoś przyjechał, kotłowanina, albo człowiek głaszcze jedną a nie głaszcze drugiej) gotowe są zagryźć się niechybnie! W normalnych sytuacjach razem – obok siebie! – leżą na tarasie, kopią dziury, szukają ślimaków pod płotem - ogon w ogon.
Obserwowanie tej naszej gromadki, tak różnej, zmiennej, ciągle „rotacyjnej” jest niesamowite! Aktualnie jest beagle tęskniący bardzo za rodziną, jest jamnik szorstkowłosy – samotnik, który nie przepada za towarzystwem, jest wesoły i szalony hovawart, husky-Mimi wygrzewająca się na tarasie leżąc na grzbiecie z rozłożonymi trzema łapkami, labrador-strażnik, który uwielbia aporty a przy tym pilnuje gromadę – rozgoni każdą powarkującą na siebie parę, jest staruszka amstaff’ka, niedowidząca więc „patrząca” nosem, jest szalony malamut, łagodny dla ludzi, ale nie lubiący innych psów więc biegający w zagrodzie sam niestety, jest pudel bez oczka, parka bokserów po przejściach i z alergią na sierści, jest kundelko-spaniel biegający w ochronnym kołnierzu, przed którym uciekają wszystkie psiaki, bo nieszczęśnik przypadkiem drapie kołnierzem każdego w swoim otoczeniu, jest spanielka na odchudzaniu, kundelkowa mama z trzema tygodniowymi szczeniakami… i inne, gdzie pominąć nie można naszych dwóch: kierownika Teosia i wszędobylskiej Teri.

Czasem mam wrażenie, patrząc na zachowanie zwierzaków, na ich charaktery, zwyczaje, przyzwyczajenia, sympatie i antypatie, że nie ma dużej różnicy między psami w stadzie, a ludźmi w stadzie ;) Działania ludzi są jedynie nieco bardziej wyrafinowane ;)
Na koniec – nasze kochane czarno-białaski: Mimi i Teoś.

 
 
 
Soczyste buziaki ze Zwierzakowa J

 

poniedziałek, 2 września 2013

Niech trwa


 
Kochani! Dziękuję za wszelkie zaniepokojenia moją nieobecnością, przesyłane mi na maila, tudzież sms-owo! Jestem i żyję, jednakowoż do kompa doczłapać się w celach blogowych czasem ciężko... choć podczytuję Was, milcząco, przez komórkę najczęściej.
Donoszę, że wszystko jest w porządku. Nie zapadłam na żadną chorobę, nie zjedli mnie faceci tudzież psy ;) Wesoło u nas, ale i pracowicie, dni mijają niepostrzeżenie, ciągle coś, ciągle ktoś. Miejmy nadzieję, że wraz z nieuchronnym nadejściem jesieni i tym samym większą ilością czasu spędzanego w domu, będzie też i czas na blogusia :)
Nieletni moi - jak najbardziej dobrze. Chwalę się Gimnazjalistą w domu (Pierwszy), oraz napisem na plaży, jaki wykonali starsi podczas męskiego wypadu nad morze, podczas gdy Czwarty i ja ogarnialiśmy zwierzyniec. Jakem zobaczyła to serducho, to mnie to moje własne, żywe, ścisnęło się ze wzruszenia, bo taki napis więcej dla mamowych oczu wart, niż cuda najróżniejsze z piasku wyrzeźbione.
Małe rosną. Trzeci - rozrabiaka, rozśmieszacz, mądrala i  pieszczoch. Ostatnio pasjonat rysowania - a raczej asystowania przy rysowaniu, bo to mama ma narysować - to, to i to!
Czwarty - kuchany bobo, zjadłabym czasem... i łapię się na tym, że znów zaczynam żałować upływających dni.... wiecie, taka myśl: że już nigdy miałabym tego nie doświadczyć? tego zapachu, gładkości niemowlęcych policzków, uśmiechów cudnych, przytulasków...? Jesooo, ja to jakaś nienormalna jestem, wierzcie mi, że mogłabym rodzić te dzieci aż do menopauzy!
Nie było tematu ;)
Psiowo też jest, i fajnie jest. Utrzymujemy ciągle liczbę "naście". Aktualnie osiem adopcyjnych bezdomniaków, trzy "od ludzi" na wakacjach i dwa nasze. Psiaki cudne, niektóre piękne, aż miło patrzeć, trafiają się rasy nietypowe: hovawart, rhodesian. Uczymy się ciągle. Konfliktów jest mało, ale teraz już wiemy, jak zapoznawać psy z gromadką, jak reagować, jak przewidywać. Przeważnie wszystkie mogą być razem, jedynie te socjalizujące się przechodzą etapy najpierw samotności i przyzwyczajania się do zapachu ludzi i nowego terenu, później widoku, i dopiero na końcu bezpośredniego kontaktu. Zwierzaki mają różne potrzeby, niektóre chorują, trzeba je troskliwie pielęgnować, podawać leki, kąpać kilka razy w tygodniu w leczniczych płynach, okrywać kocykiem na noc, opatrywać, zakraplać uszy, uczyć poruszania się w kołnierzu...
Najgorsze są pożegnania. I tych psów wakacyjnych, nawet jeśli są krótko, i tych bezdomnych, które trafiają do adopcji. Adopcja, nowa rodzina, to zawsze wielka radość, nie zmienia to jednak faktu, że człek się przywiązuje, i brakuje tego czy tamtego utrapieńca, zwłaszcza jeśli psiak był długo i trzeba było się przy nim zaangażować z różnych względów.
Wkręciliśmy się tak bardzo, że nie wyobrażam sobie teraz swojej własnej biurowej pracy. Dobrze, że jeszcze tyle czasu do ewentualnego powrotu lub zastanawiania się, co dalej.
Pierwszy jakiś czas temu wymyślił, że skoro gimnazjum nie jest obowiązkowe, to on właściwie nie musi tam pójść - może się zatrudnić w hotelu, prawda tata - zatrudniłbyś mnie? Taaa... no pewnie - rzecze mój - stanowisko masz pewne: goownozbieracz :) :)
 
Przesyłam Wam "wczorajszego" Czwartego i ... do następnego! :)
 
 
 

środa, 10 lipca 2013

Psiowo i wakacyjnie


W hoteliku tłoczno i wesoło. Szczeniaki - wprowadzają dużo pozytywnego zamieszania, mnóstwo energii; staruszkom nie zawsze się podoba więc oganiają się od szczekaczy jak od much, młodsze psiaki dają się wciągnąć w każdą zabawę. Niektóre na początku pobytu trochę tęsknią, kręcą się koło bramy, szukają zacisznych kątów, inne - przyzwyczajają się szybciutko, po kilku godzinach mają już ulubione miejsca, legowiska, zabawki.
Nasza Teri dzielnie znosi dzielenie się terenem, bywa, że wrogo traktuje niektórych gości, i zawsze są to sunie, więc już teraz w każdym przypadku przyjmowania nowej dziewuszki stosujemy metodę poznawania na neutralnym terenie - Drugi idzie z Teri na spacer, po jakimś czasie "przypadkiem" spotyka Mego z nowym psem, sunie poznają się, obwąchują i razem wracają do domu. Działa!
Zakończyliśmy budowę kojcy na zewnątrz więc możemy przyjmować duże zwierzaki, które śpią i przebywają na dworze. Aktualnie w kojcach dwa owczarki długowłose, piękne i przyjazne. Jeden w ciągu dnia biega z innymi psami, drugiego wyprowadzamy na smyczy trzy razy dziennie - ostatnio wyprowadzam ja, bo ostaliśmy się z Czwartym sami zupełnie! Jakiś czas temu wymyśliłam, że Mój z trójką starszych ma pojechać se na parę dni nad morze - co by odetchnąć, i dzieciom nieco atrakcji wakacyjnych dostarczyć. Mój miał wątpliwości ale rzekłam: dam radę! więc skombinował nocleg. No i pojechali w niedzielę, na pięć dni. Fajnie, cieszę się, bo zadowoleni, tylko za Trzecim tęsknię koszmarnie! I trochę mi żal, że nie widziałam jego reakcji na morze i ogromną piaskownicę! I podróż przeżywałam, czy dojadą szczęśliwie (450 km).
Łatwo nie jest ale jakoś sobie z Czwartym radzimy, ogarniamy towarzystwo, jak bobo śpi lecę wyprowadzić kojcowego owczarka i posprzątać boksy, wymienić wodę, pozbierać kupy i takie tam. Czasem coś tam mogę zrobić z nim na ręku czy w wózku.
Jak to się zwykle zdarza w sytuacjach wyjątkowych, nie ma, żeby cuś nie trzasnęło. Zepsuła mi się pralka - najważniejszy sprzęt w naszym domu. Oraz rozchorował się mały kot - koci katar, gorączka, mega osłabienie - dobrze, że jest Best Friend, która pomogła milion pięćset razy, i pomogła teraz! Kociak został przewieziony w kartoniku po butach do weta. Antybiotyk i leki przeciwgorączkowe pomogły od razu, dziś Aleks już biega i podgryza mi kable od kompa; Drugi by się załamał, gdyby zastał w domu chorego i niemrawego pupila.
Słoneczko Wam ślę, bo tegoż nie brakuje :-)

piątek, 5 lipca 2013

Rozważania o...

....uśmiechu :-)))
 
Mój uśmiecha się szczerze, czasem z nutką niepewności, nieśmiałości, czasem figlarnie i zaczepnie. Ma uśmiech, który zakochani ludzie zcałowują sobie z ust ;-)
 
Pierwszy uśmiecha się szeroko, chwaląc się całym garniturem zębów; jego uśmiech jest zaraźliwy, rozprzestrzenia się wokół niego jak zapach. Uśmiech zadowolonego z siebie chochlika.
 
Drugi - jak na marzyciela przystało, i tego, co to wiecznie buja w obłokach, uśmiecha się nieśmiało, trochę z niedowierzaniem, i trochę jakby chowając się za swoim uśmiechem. Uśmiech sentymentalny, z nutką melancholii.
 
Trzeci - ma uśmiech czysto dziecięcy, beztroski, szeroki, i taki pod tytułem: co mi zrobisz, jak mnie złapiesz? Uśmiech z dołeczkami w policzkach, pachnący, smakowity.
 
Uśmiech Czwartego zaczyna się w oczkach. Najpierw są szeroko otwarte, pytające... by po chwili zalśnić, błysnąć jak promień porannego słońca... po czym, takie skrzące, unoszą brwi do góry i zrzucają cały słoneczny promień w dół, do ust, rozciągając je radośnie. Uśmiech Czwartego często "przebiega" z języczkiem, jest całuśny do szpiku kości.
 
Jak uśmiechają się Wasze Ludziki? :-)